Serdecznie i z zadumą,
JLW
Warszawa, piętek
Panie Januszu,
po raz kolejny wracamy do zdrady. Chyba nie jestem wdzięcznym partnerem w tym temacie? Niewierność daje to, czego nie daje wierność – twierdzą zwolennicy skoku w bok. Miłosną adrenalinę. 50 lat temu Alfred Charles Kinsey ujawnił w swoich badaniach, że 26% Amerykanek znajduje sobie kochanka przed upływem piątego roku małżeństwa. Dziś ich liczba wzrosła trzykrotnie. W zdradę wkracza więc równouprawnienie. Cieszyć się, czy smucić? Z kolei para amerykańskich badaczy płci George Nassa i Roland Libey wskazuje na zacieranie się różnic, które oddzielają naturę zdrady męskiej od kobiecej. Z opublikowanych przez nich danych wynika, że prawie 60% mężczyzn i 55% kobiet zdradza jeszcze przed czterdziestkę. Przy czym obalono mit, że kobiety najczęściej zdradzają wtedy, gdy są nieszczęśliwe w związku.
Tak jak potrafię zrozumieć wszystkie powody, dla których ludzie są sobie niewierni, tak nie chciałabym być z kimś, kto mnie zdradził albo z kimś, kogo ja zdradziłam. Wiem, są jeszcze jakieś układy rodzinno – finasowe, no i oczywiście najważniejsze są dzieci. Ja ich nie mam i może dlatego w sprawie zdrady jestem tak ortodoksyjna. Być może dlatego też nie wywołują we mnie popłochu atrakcyjne kobiety pojawiające się pobliżu mojego mężczyzny – sprawę zawsze stawiałam jasno: zrozumiem, ale nie przebaczę. Dewiza ta zresztą obowiązuje w obie strony. Wiem także, że dla mnie ewentualna zdrada oznaczałaby to, że zakochałam się w kimś innym.
Nudne, staroświeckie i nienowoczesne. Trudno. Szczerze mówiąc, nie chce mi się na ten temat pisać, bo przez ostatnie ćwierć wieku nie zmieniłam w tym względzie zdania. Jezu!
Pozdrawiam,
MD
Frankfurt nad Menem, sobota wieczorem
Czy Pani też czuje się w listopadzie „wypalona”? Listopad jest dla mnie ponury i deprymujący. Gdybym mógł zmienić kalendarz, wykreśliłbym z niego listopad. Każdego roku obiecuję sobie, że zrezygnuję z urlopu latem i wyjadę w listopadzie tam, gdzie akurat kończy się wiosna, przechodząc powoli w lato. Ucieczka z melancholii północy w acedię południa. Niby to samo (tak uważają permanetnie depresyjni Finowie), ale jest to „smutek w słońcu”. Niestety, dotychczas nie dotrzymałem słowa. Jedyną zaletą listopada są coraz dłuższe wieczory. W takie wieczory (około 19.00) uciekam od komputera, chemii i programów i czytam. Odwracam telewizor ekranem do ściany i wyciągam książki ze sterty odłożonych „koniecznie do przeczytania”. Niektóre są ze stycznia mijającego roku.
W listopadzie najchętniej czytam filozofów. Filozofia jest fascynująca. Narodziła się z ludzkiego zadziwienia i sama to zadziwienie rodzi. Poza tym jest rodzajem mojej „nieskonsumowanej miłości”. Studiując fizykę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu (druga połowa XX wieku), zdecydowałem się na równoległe studia na drugim fakultecie. Zupełnie bezsensownie – z perspektywy czasu – wybrałem ekonomię. Jestem magistrem fizyki i magistrem ekonomii. Ale ten drugi tytuł kojarzy mi się bardziej z magistrem alchemii. W drugiej połowie XX wieku (późny Gierek) „ekonomia” nie była nawet mistyczna (filozofia była). Była mistyfikacją.
Gdybym miał przyporządkować filozofom miesiące, to listopadowi przyporządkowałbym Schopenhauera (urodzony w Gdańsku) i Nietzschego. Żadni inni nie pasują tak do listopadowego deszczu i smutku jak ci dwaj. Apologeci totalnego pesymizmu, nihilizmu i beznadziejności. Aż dziw bierze, że mogli być inspiracją dla innych. A przecież byli – dla Malaraux, Manna, Shawa, Straussa, Wagnera, Mahlera. Wszyscy czerpali z nich jak ze źródła. A w Polsce Przybyszewski, Staff, Brzozowski. Smutek, tęsknota i ból są atrakcyjne i kuszące. Bez porównania łatwiej niż szczęście jest je podzielić z innymi. Sam to wiem. W mojej „Samotności w Sieci” jest tyle smutku i cierpienia, że jedna z czytelniczek napisała do mnie: „Książka, która zabrałabym ze sobą do grobu? „Samotność…”. Umiejętnie doprowadza do stanu rozpaczy”.
Czytając Schopenhauera i Nietzschego w listopadzie, pijąc wino i słuchając pieśni Cohena, ma się uczucie, że do pełni (nie)szczęścia brakuje tylko brzytwy, którą można by się pociąć…
Pani z definicji i z przekonania nie powinna lubić Schopenhauera. Rzadko który filozof tak konsekwentnie i drastycznie źle wyrażał się o kobietach: „kobieta jest rodzajem stanu pośredniego pomiędzy dzieckiem i mężczyzną: kobieta jest dużym dzieckiem przez jej całe życie, jest niewymiarowa, ma wąskie ramiona, szerokie biodra i krótkie kończyny, poza tym nie ma wiedzy o niczym i nie ma absolutnie żadnego geniuszu, jest ograniczona, może być nauczycielką dzieci, ponieważ sama jest dzieckiem, frywolnym i krótkowzrocznym”. Koniec cytatów.
Nie sądzi Pani, że pesymizm i ostateczny nihilizm Schopenhauera (wiem że jako feministka, przekornie, zna Pani jego prace lepiej niż innych filozofów) wynikał właśnie z tej mrocznej nienawiści do kobiet? Wielu twierdzi, że ta nienawiść to nic innego niż maska lęku przed kobietami. Wszystkimi. Łącznie z własną matką. Gdy zabroniła mu nękać gości rodzinnego domu Schopenhauerów swoimi opowieściami o „bezsensie życia”, zerwał z nią wszelki kontakt i do końca życia jej nie odwiedził.
Nietzsche z kolei rozpowszechnił dekadentyzm katastrofizm i ateizm. Zaprzeczał wszystkiemu. Łącznie z prawem(!) do istnienia Boga. Widział sens istnienia w byciu nadczłowiekiem. A nadczłowiek to zdaniem Freuda ateista, ponieważ „każdy staje się ateistą, kiedy poczuje się lepszy od swego Boga”. To on zapytał: „Gdyby Bóg był, jak bym zniósł to, że nim nie jestem?”.
Nietzsche był fanem Schopenhauera. Czasami sobie wyobrażam spotkanie obu w trakcie Pani telewizyjnej „Gorączki”. Wiem że zaprosiłaby Pani ich obu. To byłoby spotkanie tysiąclecia. Schopenhauer, Nietzsche i Domagalik!!! Nietzsche prawdopodobnie przyszedłby (gdyby mógł chodzić w wieku 45 lat zachorował na syfilis, a w konsekwencji na paraliż i rzadko opuszczał łóżko) z pejczem jak się odgrażał („Idziesz do kobiety? Nie zapomnij pejcza!”, to jego własne słowa). Schopenhauer konsekwentnie nie patrzyłby w Pani oczy. A Pani zadałaby im pytanie „Panowie, czy mieliście wiele kobiet?”. Tak jak mnie podczas mojej „Gorączki” z Panią. Ciekawe, co mogliby odpowiedzieć? Schopenhauer pewnie z dumą odpowiedziałby, że żadnej, i zacząłby instruować Panią i widzów przed telewizorami odnośnie „bezsensu bliskości wynikającego z konieczności zdławienia w sobie pędu do działania, aby doświadczyć ulgi poprzez totalne odrzucenie świata”, przy czym powoływałby się na swoją pracę pt. „O podstawie moralności”. Musiałaby Pani przerwać jego wywód, ponieważ Schopenhauer jako mówca był dręczycielem. Dopuszczony do głosu nie przestawał mówić, dopóki ktokolwiek ze słuchających zdradzał oznaki zainteresowania. Ale Pani potrafi przecież przerwać swojemu rozmówcy w połowie zdania z taką gracją, że nawet Schopenhauer zamilkłby natychmiast.
Podejrzewam, że Nietzsche zawstydziłby się i nic nie powiedział. Był bardzo wrażliwy. Bardziej, niż się wielu wydaje. W wieku 45 lat podczas wizyty w Turynie jechał dorożką. W pewnym momencie koń w zaprzęgu nie usłuchał woźnicy. Woźnica skatował go batem. Nietzsche stanął w obronie zwierzęcia, chwytając i wyrywając bat z dłoni woźnicy. Potem wysiadł z dorożki, objął głowę konia i płakał. To nie pasuje do obrazu nihilistycznego dekadenta opowiadającego się za ideą nadczłowieka, prawda? Pozornie tylko. Gdy wczytać się w prace Nietzschego, można bez trudu odszukać jego poglądy wyrażające przekonanie o dwoistości natury ludzkiej: cynizm razem z naiwnością, obojętność i przebiegłość, okrutna mądrość i słowicza łagodność.