Dzisiaj przy automacie do kawy spotkałem mojego francuskiego kolegę. Ma na imię Jean – Pierre, ma 35 lat i pracuje w dziale sprzedaży. Ostatnio wrócił ze Stanów Zjednoczonych, gdzie sprzedawał oprogramowanie, które produkujemy (bazy danych chemicznych) w amerykańskiej firmie farmaceutycznej Eli Lilly (tej od Prozaku). Jean – Pierre jest kawalerem, od czterech lat ma polską narzeczoną, w związku z czym wie, że w Polsce obchodzi się imieniny. Dzisiaj są moje imieniny, więc Jean – Pierre zaskoczył mnie swoimi życzeniami (na zachód od Odry z reguły imienin się nie obchodzi). Wręczył mi także mały prezent. W małym ozdobnym pudełku przypominającym jubilerskie opakowania na pierścionki znajdowały się dwie tabletki. Każda zawierała 20 mg tadalafilu. W świecie bardziej znana jest handlowa nazwa tej substancji: Cialis. Konkurent Viagry, ostatni hit farmaceutycznego boomu na „spełniony romans bez obaw”. Prosto „z fabryki”, z Eli Lilly.
Cialis w pudełku na pierścionek zaręczynowy wyglądał dostojnie. Jean – Pierre uśmiechał się przewrotnie, gdy zdumiony rozpakowałem prezent.
– Dobrego weekendu – powiedział, szczerząc zęby.
Cialis jest od niedawna na rynku i już ma pseudonim: „weekender”. Pozostaje w krwiobiegu przez 36 godzin. Połknięty w sobotę wieczorem po kolacji działa do poniedziałku rano. Niebieska Viagra działająca maksymalnie do czterech godzin powinna się w tym momencie zaróżowić. Podobnie jasno – pomarańczowa Levitra, kolejny współczesny afrodyzjak z tej samej „stajni”. Działa tylko przez pięć godzin.
Cialis, Levitra, Viagra: święta trójca wystraszonych mężczyzn. Telefon komórkowy, karta kredytowa i środek na „dysfunkcję erekcji”. Antidotum na „syndrom Samanthy”, nimfomanki z serialu „Seks w wielkim mieście”? Coraz więcej mężczyzn, nie tylko na Manhattanie, ma problemy z pożądaniem. I myśli, że kolorowymi tabletkami rozwiąże problem. Żaden z tych środków nie przywraca pragnienia. Pomaga jedynie napełnić krwią i zatrzymać krew na dłużej w ciele jamistym prącia, gdy to pragnienie się pojawi. Pragnienie jest warunkiem wstępnym. Gdy nie ma pragnienia, to nie pomoże żaden „weekender”. Wiem, że przemysł farmaceutyczny pracuje intensywnie także nad tym problemem. Wygenerowanie pragnienia za pomocą tabletek to tylko kwestia czasu. Bardzo bliskiego czasu. Będąc w pobliżu – z racji zawodu – przemysłu farmaceutycznego, wiem doskonale, że wyścig po taką tabletkę już od dawna trwa.
Mężczyźni z kolorowymi tabletkami w kieszeniach padli ofiarą nieprawdziwego moim zdaniem mitu wykreowanego przez kobiety: „mężczyźni myślą tylko o jednym”. Aby spełnić ten mit, około 1,6 miliona Amerykanów poniżej 39. roku życia (dane producenta Viagry, firmy Pfizer) zgłasza się do lekarza po receptę, nie mając żadnych objawów dysfunkcji erekcji. Wolą po prostu czuć się pewnie w świecie – jak to ujął lapidarnie jeden z zainteresowanych – „w którym należy wyglądać dobrze, mieć pieniądze i pewność, że nie sprawi się zawodu najpierw w windzie, a potem kolejny raz w sypialni”. Mężczyźni wiedzą, że ten mit o mężczyznach w pełnym sformułowaniu brzmi tak: „kobiety narzekają, że mężczyźni myślą tylko o jednym, a kiedy oni przestaję o tym myśleć, to one czują się urażone”.
Myślę, że przemysł farmaceutyczny zna pełną wersję tego mitu.
Serdecznie,
JLW
Kos, Grecja, poniedziałek
Gdy nie ma pragnienia, to nie pomoże ulepszacz? No cóż, rzeczywiście mężczyźni dostali od naukowców nie tylko afrodyzjak, ale i lekarstwo na najtrudniejsze oszustwo świata. Nie kocham cię, nie pożądam, ale długo jeszcze się tego nie domyślisz, kochanie. Wystarczy mała pastyleczka w kolorze blue. Gwarantuje seksualna gotowość przez prawie sześć godzin. Jeśli w opakowaniu znajduje się trzydzieści tabletek, łatwo obliczyć, że z łóżka można praktycznie nie wychodzić przez siedem i pół dnia. Jeśli się tylko chce. Ciężki jest los kobiety. Być może dlatego nauczyły się w tej sprawie kłamać interesownie i od zawsze. Gdy już nie wystarczy ból głowy, często trzeba uczynić z siebie najbardziej wyspecjalizowaną udawaczkę świata.
Niedoścignioną.
Jak ci było? Cudownie. Nie słyszałeś? Cudownie.
Mężczyźni mają z tym udawaniem zdecydowanie większy problem i gdy nie ma już czego i jak udawać, bo fakty mówię same za siebie, to albo rzucają w twarz ukochanej kobiecie: to wszystko przez ciebie, albo wymuszają na niej, żeby się jeszcze bardziej starała. Jak w starym żydowskim dowcipie, gdy ktoś choruje na ręce, to nie powinien wychodzić za mąż. W każdym razie za impotenta.
Gdy nie pomaga już wiszenie na lampie ani inne akrobacje, to ten albo odchodzi, albo zdradza na całego. Usprawiedliwiony.