Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat katastrofy, lecz usiłowania moje spełzły na niczym. Natychmiast pogrążał się w głęboką zadumę i nie odpowiadał…
Zastanawiałem się, czy nie opuścić statku na pewien czas. Ale co bym przez to zyskał? Zasadniczo niczego nowego (jeżeli nie liczyć przyczyn zbliżającej się katastrofy) nie mogłem się już dowiedzieć. Warunki życia na planecie były mi już znane. Zobaczyłem Widzących Istotę Rzeczy i zapoznałem się — przynajmniej w ogólnych zarysach — z ich historią. Przechowywałem materiały zarejestrowane za pomocą przyrządów „Odkrywcy” i moim głównym zadaniem było dostarczyć je na Ziemię. Przyleciałaby wówczas tutaj dobrze wyposażona ekspedycja, nie z jednym człowiekiem, lecz złożona z licznej, specjalnie przygotowanej ekipy ludzi.
I jeszcze jedna okoliczność skłaniała mnie do pozostania przy statku. Ile mógłbym przejść? Może trzydzieści, pięćdziesiąt kilometrów, może sto? Przecież Promień opisał mi Planetę. W różowej poświacie wypływającej z oczu Widzącego Istotę Rzeczy powstał obraz fal morskich obmywających szmaragdowe skały, nie kończących się lasów o drzewach wykręconych w spirale, gór, pokrytych na wpół przezroczystą roślinnością, przypominającą z oddali nasze kaktusy… Oglądałem ruiny starożytnych budowli z ich zadziwiającą, spiralną kolumnadą…
Szkoda wielka, że tego, co pokazywał Promień, nie mogłem utrwalić na kliszy. Mało tego, nie mogłem nawet sfotografować widzących. Lot „Szperacza” miał charakter doświadczalny, wylądowanie zaś na niezbadanej planecie nastąpiło przypadkowo. Nie miałem aparatu fotograficznego; znajdujący się na statku astrograf mógł jedynie służyć do fotografowania gwiazd.
Początkowo nosiłem się jeszcze z zamiarem zabrania z sobą na Ziemię jakichkolwiek przedmiotów związanych z kulturą widzących. Oczywiście nie liczyłem już na to, że znajdę tutaj atomorollery lub — śmigłowce. Szukałem książek. Bez ich pomocy przekazywanie wiedzy jest niemożliwe. Ale książek nie znalazłem.
Okazuje się, że widzący książek nie mieli. W każdym razie nie znali ich od bardzo dawna. Pamięć zastępowała im tysiące, jeżeli nie dziesiątki i setki tysięcy tomów. Wszystko, co widzący zobaczyli lub usłyszeli raz jeden, pozostawało w ich pamięci na całe życie. Pamięć ich, w sensie trwałości i pojemności, przewyższała wielokrotnie pamięć ludzką.
Zastanawiając się nad tym, coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że kiedyś warunki egzystencji na Planecie były o wiele bardziej skomplikowane niż na Ziemi. I to świadczyło o wysokim stopniu rozwoju przodków Widzących Istotę Rzeczy. Człowiek zaczął rozszerzać swe panowanie na Ziemi, kiedy jego mózg i ręce nie bardzo się jeszcze różniły od mózgu i rąk małp człekokształtnych. Inaczej to wyglądało na Planecie. Gwałtowne zmiany klimatu komplikowały walkę o byt. Kolejna zmiana klimatu mogła przynieść przewagę zwierzętom. Przodkowie widzących zostali gospodarzami Planety w wyniku długotrwałych walk, które wydoskonaliły ich rozum. Z tego, co usłyszałem od widzącego, wynikało, że zwierzęta były tutaj inteligentniejsze aniżeli na Ziemi, a więc również bardziej musiały być rozwinięte pierwsze rozumne istoty.
Gdy powiedziałem o tym Promieniowi, uśmiechnął się i odpowiedział:
— To dawno… Obecnie robimy sami…
Długo mi wyjaśniał, jak właściwie oni „robią”. Z tego, co zrozumiałem (a zrozumiałem niewiele), wynikało, że istniał specjalny system rozwoju i wzmacniania pamięci łącznie z sugestią i nakłuwaniem igłami, dzięki którym stymulowano pracę ośrodków mózgowych. Ale najważniejsze, że wszystko to toczyło się siłą bezwładu i nie miał tu wpływu czynnik konieczności.
Tak czy inaczej pamięć widzących nie mogła nie wywoływać podziwu. Pewnego razu Promień odtworzył z precyzyjną dokładnością fragment stereofilmu, który pokazałem mu w dniu naszego spotkania. W różowej poświacie sączącej się z oczu widzącego, ujrzałem znane kadry… Potem Promień zapytał:
— Ludzie… są różni? Czarni, biali…
Długo musiałem mu tłumaczyć, że istnieje kilka ras ludzkich. Nie jestem pewny, czy zdołałem mu wyjaśnić przyczynę powstania rozmaitych ras i dlaczego stopniowo przekształcają się one obecnie w jedną ogólnoludzką rasę.
Trzeba powiedzieć, że pewnych rzeczy — zupełnie nawet prostych — w żaden sposób nie potrafiłem Promieniowi wyjaśnić. Nie chciałbym użyć słowa „głupota”, to oczywiście nie byłoby słuszne, ale jakiś osobliwy brak zdolności pojmowania dawał się u widzących zauważyć. Musiałem na przykład włożyć wiele wysiłku, by wytłumaczyć Promieniowi, do czego służy zegarek, najzwyklejszy w świecie zegarek. Upierał się, że to żywa istota. Gdy podarowałem mu swój zegarek, ucieszył się jak dziecko. Zauważyłem, że go głaska. Zdaje się, że przedmiot ten pozostał dla niego nadal żywą istotą…
Ta niepojętność w jakiś dziwny sposób łączyła się z ogromną zdolnością myślenia logicznego. Widzący byli mądrzy, jeżeli można tak powiedzieć, w granicach określonego, dosyć wąskiego kręgu zagadnień. Nie znali maszyn i w żaden sposób nie mogłem wyjaśnić Promieniowi budowy najprostszych nawet przyrządów. Lecz kiedy pokazałem mu szachy, natychmiast wszystko zrozumiał i bez wysiłku mnie ograł, chociaż korzystałem z pomocy mózgu elektronowego…
Próbowałem zapoznać go z matematyką i byłem zdumiony, z jaką łatwością Promień przyswajał ją sobie. W krótkim czasie operował całkami. Sam wyprowadzał nowe formuły, układał nowe wzory matematyczne. Wydaje mi się jednak, że matematyka była dla niego po prostu pewną odmianą gry logicznej, tyle że bardziej złożonej aniżeli gra w szachy.
Otóż tory naszego myślenia przebiegały po różnych płaszczyznach. Kto wie, czy Promień nie sądził, że niekiedy bywam zadziwiająco tępy…
— Pewnego dnia — kontynuował Szewcow — wydarzyło się coś, co do dziś pozostało dla mnie zagadką. Oto nieoczekiwanie spoza spiralnych drzew wypłynęła biała, błyszcząca kula o średnicy jakieś półtora metra. Leciała na wysokości pięciu, siedmiu metrów, posuwała się wolno, z lekka kołysząc się. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że to jeden z gumowych lub plastykowych balonów, jakich używamy do badania atmosfery. Jednakże kula sunęła pod wiatr! Połyskując oślepiająco w promieniach Syriusza Wielkiego, zbliżała się do „Szperacza”.
Szybko wdrapałem się po trapie i włożyłem ochronny skafander. Nie miałem pojęcia, co to jest. Nie wiedziałem, czy grozi jakieś niebezpieczeństwo, ale coś w jej zachowaniu kazało mi się mieć na baczności.
Gdy znowu zszedłem po trapie na dół, tym razem już w skafandrze ochronnym, kula krążyła wokół statku. Było to zdumiewające widowisko. Kula niby żyjąca istota przesuwała się z miejsca na miejsce jak gdyby wypatrując czegoś tuż przy kadłubie „Szperacza”. Czasem zatrzymywała się, by przyjrzeć się czemuś dokładniej, potem znów ruszała dalej.
Lecz nie było to żywe stworzenie. Kula miała idealnie gładką powierzchnię, bez jakichkolwiek wypukłości czy otworów. Nie mogłem dojrzeć najmniejszych nawet niedokładności na jej niemal lustrzanej powierzchni. Roślina? Ale w zachowaniu się kuli można było dopatrzeć się, jeżeli można tak rzec, pewnego przemyślanego postępowania. Kula oglądała statek i czyniła to rozumnie. Ja sam, gdybym po raz pierwszy oglądał statek, zwróciłbym również uwagę przede wszystkim na te miejsca, przy których kula dłużej właśnie zatrzymywała się.
Teraz jestem w stanie opowiadać o tym spokojnie — uśmiechnął się Szewcow — ale wówczas z trudem tylko mogłem powstrzymać gorączkowe podniecenie. Rozumiałem, że kula zabierze się do mnie, gdy tylko skończy oględziny statku. Usiłowałem więc jak najszybciej dociec, co to może być, czym jest ta zagadkowa kula. Nie jest to roślina ani zwierzę… A więc chyba jakieś urządzenie cybernetyczne. Ale w takim razie czyje i jakie? Nie potrafiłem odpowiedzieć sobie. Jasne, że kuli nie stworzyli widzący. Pomyślałem nawet, że na Planecie żyją widocznie oprócz widzących jakieś inne jeszcze rozumne istoty. Przypuśćmy nawet, że nie tutaj, lecz gdzieś na innym kontynencie…