Pan zmarszczył czoło.
— To dziwne. Jeśli chodziło ci o zachowanie dyskrecji, mogliśmy tę rozmowę zamknąć Pieczęcią.
Ani Pieczęć, ani prywatna SI nie zapewniały dyskrecji i Gabriel o tym wiedział. Pieczęć została naruszona, a nawet tu, w reno Rezydencji, do Pana dochodziły jego prywatne wrażenia zmysłowe przekazywane przez łącze z ogólną siecią tachlinii.
Gabrielowi nie chodziło jednak o dyskrecję. Chciał zanalizować reakcję Pan Wengonga na to otoczenie. Zamierzał również pobudzić jego wyobraźnię.
— Zechciałbyś pójść ze mną, Aristosie?
Ujął Pan Wengonga pod ramię i poprowadził do obszernego, niskiego salonu, gdzie na przykrytej wytartymi dywanami podłodze z desek stały zniszczone meble. Pachniało cedrowym drewnem. W kominku płonął ogień. Gabriel wskazał umieszczone nad kominkiem portrety w srebrnych ramkach.
— Zauważyłeś je? — zapytał Gabriel. — To jej rodzina. Sześcioro rodziców, siostra. Dwoje dzieci — jako dobra obywatelka miała tylko dwoje. Wnuki i prawnuki.
Portrety zmieniały się cyklicznie, a na nich rozmaite osoby w różnych sytuacjach. Stracony czas — odnaleziony. Cressida, niczym duch, ukazywała się od czasu do czasu na każdym z portretów.
— Jej prywatne elektroniczne ustronie przechowujesz w pamięci swego reno — powiedział Pan. — Zadziwiasz mnie, Gabrielu.
— Zawsze miałem wrażenie, że jej nie znałem, dopóki nie zobaczyłem tego miejsca. — Gabriel gładził palcem półkę nad kominkiem. Politura popękała od starości. — A wtedy nagle Cressida umarła.
AUGENBLICK: Skiagénos jest teraz znacznie bardziej opanowany. Wzbudziliśmy jego wątpliwości. Jego reno szuka danych.
DESZCZ PO SUSZY: Wciskaj mu kit, ale mów tylko rzeczy prawdziwe, bo inaczej się zorientuje.
AUGENBLICK: Jego spojrzenie sugeruje bierną czujność. Bardzo nad sobą panuje. Czeka, byśmy wykonali jakiś ruch.
HORUS: Ostrożnie z wszelkimi wskazówkami. Najstarszy ma doświadczenie o całe wieki dłuższe niż my. Może nie jest szybki, ale na pewno jest wnikliwy.
AUGENBLICK: Jest całkowicie opanowany. Sądzę, że udało nam się obudzić jego zainteresowanie.
— To bardzo dziwne, Aristosie. — Pan zmarszczył brwi. — Jak wiem, przed śmiercią Cressida posłała do ciebie jednego ze swych Theráponów. Na własnym jachcie. I, jak się zdaje, ni z tego, ni z owego.
— Therápōn Rubens wynalazł nowy spiek i sądził, że może być on dla mnie użyteczny. Obecnie omawiamy, jak go zastosować.
Pan powoli kiwnął głową.
— Tak, to wszystko jest w Hiperlogosie.
— Nie powinniśmy dopuścić do straty takiej osoby jak Cressida.
Najstarszy ułożył dłonie w Mudrę Czci.
— Właśnie, Aristosie.
— Jej śmierć jest bardzo dziwna i przerażająca — ciągnął Gabriel. — Zaprosiłem cię tutaj, gdyż pragnę oznajmić, że wyruszam, by znaleźć sposób pozwalający w przyszłości zapobiec takim wypadkom.
— Naprawdę?
— Mam zamiar odizolować się na swym jachcie na całe miesiące. Będę pracował wyłącznie nad nano i mam nadzieję znaleźć nowy mechanizm zabezpieczający.
— Gabrielu, twoja deklaracja jest godna pochwały. Ale przez wieki nie udało się nam znaleźć takiego mechanizmu.
— Mam pewne pomysły, które mogą się przydać. Towarzyszyć mi będzie również doborowa grupa współpracowników, w tym Rubens Therápōn.
Pan skinął powoli głową. Znów zbadał wzrokiem półkę nad kominkiem, oprawione w ramki obrazy rodziny Cressidy, zmieniające się w swych sekwencjach.
— Powodzenia we wszystkim, Aristosie.
Gabriel jeszcze przez chwilę przeciągał rozmowę, ale Najstarszy udzielał jedynie schematycznych odpowiedzi. Pan zobaczył, wyciągnął wnioski, nie powiedział nic. Daimony Gabriela były rozczarowane. Lubiły, gdy z jakiegoś Aristosa spadała maska. Gabriel jednak nie oczekiwał od Najstarszego niczego więcej.
Bez wątpienia daimony Pan Wengonga trudziły się w oneirochrononie. A tam mordercy Cressidy potrafili prześledzić wszystko, co robił — jeśli jej podejrzenia były uzasadnione.
Jednak Aristos, który poważyłby się zgładzić Najstarszego, musiałby być niezwykłym śmiałkiem. I szaleńcem, gdyby chciał dokonać tego już teraz, stosując tę samą co poprzednio metodę.
Czy zamierzali zabić każdego, z kim Gabriel się potajemnie kontaktował?
Postanowił ostentacyjnie przeprowadzić prywatne rozmowy z jak największą liczbą osób.
Wszystkich ich zaprosi tutaj, do gospodarstwa Cressidy.
Teraz jednak ujął Pan Wengonga pod rękę i z powrotem wprowadził go do Persepolis.
Maszyna Horusa, bezpieczna w zaciszu Pyrrho, była gotowa. Czekała tylko na odpowiedni test.
Przyjęcie Gabriela zakończyło się sukcesem. Ludzie dobrze się bawili. Z kilkoma osobami Gabriel rozmawiał w zakątku Cressidy. Niewiele się dowiedział — parę osób uważało jego zaproszenie za przejaw złego smaku. Han Fu drgnął, gdy minął drzwi, ale Gabriel nie rozpoznał, czy były to wyrzuty sumienia, czy też Han po prostu zauważył w tamtej chwili, że Dorothy St John, przebrana za drogocennego skarabeusza, wślizgnęła się, łapiąc go za ramię maleńkimi szmaragdowymi pazurkami — oprogramowanie komunikacyjne wszczynało alarm, gdy tylko przekroczyli próg.
Gabriel doszedł do wniosku, że Dorothy mogła podsłuchać coś istotnego i postanowił porozmawiać z nią przy najbliższej okazji. W tamtej jednak chwili zbyt go bawiły wrażenia jego zszokowanych kolegów.
Gdy pożegnał się z ostatnim gościem, opuścił oneirochronon i poleciał do Fali Stojącej. O wschodzie była cała różowa. W wąwozie na trawie obok wodospadu zastał Marcusa siedzącego w pozycji półkwiatu lotosu. Oczy miał zamknięte, bezgłośnie poruszał wargami. Gabriel mu nie przeszkadzał; obserwował wędrujące powoli po ścianach kanionu słoneczne światło. Ostre jasne promienie oświetlały warstwy czerwone, szare, zielone i tworzyły wciąż wydłużającą się tęczę w wiszącej nad wodospadem mgiełce. Gabriel kazał, by Wiosenna Śliwa wzniosła się w nim i dostrzegła wszystkie szczegóły. Nigdy przedtem nie zauważył maleńkich różowych pączków w mchu u stóp wodospadu czy mgły białych kwiatów wysoko na ścianach kanionu, przesyconych słońcem i rosą.
Razem z Wiosenną Śliwą w milczeniu obserwował krajobraz. W umyśle Gabriela plątała się melodia, którą zamierzał zadedykować Clancy.
— Dziękuję, że pozwoliłeś mi skończyć — powiedział Marcus. Wstał i z przyzwyczajenia przyjął Drugą Postawę Formalnego Szacunku. Uśmiechając się, podszedł do Gabriela.
— Pracowałem nad projektem autobusu wycieczkowego, w którym widoczność wynosiłaby trzysta sześćdziesiąt stopni… Z przezroczystymi oknami. Problemem są panele słoneczne, które muszą być nieprzezroczyste, by w ogóle pracowały. Doszedłem jednak do wniosku, że jeśli zrobią przezroczyste fotele, to mógłbym pod nimi umieścić panele… — Pocałował Gabriela na przywitanie. Pasażerowie blokowaliby nieco dostęp słońca i mieliby w pewnym stopniu przesłonięty widok drogi, ale chybaby im to nie przeszkadzało. Zjesz śniadanie?
— Tak. Bardzo chętnie.
Marcus był ubrany w koszulę bez rękawów i luźne spodnie, miał nagie stopy. Gabriel ruszył jego śladem po wilgotnych marmurowych schodach domu. W kuchni przyglądał się, jak Marcus przyrządza omlet ze smardzami, chudym bekonem i cebulką pochodzącą z uprawianego za domem warzywnego ogródka.
Przez otwarte okna dolatywał śpiew ptaków.
— Zagospodarowałeś się, jak widzę — powiedział Gabriel.
— Przynajmniej szafki są skończone. Mam gdzie wstawić garnki. Marcus sam zaprojektował wyposażenie kuchni, opatentował projekt i zarabiał na jego sprzedaży. Zsunął omlet na talerz — kwiatowa kompozycja Wiosennej Śliwy w stylu „poranny ogród” — postawił potrawę przed Gabrielem, a sam usiadł naprzeciw przy stole. Ponad ich głowami wodospad leciał w mgłę i tęczę.