Bractwo z Silmaniony niegdyś bardzo usilnie zwalczało wiedźmy, ale od dawna już zapał ten znacznie ostygł. Może i dlatego, iż populacja wiedźm znacznie się zmniejszyła i w tej chwili nie tak łatwo było spotkać prawdziwą przedstawicielkę tej profesji. Teraz na stosach najczęściej płonęły zdziwaczałe, a czasem pomylone kobiety, które poprzez nietypowy sposób zachowania miały nieszczęście narazić się sąsiadom. Dlatego czarodzieje z Silmaniony zalecali ostrożność w poszukiwaniu wiedźm i karaniu ich, ale zalecenia te miały niezbyt duży oddźwięk, zwłaszcza na co dzikszych i mniej cywilizowanych terenach, gdzie nie było prawdziwych sądów, a wyroki prawem kaduka wydawali (oraz wykonywali) sami mieszkańcy.
Czarodziej współczuł Vendii, bo nie sprawiała wrażenie kobiety z gruntu złej. Wiedział jednak, iż może zostać zmuszony do podjęcia bardzo zdecydowanych kroków. Jeżeli osada wiedźm okaże się niebezpieczna, istniało wiele sposobów na zaradzenie sytuacji. Na przykład powiadomienie Eren vard Dina i jego braci zakonnych, którzy z prawdziwym zapałem wzięliby udział w eksterminacji wiedźm, niezależnie od tego, co myślałby Vigarelli o takim potraktowaniu jego poddanych. Ale to była ostateczność. Arivald nie miał ochoty być, nawet pośrednim, sprawcą rzezi. Może uda się znaleźć rozwiązanie, które zadowoli wszystkich.
Wyspa okazała się nadspodziewanie spora. Przypominała kształtem węża, który rozdziawioną paszczą próbuje sięgnąć do własnego cienkiego ogona. Statki mogły przybijać tylko od strony zatoki, gdyż zewnętrzne wybrzeża były pełne postrzępionych stromych skał i absolutnie niedostępne. Na ogonie węża i jego paszczy przycupnęły dwie wieże strażnicze, a ponieważ wejście do zatoki nie miało więcej niż trzydzieści pięć metrów, sprawowały pełną kontrolę nad tym, kto do portu ma wpływać i kto ma z niego wypływać. Sam port był osadą składającą się z kilkunastu zabudowań. W największym budynku znajdowały się koszary miejscowego garnizonu liczącego dwudziestu ludzi, poza tym stały jeszcze: dość przyzwoicie wyglądająca gospoda o podmurówce z czerwonego kamienia, warsztaty, spichlerze i magazyny oraz domy zajmowane przez miejscowych rybaków, rolników, pasterzy niewielkich stadek kóz i kilka rodzin żołnierzy. Cała populacja portu mogła składać się najwyżej z siedemdziesięciu osób, w tym licząc pięć kobiet, których zadaniem było sprawić, by stacjonujący na wyspie samotni żołnierze Republiki nie oszaleli z nudów (a za to mieli u kogo tracić żołd).
Arivald dowiedział się już przedtem, iż osada wiedźm jest w głębi wyspy i miejscowi trzymają się od niej z daleka. Wiedźmy przychodziły do portu tylko po to, by uzupełnić zapasy, zresztą rzadko, bo same hodowały kozy i owce, miały też sad i poletka jęczmienia. Komendantem garnizonu był kapitan armii Republiki, szlachcic Sigferdi, bardzo niezadowolony z nałożonego nań zadania, ale jednocześnie doskonale zdający sobie sprawę, iż pełni funkcję, która może mu zyskać zaufanie doży Vigarellego. Sigferdi był chudy, niski, ubierał się mimo upału z nienaganną elegancją. Na Arivaldzie od razu wywarł dobre wrażenie, zwłaszcza iż przywitał go nad wyraz radośnie. Gość z kontynentu, będący jednocześnie silmaniońskim magiem (a więc człowiekiem bywałym), dawał gwarancję, iż przynajmniej jeden wieczór kapitan będzie mógł spędzić w innym towarzystwie niż żołnierze, prostytutki czy pasterze kóz. Na wyspie co prawda nie uprawiano winorośli, ale Sigferdi był właścicielem całkiem dobrze zaopatrzonej piwniczki i nie miał nic przeciwko temu, by wraz z Arivaldem dokonać w niej sporych spustoszeń.
– Czy je widuję? – kapitan powtórzył pytanie Arivalda. – Czasem. Rzadko. A im rzadziej, tym lepiej dla wszystkich. Kiedyś, dawno temu, jeszcze tu nie byłem komendantem, podobno kilku żołnierzy popiło się i uznało, iż chętnie zabawiłoby się z wiedźmami…
– I…?
– Żaden nie wrócił, a gdy sprawa dotarła do stolicy, komendanta natychmiast odwołano.
– Co się z nim stało?
– Nie wiem – kapitan wzruszył ramionami. – Pewnie szoruje gdzieś bruki w straży miejskiej.
– Zabiły tych żołnierzy?
– Pewnie tak. – Sigferdi wypchnął policzek językiem. – Ząb mi się, cholera, rusza. Co za przeklęte miejsce!
– Nie był pan tam nigdy?
– Nie – komendant pokręcił głową – i nigdy nie chciałem.
– A Vendia? Czy przyjeżdżała tutaj?
– Rzadko. Za moich czasów może była ze trzy razy, a siedzę tu już od czterech lat. Czy wiesz, panie Arivaldzie, że ostatni urlop miałem prawie rok temu? Cały miesiąc spędziłem w burdelu.
– Tutaj chyba też można się zabawić?
– Zabawić? – spytał gorzko kapitan. – Jasne, tylko najpierw trzeba je namówić, żeby się umyły. No i co to za dziwki? Nic nie potrafią. Nie ma to jak stolica.
– Będzie miał pan okazję zobaczyć osadę – zmienił temat czarodziej. – Chciałbym jutro tam wyruszyć i prosiłbym, aby mi pan towarzyszył.
– Oczywiście – odparł bez zapału Sigferdi. – Miałem wprawdzie nadzieję, że spędzi pan tu kilka dni, nim rozpocznie pracę.
– Służba nie drużba – rzekł sentecjonalnie Arivald. – Jak dostanie pan następny urlop, proszę zajrzeć do Silmaniony. Postaram się pana godnie ugościć.
– Następny urlop! – prychnął kapitan. – Jak dożyję.
– A czy wiedźmy opuszczają wyspę?
– Skądże znowu – odparł Sigferdi i Arivald, nawet nie rzucając Prawdomowy Kelfusa, wiedział, iż szlachcic skłamał. Ciekawe dlaczego.
– Nigdy?
– Nigdy. – Kapitan spojrzał na Arivalda szczerymi, niebieskimi oczami.
– Dziwne – rzekł Arivald. – Doża mówił mi, że… Komendant wyraźnie się zmieszał.
– Ach, wybacz, panie Arivaldzie, nie wiedziałem, iż doża już ci o tym powiedział. W zasadzie rzecz trzymamy w ścisłej tajemnicy, ale… No więc Vendia, jak była tutaj te trzy razy, zawsze zabierała kilka z nich ze sobą. Pierwszy raz dwie, potem trzy, potem chyba pięć, a może cztery.
– Wracały?
– Nie. – Sigferdi uniósł kielich i przyjrzał się winu pod światło. – Myślałem, że jakieś męty mi pływają – wyjaśnił – a kiedyś znalazłem w winie karakana wielkości mojego palca. O mało go nie wypiłem.
– Wie pan dlaczego?
– Bo go późno zauważyłem – zdziwił się kapitan.
– Dlaczego nie wracały? – sprecyzował pytanie czarodziej.
– Nie wiem. – Tym razem Sigferdi mówił prawdę. – Proszę spytać doży.
– A co pan o tym sądzi?
– Ja tu nie jestem od myślenia – komendant nagle stał się bardzo ostrożny. – Zawsze może pan spytać również ich – machnął dłonią w kierunku, który miał zapewne wskazać osadę wiedźm.
– Tak też zrobię – zgodził się Arivald i wstał. – Cóż, kapitanie, dziękuję za gościnę i proszę kazać obudzić mnie jutro zaraz po świcie.
– Już dzisiaj – mruknął Sigferdi.
– Tak, w zasadzie już dzisiaj. Dobranoc.
Jeden z żołnierzy odprowadził Arivalda do pokoju, który przyszykowano na piętrze gospody. Czarodziej rozejrzał się po wnętrzu z uznaniem. Widać, że w czasie kiedy zabawiał się z komendantem kielichami i rozmową, tutaj nie próżnowano. Podłoga i ściany były świeżo umyte, na łóżku położono czystą pościel, a w kącie stała misa z gorącą jeszcze wodą i wypolerowany na błysk nocnik.
Arivalda bardzo zainteresował fakt opuszczania przez wiedźmy wyspy, o którym dowiedział się od nieostrożnego komendanta. Sama Vendia przyjeżdżała po nie prawie co roku. Czyżby wybierała co bardziej doświadczone adeptki? I co działo się z nimi później? Czarodziej rozbierał się wolno i myślał intensywnie nad taktyką, jaką powinien przyjąć w rozmowie w wiedźmami. Oczywiste było, iż obecność maga z Silmaniony wyprowadzi je z równowagi, może przerazi lub rozgniewa. Do tego dowiedzą się o śmierci Vendii. A Arivald nie mógł zapominać, iż jest tu gościem. Gościem szczególnym, jednak tylko gościem. I nie mógł zapominać, że szuka rozwiązania problemu wojny pomiędzy Księstwem a Republiką. Czy w osadzie wiedźm naprawdę kryły się odpowiedzi? Jak zwykle w takich wypadkach czarodziej żałował, iż nie ma obok kogoś, z kim mógłby porozmawiać. Cóż, skazany był na samotność, od kiedy Borrondrin przedstawił ich wspólną wyprawę w takim świetle, że reszta magów głęboko użalała się nad jego losem i na pewno żaden nie zaryzykowałby podobnej eskapady. Może Galladrin, gdyby nie był tak przywiązany do swojej młodej żony (a przynajmniej tak twierdził), może Velvelvanel, gdyby nie zajmowały go problemy administracyjne w Silmanionie. Ale i jednego, i drugiego ciężko byłoby przekonać, że członek Bractwa powinien rozmawiać z wiedźmami.