— Przysługa za przysługę — powtórzył cicho ojciec, bardzo tym zaintrygowany. Przyjrzał się uważnie kształtom ogiera, rozpoznając w nim najwspanialszy okaz owego gatunku. Potomstwo zrodzone z tej pary mogło okazać się czymś wyjątkowym.
— Masz nosić Panią na swym grzbiecie — oznajmił chłopak, wskazując mnie ręką. — Zawieziesz ją na poszukiwania zaginionego źrebaka i wrócisz z nią bezpiecznie do jej ojca. Pojadę z wami i będę was wspierał. A jeśli nie znajdziemy źrebaka, lecz Pani powróci bezpiecznie, otrzymasz swoją zapłatę. Zgadzasz się?
— Jak koń może to zrozumieć? — szepnął sceptycznie ojciec. Hinny spojrzała na niego z tak niesamowitą pewnością, że nie mógł już więcej protestować.
Hinny zwróciła się teraz ku mnie. Wyciągnęłam rękę i klacz powąchała moją dłoń, a potem przesunęła pyskiem wzdłuż ręki, do ramienia, i wreszcie do twarzy. Jej chrapy przypominały szary aksamit, a oddech był ciepłym tchnieniem przesyconym słodkim zapachem suszonego siana. W tym momencie pokochałam ją.
Klacz odwróciła się znów w stronę błękitnego młodzieńca, strzygąc uchem na znak zgody. Ojciec nie był w stanie zaprotestować; zwierzę napawało go zachwytem. Wydawało mi się, że upłynęła tylko chwila, a wszystkie przygotowania zostały ukończone i wyruszyliśmy w drogę. Galop Hinny był tak łagodny, że gdy zamknęłam oczy, nie czułam, że jedziemy, choć biegła tak szybko, iż prąd powietrza wydawał mi się burzą. Nigdy dotąd nie dosiadałam podobnego rumaka!
Miałam wrażenie, że znów minęła zaledwie chwila, ale gdy otworzyliśmy oczy, byliśmy o wiele mil od wioski, kierując się na zachód ku wnętrzu kontynentu, gdzie kryła się najsilniejsza magia. Doliny i lasy umykały jak pędzone wiatrem. Żaden koń nie potrafiłby utrzymać takiego tempa i do tego galopować tak gładko — a jednak Hinny biegła u boku błękitnego ogiera, od czasu do czasu strzygąc do niego aksamitnym uchem; pragnęła tego, co tylko on mógł jej dać. Przez chwilę zastanawiałam się, czy tak samo nie stanie się i ze mną, i tylko jeden mężczyzna będzie mi przeznaczony na męża. Nie podejrzewałam nawet wtedy, jak bliskie prawdy jest to przypuszczenie, a ten, o którym myślałam, nie znajdował się ode mnie dalej niż ogier od Hinny.
— Dokąd jedziemy? — spytałam.
— Dzikie konie powinny wiedzieć, dokąd zbłądziło twoje źrebiątko — odparł chłopiec. — Ich pastwiska są rozległe, lecz mój rumak potrafi je odnaleźć.
— To dobrze — stwierdziłam. — Ale czy nie uciekną na widok człowieka?
Chłopiec uśmiechnął się tylko. Wkrótce wypatrzyliśmy stado, a przewodzący mu ogier zwrócił ku nam głowę i ostrzegawczo uderzył kopytami o ziemię. Jednak błękitny chłopiec uniósł ręce do ust, układając je na kształt muszli, i zagwizdał; dźwięk ten uspokoił konie, które czekały teraz, aż się zbliżymy.
— Usłuchały twego gwizdania? — spytałam zdziwiona.
— Znają mojego ogiera — odparł gładko.
Tak też się wydawało. Dziki ogier był dużym gniadoszem z ciemnymi nogami, choć nie tak potężnym jak błękitny ogier. Obwąchały sobie pyski, a potem uprzejmie nie zwracały na siebie uwagi. Obecność Hinny zignorowana została od samego początku; jako mulica nie należała w pełni do tego samego gatunku.
Młodzieniec zeskoczył z konia, a ja poszłam za jego przykładem. Mieliśmy za sobą długą, szybką jazdę, lecz oboje byliśmy dobrymi jeźdźcami, a nasze wierzchowce nie sprawiały kłopotów. Zaraz też zaczęły się paść, gdyż konie są zawsze głodne. Weszliśmy w sam środek niedużego stada; czułam się dziwnie pośród dzikich koni, które normalnie nie tolerują bliskości człowieka. Była to dla mnie zupełnie nowa przyjemność. Większość stada stanowiły piękne, zdrowe klacze. Było też kilka źrebiąt, z których jedno wyglądało na chore. Błękitny chłopak podszedł do cienkonogiego konika i przesunął palcami po jego ciele, a ja zdumiona widziałam, że klacz nie protestuje.
— Co mu jest? — zapytałam, nie mogąc rozpoznać choroby. Ja, która sądziłam, że wiem wszystko o koniach.
— Robaki duszy — odparł obojętnie. — Magiczna zaraza typowa dla tej okolicy. — I śpiewnie wyrecytował do źrebaka — Podejdź do mnie, stworzenie, zniknie twoje cierpienie. — Głupi rym, po prostu żart, ale nagle źrebak ożywił się, ruszył ku niemu i zobaczyłam, że powietrze zadrgało, gdy coś niewidzialnego, choć jednocześnie obrzydliwego, wijąc się, opuściło źrebaka. Zwierzak od razu zaczął wyglądać lepiej, a jego matka zarżała z wdzięcznością. Zrozumiałam, że źrebak potrzebował tylko kilku słów zachęty; nie był naprawdę chory, a tylko niedożywiony.
Błękitny chłopak podszedł do przywódcy stada i rzekł:
— Szukamy źrebaka, który nam wczoraj zginął. Może widzieliście go lub słyszeliście o nim?
Ogier spojrzał na mnie, tak jakby domagał się ode mnie informacji.
— To młoda klaczka, ma tylko miesiąc, czysto biała, piękna i zupełnie bezbronna. Nazwałam ją Śnieżynką.
Ogier parsknął.
— Twierdzi, że jej nie widział — przetłumaczył chłopak. — Ale słyszał o kimś, kto zbiera białe źrebięta i podobno znalazł jedno w pobliżu. To Śnieżny Koń.
— A gdzie go można znaleźć? — spytałam.
— Ogier nie wie, gdyż Śnieżny Koń pasie się daleko i nie utrzymuje kontaktów ze zwykłymi końmi. Tylko Peg może nam powiedzieć, gdzie może teraz być.
— Peg? — spytałam zdziwiona.
— Zaprowadzę cię do niej.
Wskoczyliśmy na nasze wierzchowce i pomknęliśmy jak wiatr. Galopowaliśmy na południe, przez równiny i lasy, przecinając strumienie i przekraczając wzgórza, tak jakby nie stanowiły żadnej przeszkody. Minęliśmy pasącego się młodego jednorożca; cały był w piękne zielono-pomarańczowe paski, miał hebanowe kopyta i perłowy, skręcony róg. Ruszył i zaczął się do nas zbliżać, a ja przestraszyłam się, bo jednorożec tak się ma do konia jak tygrys do kota domowego. Lecz on tylko biegł obok nas, a potem przyspieszył, ścigając się z nami. Pragnął jedynie rozrywki.
Błękitny chłopiec uśmiechnął się i nieco pochylił, a jego ogier skoczył do przodu, jakby przedtem szedł sobie leniwym krokiem; Hinny stuliła uszy i rzuciła się za nim. Och, jak one kochały wyścigi! Ziemia umykała spod kopyt zieloną mgłą, a drzewa wydawały się mknąć jak strzały. Przywarłam do srebrzystej grzywy Hinny, bojąc się upadku, choć jej galop był niezwykle płynny. Wyprzedziliśmy jednorożca.
Jednorożec wydłużył krok i zaczął przeskakiwać przez krzaki i skały, które my musieliśmy okrążać. Wysunął się na czoło i pomachał nam ogonem w radosnym pozdrowieniu. Lecz błękitny ogier runął jeszcze szybciej do przodu, a Hinny mknęła jak sokół w czasie burzy i osiągnęliśmy tempo, które pozwoliło nam znowu wyprzedzić jednorożca. Nigdy wcześniej nie galopowałam z podobną prędkością!
Po raz trzeci jednorożec przyspieszył, a jego ciało migotało od żaru, ogień buchał mu z nozdrzy, a iskry wylatywały spod kopyt. Powoli zaczął nas wyprzedzać. Tym razem nie mogliśmy mu dorównać, gdyż wierzchowce nasze biegły obciążone, a do tego były zwykłymi, a nie zaczarowanymi końmi. A jednak okazaliśmy się dla niego godnym przeciwnikiem i nieźle się rozgrzał, zanim nas zwyciężył. Niewiele zwykłych koni potrafiło tego dokonać.
Zwolniliśmy, by trochę ochłonąć. Poklepałam Hinny po łopatce.
— Jesteś najwspanialszą klaczą, jaką kiedykolwiek spotkałam — szepnęłam. — Mogłabym na tobie jechać całe życie i nigdy nie zaznać nudy. — Wtedy w to wierzyłam.