Zaprowadziła mnie do pokoju, w którym przy starym, czarnym biurku z żaluzją siedział jej mąż. Porysowana dębowa okładzina, jaką wyłożone były boki biurka, kontrastowała z wytworną boazerią z indyjskiego dębu, pokrywającą ściany. Biemeyer nie odwrócił ku nam głowy. Wpatrywał się w wiszącą nad biurkiem fotografię wykonaną z samolotu. Było to zdjęcie największej dziury w ziemi, jaką kiedykolwiek zdarzyło mi się widzieć.
– To była moja kopalnia miedzi – oznajmił z posępną dumą.
– Zawsze nienawidziłam tej fotografii – stwierdziła jego żona. – Chciałabym, żebyś ją zdjął.
– Dzięki niej masz1 ten dom, Ruth.
– Jestem widocznie dzieckiem szczęścia. Czy nie masz nic przeciwko temu, żeby pan Archer stąd zadzwonił?
– Owszem. Mam coś przeciwko temu. W domu, kosztującym czterysta tysięcy dolarów, powinien być jakiś kąt, w którym człowiek może spokojnie posiedzieć.
Podniósł się gwałtownie i wyszedł z pokoju.
2
Ruth Biemeyer oparła się o framugę drzwi, demonstrując zarys swej sylwetki. Nie miała już figury młodej dziewczyny, ale tenis i być może gniew pomogły jej zachować szczupłość i sprężystość.
– Czy pani mąż zawsze zachowuje się w taki sposób?
– Nie zawsze. Jego nerwy są ostatnio w kiepskim stanie.
– W związku z tym zaginionym obrazem?
– To tylko jeden z powodów.
– A jakie są pozostałe?
– W gruncie rzeczy można to połączyć ze sprawą obrazu. – Zawahała się. – Nasza córka, Doris, studiuje na uniwersytecie i zaczęła się zadawać z ludźmi, którzy nie wydają się nam odpowiednim dla niej towarzystwem. Wie pan, jak to jest.
– Ile lat ma Doris?
– Dwadzieścia. Jest na drugim roku.
– Mieszka w domu?
– Niestety nie. Wyprowadziła się w zeszłym miesiącu, na początku semestru jesiennego. Znaleźliśmy jej mieszkanie w Academia Village, tuż obok terenów uniwersyteckich. Oczywiście chciałam, żeby została w domu, ale ona stwierdziła, że ma takie samo prawo do własnego życia, jak Jack i ja. Zawsze bardzo krytycznie odnosiła się do tego, że Jack pije. Do mojego picia również, jeśli chce pan znać całą prawdę.
– Czy Doris zażywa narkotyki?
– Chyba nie. W każdym razie nie jest narkomanką. – Przez chwilę milczała, wyobrażając sobie życie córki, które zdawało się napawać ją lękiem. – Nie przepadam zbytnio za niektórymi osobami, z jakimi się zadaje.
– Ma pani na myśli kogoś konkretnego?
– Jest tam taki chłopak, Fred Johnson, którego przyprowadziła kiedyś do domu. W gruncie rzeczy jak na chłopca jest już dość stary – musi mieć co najmniej trzydziestkę. To jeden z tych wiecznych studentów, którzy kręcą się koło uniwersytetu, bo lubią tę atmosferę, a może łatwe zarobki.
– Podejrzewa pani, że to on mógł ukraść ten obraz?
– Nie stawiałabym tego tak jednoznacznie. Ale interesuje się sztuką. Jest pracownikiem naukowym tutejszego muzeum i chodzi na wykłady z tej dziedziny. Słyszał o Richardzie Chantry – w gruncie rzeczy miałam nawet wrażenie, że sporo o nim wie.
– Można by to chyba powiedzieć o wszystkich studentach tutejszego wydziału historii sztuki?
– Przypuszczam, że tak. Ale Fred Johnson wykazywał niezwykłe zainteresowanie tym obrazem.
– Może mi go pani opisać?
– Spróbuję.
Raz jeszcze wyjąłem notes i oparłem się o biurko. Pani Biemeyer zasiadła na obrotowym fotelu i odwróciła się przodem do mnie.
– Kolor włosów?
– Rudoblond. Ma dość długie włosy. Trochę rzedną mu już na czubku głowy. Ale kompensuje to sobie przy pomocy wąsów. Ma takie długie, krzaczaste wąsy, przypominające il szczotkę” do butów. Jego zęby są w dość kiepskim stanie. Ma zbyt długi nos.
– A oczy? Niebieskie?
– Raczej zielonkawe. W gruncie rzeczy właśnie jego oczy trochę mnie niepokoją. Nigdy nie patrzy wprost na rozmówcę, w każdym razie, kiedy rozmawia ze mną.
– Wysoki czy niski?
– Średniego wzrostu. Dość szczupły. W sumie można nazwać go przystojnym, o ile ktoś lubi ten typ mężczyzny.
– Jak na przykład Doris?
– Obawiam się, że tak. Lubi Freda Johnsona o wiele bardziej, niżbym sobie życzyła.
– A Fred polubił ten zaginiony obraz?
– Więcej niż polubił. Był nim zafascynowany. Poświęcał mu znacznie więcej uwagi niż mojej córce. Miałam wrażenie, że przychodził tu, by zobaczyć obraz, a nie, by z nią się spotkać.
– Czy mówił coś na jego temat? Zawahała się.
– Stwierdził, że wygląda on na jeden z pamięciowych obrazów Chantry’ego. Spytałam go, co to oznacza. Odpowiedział, że jest to zapewne jedno z dzieł, które Chantry malował z pamięci, nie mając modelki. Był najwyraźniej zdania, że obraz jest dzięki temu bardziej unikalny i cenniejszy.
– Czy wspominał o jego wartości?
– Pytał, ile za niego zapłaciłam. Nie chciałam mu powiedzieć – to moja mała tajemnica.
– Potrafię dochować tajemnicy.
– Ja również. – Otworzyła górną szufladę biurka i wyjęła miejscową książkę telefoniczną. – Chciał pan dzwonić do Paula Grimesa, prawda? Tylko niech pan nie próbuje wyciągnąć z niego tej ceny; Przysiągł mi, że utrzyma ją w sekrecie.
Zanotowałem sobie numer telefonu Grimesa i adres jego galerii leżącej w centrum miasta. Potem wykręciłem ów numer. W słuchawce odezwał się gardłowy, lekko egzotyczny głos kobiecy. Powiedziała mi, że pan Grimes rozmawia w tej chwili z klientem, ale wkrótce będzie wolny. Podałem jej nazwisko i zapowiedziałem swą wizytę nieco później.
– Proszę nie wspominać jej o mnie – gorączkowo wyszeptała do mego wolnego ucha Ruth Biemeyer.
– Kto to jest? – spytałem, odłożywszy słuchawkę.
– Chyba ma na imię Paola. Przedstawia się jako jego sekretarka. Myślę, że ich związek może być bardziej zażyły.
– Skąd ma ten akcent?
– Z Arizony. Jest chyba na pół Indianką. Zerknąłem na fotografię dziury, którą wywiercił Jack Biemeyer w krajobrazie Arizony.
– Wydaje się, że ta sprawa ma wiele wspólnego z Arizoną. Czy nie mówiła pani, że stamtąd właśnie przybył Richard Chantry?
– Owszem. Wszyscy stamtąd pochodzimy. I wszyscy wylądowaliśmy w końcu tutaj, w Kalifornii.
Jej głos był pozbawiony wyrazu i nie zdradzał tęsknoty za stanem, który opuściła, ani szczególnej sympatii do stanu, w którym mieszka. Mówiła jak kobieta rozgoryczona.
– Dlaczego przyjechała pani do Kalifornii?
– Pewnie myśli pan o tym, co powiedział mój mąż. Że jest to, a raczej było, miasto Dicka Chantry i że dlatego właśnie chciałam się tu osiedlić.
– Czy to prawda?
– Myślę, że jest w tym odrobina prawdy. Dick był jedynym dobrym malarzem, jakiego naprawdę znałam. Nauczył mnie patrzeć na pewne rzeczy. Byłam zachwycona koncepcją zamieszkania w miejscu, w którym powstały jego najlepsze prace. Wie pan, zrobił to wszystko w ciągu siedmiu lat, a potem zniknął.
– Kiedy?
– Jeśli chodzi panu o dokładną datę, to odszedł 4 lipca 1950 roku.
– Jest pani pewna, że zrobił to z własnej woli? Że nie został zamordowany albo porwany?
– To wykluczone. Niech pan pamięta, że zostawił list do żony.
– Czy ona nadal tu mieszka?
– Jak najbardziej. Może pan obejrzeć jej willę z naszego domu. Stoi zaraz za tym wąwozem.
– Zna ją pani?
– Znałyśmy się bardzo dobrze, kiedy byłyśmy młode. Ale nigdy nie łączyła nas bliska przyjaźń. Od naszego przyjazdu prawie jej nie widuję. Dlaczego pan pyta?
– Chciałbym obejrzeć ten list, który zostawił jej mąż.
– Mam kopię. Sprzedają je w tutejszym muzeum. Wyszła na chwilę i wróciła z listem. Oprawiony był w srebrną ramkę. Stanęła nade mną, odczytując tekst. Jej wargi poruszały się, jakby odmawiała litanię.