Выбрать главу

— Może jeśli powiesz mi, o co chodzi…

— Nie. Nie potrafisz mi pomóc.

— No, a gdyby model jakoś się znalazł? Co mam z nim zrobić?

— Schowaj go w bezpieczne miejsce i trzymaj gębę na kłódkę, że go masz. Będę do ciebie od czasu do czasu dzwonił. Wtedy mi powiesz.

— Dlaczego jest taki ważny?

Potrząsnął przecząco głową i zniknął.

Wyszeptane zza moich pleców pytanie:

— Czy mnie czujesz, rudy? — więc się odwróciłem, ale nikogo nie było, chociaż w uszach mi jeszcze dzwoniło od uderzeń Paula. Doszedłem wtedy do wniosku, że mam zły dzień, i wspiąłem się na dach, żeby trochę pomyśleć. Potem przeleciał nade mną helikopter kontroli ruchu i usłyszałem pytanie o zamiary samobójcze. Powiedziałem jednak gliniarzowi, że poprawiam gonty, co go chyba uspokoiło.

Drobne zdarzenia i fragmenty nadal miały miejsce…

— Naprawdę usiłowałem się do ciebie dodzwonić. Trzy razy — powiedział. — Nikt nie odbierał.

— Nie przyszło ci do głowy wpaść osobiście?

— Właśnie miałem taki zamiar. Teraz. Przyszedłeś pierwszy.

— Dzwoniłeś na policję?

— Nie. Oprócz siebie muszę się jeszcze troszczyć o żonę.

— Rozumiem.

— A ty dzwoniłeś?

— Nie.

— Dlaczego?

— Nie wiem. Chyba dlatego, że zanim go wsypię, chciałbym mieć trochę lepsze pojęcie, co się tu dzieje.

Hal skinął głową. Przedstawiał sobą ciemnookie studium siniaków i plastrów z opatrunkiem.

— I uważasz, że wiem coś, czego ty nie wiesz?

— Słusznie.

— No więc nie wiem — powiedział. Łyknął trochę mrożonej herbaty, skrzywił się i wsypał do niej więcej cukru. — Kiedy otworzyłem drzwi, za nimi stał on. Wpuściłem go, a on zaczął wypytywać mnie o ten cholerny kamień. Powiedziałem mu wszystko, co pamiętałem, ale to mu nie wystarczało. Wtedy zaczął mnie szturchać.

— A potem co?

— Przypomniało mi się trochę szczegółów.

— Aha. Takich jak ten, że ja mam kamień — co nie jest prawdą — żeby Paul mógł przyjść i poturbować mnie i zostawić cię w spokoju.

— Nie! Wcale tak nie było! — wykrzyknął. — Powiedziałem mu prawdę. Zostawiłem go przy przeprowadzce. Co się z nim stało potem, nie mam pojęcia.

— Gdzie go zostawiłeś?

— Ostatni raz widziałem go na biurku.

— Dlaczego nie zabrałeś go?

— Nie wiem. Chyba dosyć miałem jego widoku.

Wstał, przeszedł się po swoim salonie, zatrzymał się i wyjrzał przez okno. Mary była na zajęciach, tak jak i tamtego popołudnia, kiedy wpadł Paul, odbył konferencję z Halem i zapoczątkował tok wydarzeń, które doprowadziły go do mnie.

— Hal, czy mówisz całą prawdę i tylko prawdę?

— Wszystko to, co jest ważne.

— Dawaj.

Stanął plecami do okna i spojrzał na m-nie, po czym odwrócił wzrok.

— Twierdził, że to, co mamy, należy do niego.

Pominąłem milczeniem liczbę mnogą „mamy”.

— Kiedyś należało — powiedziałem. — Ale dał ci to przy mnie. Tytuł własności został przekazany.

Hal jednak potrząsnął głową. — To nie takie proste — powiedział.

— Jak to?

Wrócił do swojej mrożonej herbaty. Zabębnił palcami po stole, wypił łyk, spojrzał na mnie.

— Nie — powiedział. — Widzisz, ten który mieliśmy, tak naprawdę był jego. Pamiętasz ten wieczór, kiedy go dostaliśmy? Graliśmy w karty w jego laboratorium i zrobiło się dosyć późno. Wszystkie sześć kamieni leżało na półce nad stołem. Zauważyliśmy je już wcześniej i pytaliśmy go o nie kilka razy. Tylko się uśmiechał i mówił coś tajemniczego lub zmieniał temat. A potem, kiedy robiło się coraz później, a on coraz więcej pił, zaczął opowiadać o kamieniach i powiedział nam, czym są.

— Pamiętam — wtrąciłem. — Powiedział, że był oglądać ten gwiezdny kamień, który właśnie przybył od Obcych i został wystawiony na pokaz w Nowym Jorku. Zrobił setki zdjęć przez najróżniejsze filtry, zapisał spostrzeżeniami cały notes i zebrał wszelkie dane, jakie się dało. Następnie wziął się do skonstruowania modelu kamienia. Powiedział, że znajdzie sposób na tanią produkcję, żeby sprzedawać je jako nowość. Ta szóstka na jego półce stanowiła najlepszy wynik jego dotychczasowych prób. Uważał, że są zupełnie niezłe.

— Zgadza się. Wtedy zauważyłem, że w koszu pod stołem jest kilka wybrakowanych modeli. Wyjąłem najlepiej wyglądający i uniosłem go do światła. Ładna rzecz, zupełnie jak inne. Kiedy Paul zobaczył, że mam go w ręku, uśmiechnął się i zapytał, czy mi się podoba. Powiedziałem, że tak… Weź go sobie — powiedział.

— Więc go zatrzymałeś. Też to tak pamiętam.

— Tak, ale to nie wszystko — powiedział Hal. — Wziąłem go ze sobą do stolika i położyłem obok moich pieniędzy — tak że za każdym razem, kiedy sięgałem po drobne, automatycznie rzucałem na niego okiem. Po pewnym czasie zauważyłem u podstawy jednego z ramion drobniutką skazę, małą niedoskonałość. Była zupełnie nieważna, ale za każdym spojrzeniem złościła mnie coraz bardziej. Więc kiedy później obaj wyszliście po zimne piwo i wodę mineralną, zamieniłem mój kamień na jeden z kamieni z półki.

— Zaczynam rozumieć.

— Dobrze, dobrze! Prawdopodobnie nie powinienem tego robić. Wtedy nie widziałem w tym nic złego. To były tylko prototypy pamiątek, którymi się bawił, a różnicy nie było nawet widać, chyba że się uważnie patrzyło.

— On zauważył od razu.

— Dlatego też uznał je za doskonałe i więcej się im nie przyglądał. I właściwie co za różnica? Odpowiedź wydaje się oczywista nawet bez piwa.

— Przyznaję, brzmi to przekonująco. Ale faktem jest, że sprawdził — i wydaje się, że modele były ważniejsze, niż dal nam do zrozumienia. Ciekawe, dlaczego?

— Dużo nad tym myślałem — powiedział Hal. — Pierwsze, co mi przyszło mi na myśl, to że o pamiątkach wymyślił dlatego, bo chciał się nimi pochwalić i mvi siał nam coś powiedzieć. A jeśli zwrócono się do niego z ONZ. żeby wykonał dla nich model — kilka modeli? Oryginał jest bezcenny, niezastąpiony i wystawiony publicznie. Wydawałoby się, że aby uchronić go przed kradzieżą lub maniakiem z młotem kowalskim, najmądrzej byłoby go gdzieś zamknąć, a w gablocie umieścić falsyfikat. Zgodnie z logiką wybór powinien paść na Paula. Ilekroć jest mowa o krystalografii, pojawia się jego nazwisko.

— Mogę kupić część twojej teorii, ale całość nie trzyma się kupy. Dlaczego miałby tak się zdenerwować zaginięciem niedoskonałej próbki, skoro mógł sobie zrobić jeszcze jeden model? Dlaczego nie miałby po prostu spisać na straty tego, który zgubiliśmy?

— Ze względów bezpieczeństwa?

— Jeśli tak, to nie my je naruszyliśmy, tylko on. Po co miałby nas rozstawiać po kątach i przypominać o modelu, skoro tak dobrze nam szło zapominanie o nim? Nie, to się jakoś nie zgadza.

— No dobrze, więc o co tu chodzi?

Wzruszyłem ramionami.

— Brak danych — powiedziałem wstając. — Jeśli zdecydujesz się zadzwonić na policję, nie zapomnij powiedzieć, że to, czego szuka, wcześniej mvi sam ukradłeś.

— Och, Fred, to już poniżej pasa.

— Ale to prawda. Ciekawe, jaką kamień ma faktyczną wartość? Nie pamiętam, gdzie leży granica między wykroczeniem i przestępstwem.

— No dobra, przekonałeś mnie. Co zamierzasz?

Wzruszyłem ramionami. — Chyba nic. Pewnie poczekam i zobaczę, co się stanie.