Ronica nakazała sobie spokój, odpowiedziała słabym uśmiechem na jego uśmiech, potem odłożyła pióro i zamknęła księgę rachunkową. Miała nadzieję, że atrament już wysechł. Chciała wstać, lecz Davad dał jej znak ręką, by pozostała. Kolejnym nieznacznym gestem odprawił Rache, a następnie podszedł do łóżka Ephrona.
– Jak się ma? – spytał najciszej jak potrafił swym tubalnym głosem.
– Jak widzisz – odparła spokojnie Ronica. Starała się nie okazać irytacji, chociaż nie była zachwycona, że musi przyjmować Davada w pokoju chorego męża. Nie okazała też zakłopotania, mimo iż mężczyzną widział ją nad księgą podatkową z ręką ubrudzoną atramentem, zmarszczonym czołem i oczyma wpatrzonymi w starannie wpisywane cyfry. Była pewna, że Davad nie pomyśli sobie nic złego, ale nie miała pojęcia, jak ktoś z tak kiepskimi manierami mógł się stać jednym z największych Kupców w Mieście Wolnego Handlu. Teraz, nieproszony, wziął sobie krzesło, aby usiąść po drugiej stronie łóżka Ephrona. Ronica skrzywiła się, kiedy ciągnął mebel po podłodze, lecz jej chory mąż nawet się nie poruszył. Korpulentny mężczyzna usadowił się, potem wskazał gestem na księgi.
– Jak tam rachunki? – spytał poufale.
– Ani lepiej, ani gorzej niż innych kupców, jestem co do tego przekonana. – Zakryła księgi ręką. – Wojna, rdza zbożowa i piraci przeszkadzają nam wszystkim. Jedyne, co możemy zrobić, to wytrwać i poczekać na lepsze czasy. A jak ty się dziś miewasz, Davadzie? – Próbowała mu przypomnieć o manierach.
Znaczącym ruchem Restart położył na brzuchu krótkopalczaste ręce.
– Mogłoby być lepiej. Właśnie jadłem u Fullerjona. Jego kucharz nie potrafi odpowiednio przyprawiać, a Fullerjonowi brakuje odwagi, by mu to wygarnąć. – Odchylił się na krześle i westchnął z udręką. – Ale trzeba być uprzejmym i jeść, co dają.
Ronica zdławiła rozdrażnienie i wskazała gestem drzwi.
– Może podejmiemy naszą rozmowę na tarasie. Kubeczek maślanki pomógłby twojej niestrawności. – Chciała wstać, lecz Davad ani drgnął.
– Nie, nie, dziękuję ci, szkoda fatygi. Przyszedłem na chwilę. Chociaż chętnie wypiłbym szklaneczkę wina. Ty i Ephron zawsze mieliście najlepsze piwnice w mieście.
– Boję się, że obudzimy chorego – powiedziała otwarcie.
– Och, postaram się mówić cicho. Chociaż, szczerze mówiąc, wolałbym przedłożyć tę propozycję jemu niż jego żonie. Sądzisz, że się wkrótce obudzi?
– Nie. – Ronica słyszała urazę we własnym głosie i zakaszlała lekko, sugerując, że jej ton spowodowało uczucie suchości w gardle. – Jeśli jednak chcesz mi podać warunki jakiejś oferty, przedstawię ją Ephronowi, jak tylko się obudzi. – Udawała, że zapomniała o winie. Nauczyła się czerpać satysfakcję z małych nieuprzejmości wobec tego człowieka.
– Na pewno, na pewno. Całe Miasto Wolnego Handlu wie, że zarządzasz domowymi funduszami. I majątkiem Ephrona, oczywiście. – Jowialnie pokiwał głową, jak gdyby powiedział jej ogromny komplement.
– Co to za oferta? – ponagliła go Ronica.
– Wyszła, rzecz jasna, od Fullerjona. Sądzę, że tylko z tego powodu zaprosił mnie dzisiaj na obiad. Ten mały parweniusz myśli chyba, że nie mam nic lepszego do roboty niż odgrywać rolę pośrednika między co lepszymi rodzinami w mieście. Gdybym nie przypuszczał, że ty i Ephron możecie właśnie teraz skorzystać na jego propozycji, powiedziałbym mu do słuchu. Sama rozumiesz, nie chciałem go zrażać. To tylko chciwy, mały handlarzyna, ale… – Wymownie wzruszył ramionami. – Bez takich jak on ledwie można prowadzić w Mieście Wolnego Handlu interesy.
– No więc co to za oferta? – podsunęła Ronica.
– Ach, tak. Chodzi o twoje najniższe grunty. Fullerjon chce je kupić. – Przy łóżku Ephrona dostrzegł tacę z sucharkami i owocami. Bez pytania poczęstował się sucharem.
Jego słowa zaszokowały Ronikę.
– Ależ one stanowią część ziem pierwotnie przyznanych rodzinie Vestritów. Satrapa Esclepius sam nam przydzielił ten obszar.
– No cóż, ty i ja znamy ważność takich spraw, lecz nowo przybyli, tacy jak Fullerjon… – zaczął pojednawczo Davad.
– Także je rozumieją. Dzięki tym ziemiom Vestritowie stali się rodziną kupiecką. Przyznanie gruntów to część umowy Satrapy z Kupcami. “Dwieście lefrów dobrej ziemi każdej rodzinie, która zechce popłynąć na północ i osiedlić się na Przeklętych Brzegach, nie zważając na zagrożenia spowodowane życiem blisko Rzeki Deszczowej”. W tamtych czasach nie było zbyt wielu chętnych. Wszyscy wiedzą, że wodami rzeki płynie złowroga magia. Najniżej położone ziemie oraz udziały w monopolu na handel towarami znad Rzeki Deszczowej czynią Vestritów rodziną kupiecką. Znasz Pierwszych Kupców, którzy wyprzedają przyznane im grunta? – mówiła gniewnym tonem.
– Nie musisz mi udzielać lekcji historii, Roniko Vestrit – zganił ją łagodnie Davad i wziął sobie następnego suchara. – Czy muszę ci przypominać, że moja rodzina przybyła tutaj w tej samej ekspedycji co twoja? Restartowie, tak jak Vestritowie, należą do Pierwszych Kupców. Wiem, co dla ciebie znaczą te ziemie.
– W takim razie jak możesz mi coś takiego proponować? – spytała zapalczywie.
– Ponieważ połowa Miasta Wolnego Handlu wie, jak kiepsko przędziesz, kobieto. Posłuchaj mnie. Nie masz kapitału, nie stać cię więc na wynajęcie dobrych robotników, którzy będą we właściwy sposób obrabiali te ziemie. Fullerjon jest bogaty. Gdy kupi twoją część, będzie miał wystarczająco dużo terenów, by prosić o miejsce w Radzie Miejskiej. Tak między nami, sądzę, że chodzi mu właśnie o nie. Pewnie chętnie nabędzie inne ziemie, choć te najniżej położone bardzo mu się podobają. Zaproponuj mu inny kawałek, a może go kupi. – Davad odchylił się w tył; nie krył niezadowolenia. – Sprzedaj mu pola pszenicy, i tak kiepsko je obrabiasz.
– A on zdobędzie sobie miejsce w Radzie Miasta Wolnego Handlu i zagłosuje za pozwoleniem na handel niewolnikami. Ziemie, które mu sprzedam, będzie obrabiał wykorzystując niewolników, więc jego zboże stanie się tańsze od mojego. Nie zdołam z nim konkurować. Ani ja, ani ty, ani żaden inny uczciwy Kupiec. Davadzie Restart, pomyśl. W tej ofercie zawarta jest prośba, żebym zdradziła nie tylko rodzinę Vestritów, ale nas wszystkich. Wystarczy już w Radzie naszego miasta zachłannych małych handlarzy. Pierwsi Kupcy ledwo mogą nad nimi zapanować. Nie zamierzam sprzedawać ziemi i miejsca w Radzie kolejnemu obcemu parweniuszowi.
Davad chciał coś powiedzieć, powstrzymał się jednak i położył małe dłonie na kolanach.
– To się stanie, Roniko – oświadczył w końcu. Usłyszała w jego głosie szczery żal. – My, dawni Kupcy, słabniemy. Wojny i piraci straszliwie nam utrudniali życie, a teraz, kiedy wojna już się niemal zakończyła, przybyli handlarze. Roją się wokół nas niczym pchły na umierającym króliku. Chcą z nas wyssać całą krew. Potrzebujemy ich pieniędzy, aby pokonać kryzys, zmuszają nas więc do taniej sprzedaży tego, co tak nas drogo kosztowało – naszej ojcowizny, naszych krwi i naszych dzieci…
Przez moment jego głos drżał i Ronica nagle przypomniała sobie, że krwawa zaraza uczyniła Davada wdowcem i zabrała mu wszystkie dzieci. Nigdy się powtórnie nie ożenił.
– To się zdarzy, Roniko – powtórzył. – Ci ź nas, którzy przeżyją, przystosują się do obecnych czasów. Kiedy nasze rodziny osiedliły się w Mieście Wolnego Handlu, były biedne, głodne i och, bardzo otwarte na wszystkie nowości. Umieliśmy się zaadaptować w nowym środowisku. Teraz zatraciliśmy tę zdolność. Upodobniliśmy się do tych, przed którymi uciekliśmy. Tłuści tradycjonaliści, rozpaczliwie i kurczowo trzymający się własnych monopoli. Pogardzamy napływającymi do nas nowymi handlarzami tylko dlatego, że tak bardzo przypominają nas samych sprzed lat. Czy też raczej naszych prapradziadów z opowieści, które o nich słyszeliśmy.
Przez moment Ronica była skłonna się zgodzić z Davadem. Wtedy wszakże poczuła napływ gniewu.
– Ależ oni w niczym nie przypominają naszych przodków! Tamtych można porównać do wilków, a tych do wypatrujących padliny sępów! Kiedy pierwszy Carrock postawił stopę na tym brzegu, wiele ryzykował. Aby kupić sobie miejsce na statku, sprzedał wszystko, co miał, a następnie zapożyczył się u Satrapy pod zastaw połowy zysków spodziewanych w następnych dwudziestu latach. I po co? Dla kawałka ziemi i gwarancji udziału w monopolu. Otrzymał ściśle wyznaczony areał i miał prawo handlować wszystkimi towarami, które uzna za warte dalszej sprzedaży. A gdzież mógł prowadzić te wspaniałe interesy? Na obszarze wybrzeża, który przez setki lat znany był jako Przeklęte Brzegi, w miejscu, skąd nawet bogowie uciekli. Co nasi przodkowie tu znaleźli? Choroby, o których nigdy przedtem nie słyszeli, złowrogą magię, która w ciągu jednej nocy doprowadzała ludzi do szaleństwa, i fatum, z powodu którego połowa urodzonych tu dzieci to osobliwe monstra, nie ludzie.