Restart pobladł nagłe i zaczął machać rękoma, Ronica jednak nie dała sobie przerwać.
– Czy wiesz, Davadzie, jak czuje się kobieta, która przez dziewięć miesięcy nosi w sobie nowe życie i nie wie, czy urodzi zdrowe dziecko i dziedzica, o którego wraz z mężem się modlili, czy też zdeformowanego potwora, którego jej mąż będzie musiał zadusić własnymi rękoma? A może przyjdzie na świat coś pomiędzy istotą ludzką i nieludzką? Wiesz, jak się czuje wtedy mężczyzna? O ile sobie dobrze przypominam, twoja Dorill była w ciąży trzy razy, a jednak mieliście tylko dwoje dzieci.
– I tak wszystkich ich porwała krwawa zaraza – oznajmił załamującym się głosem Davad.
Nagle zakrył twarz rękoma i Ronice zrobiło się przykro, że powiedziała mu tyle nieprzyjemnych słów. Współczuła temu żałosnemu człowiekowi, nie posiadającemu żony, która kazałaby mu inaczej zasznurować kubrak i skrzyczała krawca za źle dopasowane spodnie. Żałowała ich wszystkich, ludzi urodzonych w Mieście Wolnego Handlu. Musieli kontynuować rozpoczęte przez przodków przeklęte interesy zgodnie z zawartymi przez nich umowami. A jednak nie sposób było nie kochać tych ziem – Miasta oraz sąsiadujących z nim zielonych wzgórz i dolin. Były tu tereny pokryte bujną jak w dżungli roślinnością, czarne i żyzne gleby, strumieniami płynęła kryształowo czysta woda, lasy zamieszkiwały setki zwierząt. Ten świat oferował niewyobrażalne bogactwo znużonym morską podróżą i ubłoconym imigrantom, którzy odważyli się zakotwiczyć w pobliżu Miasta Wolnego Handlu. Właściwie prawdziwą umowę zawarli nie z Satrapą, który nominalnie rościł sobie prawo do tej części wybrzeża, lecz z samą ziemią. Piękno okolicy i żyzność gleby równoważyły się w tym świecie z chorobami i śmiercią.
Ronica wiedziała, że chodziło o coś więcej. Ich przodkowie odczuwali dumę, nazywając siebie Kupcami z Miasta Wolnego Handlu. Początkowo pragnęli stawić czoło magii spływającej wodami Rzeki Deszczowej. Pierwsi Kupcy próbowali założyć osadę tuż przy jej ujściu. Zbudowali domy na brzegu. Jako fundamentów użyli korzeni drzew palowych i rozpięli mosty między kolejnymi chatami. Podnosząca się i opadająca rzeka pędziła pod ich podłogami, dzikie burzowe wiatry kołysały w nocy ich domami. Czasem nawet ziemia falowała i drżała, a później – na dzień lub na miesiąc – rzeka stawała się nagle mlecznobiała i niosła śmierć.
Osadnicy wytrwali dwa lata, nie zważając na insekty, gorączkę i rwącą rzekę, która niszczyła wszystko, co wpadło w jej wody. Mimo tych niewygód, żyliby tam dalej, gdyby nie przegoniła ich w końcu magia. Małą grupkę Kupców zepchnęły na południe śmierć, choroba oraz osobliwy, paniczny strach, porażający kobietę, kiedy ugniatała ciasto na chleb. Albo szał samozniszczenia, który spadał na zbierającego drewno mężczyznę i nakazywał mu skok do rzeki. Te dwa pierwsze lata przeżyło tylko sześćdziesiąt dwie kupieckie rodziny z przybyłych trzystu siedmiu. Nawet teraz od Miasta Wolnego Handlu do ujścia Rzeki Deszczowej ciągnął się szlak opuszczonych miasteczek, znacząc ścieżkę osadniczych prób. Obecna lokalizacja miasta, na brzegach Zatoki Kupieckiej, okazała się odpowiednia. Znajdowali się wystarczająco daleko od rzeki i wszystkiego, co spływało jej wodami z Deszczowych Ostępów. Rzadko wspominano o rodzinach, które pozostały nad samą rzeką, chociaż byli (nazywano ich Kupcami z Deszczowych Ostępów) z mieszkańcami Miasta Wolnego Handlu spokrewnieni i absolutnie dla nich niezbędni. Ronica zdawała sobie z tego sprawę, ale nie lubiła o nich nawet myśleć.
– Davadzie? – Wyciągnęła rękę ponad łóżkiem Ephrona i lekko dotknęła ramienia starego przyjaciela. – Przepraszam cię. Mówię zbyt obcesowo o sprawach, które lepiej pominąć milczeniem.
– Nic nie szkodzi – skłamał kryjąc twarz w dłoniach. Po chwili podniósł pobladłą twarz i spojrzał swej rozmówczyni w oczy. – My, Pierwsi Kupcy, nie chcemy mówić między sobą o pewnych sprawach, natomiast nowi przybysze gawędzą o nich bez oporów. Zauważyłaś, jak niewielu z nich przywiozło ze sobą żony i córki? Nie przybyli tu, aby się osiedlić. Kupią ziemię, owszem, zasiądą w Radzie i wycisną z miasta tyle, ile zdołają, lecz stale będą wracać do Jamaillii. Tam się ożenią, tam zamieszkają ich kobiety, tam urodzą się im dzieci. Tam wrócą, by doczekać starości, a tu przyślą w swoim imieniu jednego lub dwóch synów. – Restart prychnął pogardliwie. – Pamiętasz imigrantów z Trzech Statków? Przypłynęli tu, uczciwie powiedzieliśmy im, jaką cenę trzeba płacić za zamieszkanie tutaj, a oni i tak zostali. Nowi przybysze są inni – przyjechali z nadzieją na zarobek, który zrosimy dla nich naszą krwią.
– Za ten stan rzeczy równie wielką odpowiedzialność ponosi Satrapa – stwierdziła Ronica. – Złamał słowo, które dał nam jego przodek Esclepius. Zapewniono nas, że nie będzie już więcej koncesji gruntowych dla nowo przybyłych, chyba że nasza Rada je zatwierdzi. Imigranci z Trzech Statków przybyli do nas z pustymi rękoma, byli wszakże chętni do pracy i stali się częścią naszej grupy. A przybysze z tej ostatniej fali żądają przyznania lefrów ziemi i nie baczą na to, kogo lub co krzywdzą. Felco Treeves zażyczył sobie terenów na stokach ponad chmielową doliną Kupca Drura i wypasa tam bydło. Klarowne dotąd źródełka Drura zmieniły teraz kolor na żółty i wyglądają jak krowie siki, a jego piwo z tego powodu nie nadaje się do picia. Potem przybył Trudo Fells i zażądał kawałka lasu, gdzie wycina dęby na meble i drzewo opałowe…
– Wiem, wszystko to wiem – uciął Davad ze znużeniem. – Roniko, po co teraz rozpamiętywać sprawy, które wyzwalają w nas tylko gorycz. Nie możemy udawać, że istnieje możliwość powrotu do poprzedniego stanu rzeczy. Tamten świat już nie wróci. A zauważ, że to dopiero pierwsza fala zmian. Możemy albo popłynąć z tą falą, albo pozwolić, by nas zatopiła. Pomyśl. Satrapa na pewno sprzeda kolejne koncesje, kiedy tylko ludzie zobaczą, że nowi przybysze całkiem dobrze sobie radzą. Przybędą następni. Co nam pozostaje? Pogodzić się ze zmianami i przystosować do nowej sytuacji. Uczmy się od przybyszów, jeśli trzeba. Przyjmijmy ich sposób działania, jeśli ułatwi nam to życie.
– Tak, tak – zazgrzytał Ephron. Jego głos przywodził na myśl otwieranie zardzewiałych zawiasów. – Nauczmy się lubić niewolnictwo tak bardzo, żebyśmy się nie martwili, gdy nasze wnuki zostaną niewolnikami, ponieważ nie zdołają spłacić stale rosnących corocznych długów. Jest jeszcze problem morskich węży, które przybywają na nasze wody zwabione zapachem statków przewożących niewolników i żywią się wyrzucanymi za burtę ciałami. Zaprośmy po prostu te stwory do Zatoki Kupieckiej, a nigdy już nie będziemy potrzebowali cmentarza w naszym mieście.
Dla chorego człowieka była to bardzo długa przemowa i Ephron na chwilę stracił oddech. Ronica wstała, by nalać mężowi makowego mleka. Jednakże, gdy wyjęła korek z ciężkiej brązowej butli, Ephron wolno pokręcił głową.
– Jeszcze nie – powiedział. Dyszał przez moment, po czym dodał: – Jeszcze chwilę. – Zmęczony spojrzał na Davada, na którego twarzy pojawiła się nietaktowna reakcja: konsternacja słabością starego przyjaciela. Ephron cicho zakaszlał.
Restart spróbował się uśmiechnąć.
– Dobrze, że się obudziłeś, Ephronie. Mam nadzieję, że nasza rozmowa nie zakłóciła twojego snu.
Przez kilkanaście sekund mąż Roniki bez słowa wpatrywał się w mężczyznę. Potem, z niedbałą nieuprzejmością człowieka chorego, zignorował go, a jego nieruchome oczy skupiły się na żonie.
– Są jakieś wiadomości z “Vivacii"? – spytał. Zadał to pytanie głosem głodującego, który pyta o jedzenie.