Выбрать главу

Ronica zaprzeczyła ruchem głowy, odstawiając makowe mleko.

– Ale niedługo powinna przypłynąć. Dostaliśmy informację z klasztoru, że jedzie do nas Wintrow. – Wypowiedziała ostatnie słowa pogodnym tonem, Ephron jednak tylko powoli opuścił głowę na poduszkę.

– A cóż on zrobi? Popatrzy z powagą i przed wyjazdem poprosi o ofiarę dla swojego klasztoru? Zrezygnowałem z tego chłopaka w chwili, gdy jego matka oddała go Sa. – Zamknął oczy i przez jakiś czas ciężko oddychał. Otworzył oczy, dopiero gdy odezwał się ponownie. – A niech szlag trafi tego Kyle'a. Miał wrócić kilka tygodni temu… Chyba że zabrał statek na dno. Razem z Altheą. Wiem, że powinienem powierzyć “Vivacię” Brashenowi. Kyle jest dobrym kapitanem, ale żeby zrozumieć zachowanie żywostatku, trzeba mieć w sobie kupiecką krew.

Ronica poczuła, że się rumieni. Wstydziła się słuchając, jak jej mąż w taki sposób mówi przy Davadzie o swoim zięciu.

– Jesteś głodny, Ephronie? A może spragniony? – Próbowała zmienić temat.

– Nie. – Zakaszlał. – Umieram. Chciałbym, żeby wrócił mój przeklęty statek. Pragnę umrzeć na jego pokładzie i ożywić go, w przeciwnym razie okaże się, że żyłem na daremno. Nie proszę chyba o wiele, prawda? Urodziłem się po to, by wypełnić przeznaczenie. Co będzie, jeśli wcześniej skonam? – Z trudem zaczerpnął tchu. – Maku, Roniko. Teraz daj mi maku.

Ronica nalała na łyżeczkę gęstego lekarstwa, przytrzymała ją przy ustach Ephrona, który bez skargi połknął syrop. Później zrobił kolejny wdech i skinął na dzbanek z wodą. Przez chwilę pił z filiżanki małymi łykami, po czym położył się na poduszkach z charczącym westchnieniem. Spowodowane wysiłkiem zmarszczki na jego czole nieco się wygładziły, usta lekko otworzyły. Przez chwilę popatrzył na Davada, ale nie do niego się odezwał.

– Nie sprzedawaj niczego, moja kochana. Uzbrój się w cierpliwość najdłużej jak zdołasz. Niech tylko umrę na pokładzie mojego statku, a “Vivacia” będzie ci dobrze służyła. Będzie ciąć fale jak żaden statek nigdy przedtem, szybko i mądrze. Nie zabraknie ci niczego, Roniko. Obiecuję. Wytrzymaj, a wszystko dobrze się ułoży.

Z każdym słowem mówił coraz wolniej i ciszej. Jego żona wstrzymała oddech, gdy Ephron wziął kolejny haust powietrza.

– Trzymaj kurs – mruknął, ale Ronica nie sądziła, żeby mówił do niej. Może mak przeniósł już rozmarzony umysł starca na pokład jego ukochanego statku.

Zakręciły jej się w oczach łzy, ale starała się nad sobą zapanować. Przez chwilę jeszcze zdecydowanie z nimi walczyła. Dławiły ją, aż poczuła tak wielki ból w gardle, że nie mogła odetchnąć. Spojrzała z ukosa na Davada. Jak zwykle, nie starczyło mu kultury, by odwrócić wzrok, ale z pewnością poczuł się nieswojo.

– Jego statek – oświadczyła cierpko Ronica. – Wiecznie ten jego przeklęty statek. Tylko on zawsze się liczył, nic więcej. – Zastanowiła się, dlaczego woli, by Restart sądził, że przyczyną jej łez jest ten właśnie powód, a nie bliska śmierć Ephrona. Strasznie głośno pociągnęła nosem, potem poddała się, wyjęła chusteczkę i wytarła oczy.

– Powinienem już pójść – poniewczasie uprzytomnił sobie Davad.

– Musisz? – Ronica opanowała się już i zaczęła zachowywać stosownie do swojego położenia. – Bardzo ci dziękuję za odwiedziny. Pozwól, że przynajmniej odprowadzę cię do drzwi – dodała, zanim Restart zdążył powiedzieć, że może jednak jeszcze trochę z nią zostanie.

Wstała i przykryła Ephrona lekką kołdrą. Mężczyzna mamrotał coś o żaglu gniezdnym. Gdy opuszczali pokój, Davad wziął Ronikę pod ramię, a ona z przymusem pozwoliła mu na tę kurtuazję. Wychodząc z mrocznego pokoju, zamrugała oczyma. Zawsze była dumna ze swego jasnego i przewiewnego domu, teraz jednak jaskrawe światło słoneczne, które wlewało się do pomieszczeń wielkimi oknami, wydało jej się ostre i oślepiające. Odwróciła oczy od mijanego atrium. Niegdyś to miejsce stanowiło jej dumę i radość, ale teraz zaniedbane zmieniło się w niegościnne nieużytki porośnięte brązowiejącą winoroślą i pieniącymi się wybujałymi chwastami. Obiecała sobie, że po śmierci Ephrona spróbuje znaleźć czas dla atrium, w chwilę później jednakże myśl ta wydała jej się wstrętna i wiarołomna. Ronica poczuła się, jak gdyby z wyrachowaniem czekała na śmierć męża, by ponownie się zająć swoim ogrodem.

– Nic nie mówisz – zauważył otwarcie Davad.

Tak naprawdę, zupełnie o nim zapomniała, mimo że trzymał ją pod ramię. Zanim wszakże zdołała sformułować uprzejme przeprosiny, dodał burkliwie:

– Ale, jak sobie przypominam, kiedy umarła Dorill, też nie miałem ochoty z nikim rozmawiać. – Gdy dotarli do wielkich białych drzwi frontowych, odwrócił się do Roniki i wziął jej obie dłonie w swoje, zaskakując ją tym gestem. – Jeśli mogę coś dla ciebie zrobić… Zrobię wszystko… Zawiadomisz mnie?

Jego ręce były wilgotne i spocone, oddech pachniał przesadnie przyprawionym obiadem, jednak najgorsza wydała jej się ta bezgraniczna szczerość w jego oczach. Ronica wiedziała, że Restart jest jej przyjacielem, ale nagle uświadomiła sobie, że jej sytuacja może się upodobnić do jego sytuacji. Kiedy żyła Dorill, Davad był w Mieście Wolnego Handlu potężnym człowiekiem, odważnym Kupcem, mężczyzną dobrze ubranym i majętnym. Wydawał w swoim wielkim domu bale, zajmował się nie tylko interesami, lecz działał również społecznie. Teraz jego wspaniały dom tworzyło mnóstwo zakurzonych i zaniedbanych pokojów, po których bez nadzoru kręcili się nieuczciwi służący. Wiedziała, że ona i Ephron należeli do nielicznych par, które ciągłe jeszcze brały Davada pod uwagę przy wypisywaniu zaproszeń na bale lub kolacje. Kiedy jej ukochany mąż odejdzie, czy społeczność miasta potraktuje ją tak jak Davada? Czy ludzie uznają, że nie warto poświęcać uwagi jej – wdowie zbyt starej na zaloty i zbyt młodej, by kazać jej cicho siedzieć w kącie? Poczuła wielki strach i gorycz.

– Wszystko, Davadzie? – odezwała się bezmyślnie. – No cóż, możesz spłacać moje długi, uprawiać moje pola i znaleźć odpowiedniego męża dla Althei. – Własne słowa przeraziły Ronikę. Przez chwilę obserwowała, jak oczy Davada rozszerzają się; stały się tak ogromne, że wydawało się, iż wyskoczą z oczodołów. Obcesowym ruchem uwolniła dłonie z jego wilgotnego uścisku. – Przepraszam, Davadzie – powiedziała szczerze. – Nie wiem, co mnie opętało, żeby tak…

– Nic nie szkodzi – przerwał jej pospiesznie. – Rozmawiasz z człowiekiem, który spalił portret swojej żony, żeby tylko na nią bez przerwy nie patrzeć. W takich sytuacjach ludzie mówią i robią rzeczy, które… Mniejsza o to, Roniko. Naprawdę zrobię wszystko, co będę mógł. Jestem twoim przyjacielem i z całych sił postaram się ci pomóc.

Odwrócił się i pospiesznie zszedł białą kamienną alejką, aż dotarł do miejsca, gdzie czekał na niego osiodłany koń. Ronica stała i patrzyła, jak niezgrabnie go dosiadał. Podniósł na pożegnanie rękę, a ona pomachała w odpowiedzi. Obserwowała go, gdy odjeżdżał alejką. Potem w skupieniu kontemplowała widoki miejskiego krajobrazu. Patrzyła na miasto właściwie po raz pierwszy, odkąd Ephron zachorował. Zmieniło się. Dom Vestritów, tak jak rodzinne rezydencje wielu Pierwszych Kupców, stał na niewysokim wzgórzu, górującym nad basenem portowym. Między drzewami Ronica dostrzegała fragmenty brukowanych ulic i budynków z białego kamienia, a za nimi błękit Zatoki Kupieckiej. Ze swego miejsca nie widziała wprawdzie Wielkiego Targowiska, była jednak pewna (tak bardzo jak wschodu słońca każdego ranka), że panuje na nim codzienna, zwyczajna krzątanina. Odchodzące z targu szerokie brukowane ulice docierały do zatoki, która miała kształt ładnej podkowy. Wielkie Targowisko było miejscem otwartym i przewiewnym; zaplanowano je z równą skrupulatnością jak posiadłości bogaczy. Kępy drzew rzucały cień na małe ogrody, gdzie stoły i krzesła kusiły znużonych kupców do chwilowego odpoczynku przed dalszymi zakupami. W stu dwudziestu sklepach z dużymi oknami i szerokimi drzwiami można było nabyć rodzime towary i zagraniczne. W taki słoneczny dzień jak dziś z pewnością nad pasażami rozstawiono jasnobarwne markizy, które wabiły przechodniów rozkosznym cieniem.

Ronica uśmiechnęła się do siebie. Matka i babka zawsze jej powtarzały z dumą, że Miasto Wolnego Handlu wcale nie wygląda jak powstała z części puszczy miejscowość, położona na zimnym i dalekim wybrzeżu, lecz jest podobne do większości osad w dominium Satrapy. Tutejsze ulice były proste i czyste, odpadki i pomyje spływały w wyznaczone alejki i rynsztoki za sklepami; zresztą, nawet owe miejsca regularnie oczyszczano. Idąc drogą od Wielkiego Targowiska w stronę pomniejszych, wszędzie wokół widziało się zadbane i cywilizowane oblicze miasta. W świetle słońca lśniły domy z białego kamienia. Pomarańczowe i cytrynowe drzewka przesycały powietrze swoim zapachem, mimo iż rosły w donicach, a każdej zimy trzeba je było przenosić do zamkniętych pomieszczeń. Tak, tak, rodzinne miasto Roniki stanowiło prawdziwą perłę Przeklętych Brzegów, najdalej położony z pięknych klejnotów Satrapy, a równocześnie jeden z najjaśniejszych. Tak w każdym razie zawsze wszyscy twierdzili.