Doronin, jak wcześniej, znów mrugnął, ale radcy tytularnego nie kusiły kawalerskie uciechy.
– Może innym razem rzucę okiem na pana Ōkubo… Trochę zmęczyła mnie podróż i wolałbym odpocząć. Tak więc, gdyby pan pozwolił…
– Nie pozwolę! – z naciskiem przerwał konsul. – Na bal – obowiązkowo. Proszę to potraktować jako pierwsze polecenie służbowe. Zobaczy pan tam mnóstwo wpływowych ludzi. Będzie i nasz attaché morski Bucharcew, drugi człowiek w ambasadzie. A może i pierwszy – ze znaczącym wyrazem twarzy dorzucił Wsiewołod Witaljewicz. – Poznacie się panowie, a jutro zaprezentuję pana jego ekscelencji… Lecz oto i konsulat. Tomare! * - krzyknął do rikszów. – Zapamiętaj, kochany, adres: Bulwar Bund, dom numer sześć.
Erast Pietrowicz ujrzał kamienny budynek w kształcie litery n, zwróconej nóżkami ku ulicy.
– W lewym skrzydle jest moje mieszkanie, w prawym pańskie, a tam pośrodku biura. – Doronin wskazał za kratę. W głębi dziedzińca widać było paradny fronton, zwieńczony rosyjską flagą. – Gdzie pracujemy, tam i mieszkamy.
Dyplomaci zeszli na chodnik, przy czym kuruma miłośnie zakołysała Erasta Pietrowicza na pożegnanie, konsula zaś zaczepiła złośliwie czubkiem sprężyny za spodnie.
Jęczy, przeklina
Podle wyboje Drogi
Moja kuruma.
Oczy bohatera
W poczekalni na spotkanie wchodzącym podniósł się młody Japończyk, nadzwyczaj poważny w krawacie i binoklach w stalowej oprawie. Na stole, pośród teczek i stosików papieru widniały dwie malutkie flagi: rosyjska i japońska.
– Poznajcie się, panowie. To mój tłumacz, kancelista i bezcenny pomocnik już od lat ośmiu, by tak rzec – anioł stróż i sekretarz, Shirota. Proszę o łaskawe względy.
Fandorin zdziwił się nieco, że konsul od pierwszej chwili znajomości uznał za konieczne napomknąć o smutnej sytuacji rodzinnej swego pracownika. Widać bolesny wypadek zaszedł całkiem niedawno, aczkolwiek strój sekretarza – z wyjątkiem czarnych satynowych zarękawków – nie zdradzał oznak żałoby. Erast Pietrowicz ukłonił się ze współczuciem, czekając na ciąg dalszy, ale Doronin milczał.
– Wsiewołodzie Witaljewiczu, zapomniał pan chyba podać nazwiska – rzekł półgłosem radca tytularny.
Konsul roześmiał się.
– Shirota to nazwisko. Tuż po przyjeździe tutaj tęskniłem strasznie za ojczyzną. Wszyscy Japończycy byli niczym spod jednej sztancy nazwiska zdawały się abrakadabrą. Tkwiłem sam na pustkowiu, o żadnym konsulacie nawet się jeszcze nie śniło. Ani rosyjskiego słowa, ani twarzy. Wpadłem więc na myśl, by otoczyć się miejscowymi o brzmiących znajomo nazwiskach. Lokajem stał się Mikita. Pisze się trzema hieroglifami i oznacza „Pole z trzema drzewami”. Tłumaczem został Shirota, to po japońsku „Białe pole”. A jest jeszcze bajeczna Obayashi-san, którą przedstawię panu później *.
– Czyli że język japoński nie jest aż tak obcy dla rosyjskiego ucha? – spytał z nadzieją Erast Pietrowicz. – Bardzo pragnę jak najszybciej go poznać.
– I obcy, i trudny – zgasił go Wsiewołod Witaljewicz. – Odkrywca Japonii, święty Franciszek Ksawery, rzekł: „Tutejsze narzecze wymyślił szatański sanhedryn na udręczenie głosicieli wiary”. A podobieństwa mogą nieraz spłatać głupie figle. Na przykład moje nazwisko, po naszemu całkiem dźwięczne, sprawiło mi w Japonii niezły kłopot.
– Dlaczego?
– Dlatego, że doro znaczy „brud”, a nin znaczy „człowiek”. „Brudas” – jakież to żenujące dla konsula wielkiego mocarstwa!
– A co znaczy po japońsku „Rosja”? – przeląkł się o ojczyznę radca tytularny.
– Nic dobrego. Pisze się dwoma hieroglifami. Ro-koku, „kraj głupców”. Nasza ambasada już któryś rok z rzędu prowadzi żmudne dyplomatyczne podchody, by Japończycy wykorzystali inny hieroglif ro, znaczący „rosa”. Wtedy zyskalibyśmy wdzięczne miano „kraju rosy”. Ale jak dotąd, daremne zachody.
Sekretarz Shirota, nie biorąc udziału w dyskusji lingwistycznej, stał po prostu z uprzejmym uśmiechem.
– Czy wszystko już gotowe na przyjęcie pana wicekonsula? – zwrócił się doń Doronin.
– Tak jest. Mieszkanie służbowe przygotowane. Jutro rano przyjdą kandydaci na stanowisko kamerdynera. Wszyscy mają bardzo dobre referencje. Gdzie będzie pan życzył sobie się stołować, panie Fandorin? Jeśli u siebie, znajdę panu kucharza.
Japończyk mówił po rosyjsku prawidłowo i niemal bez akcentu, tylko od czasu do czasu mieszał „r” i „1”, na przykład w trudnym wyrazie „sprawdzić”.
– Mnie wszystko jedno. Jadam jak najprościej, więc obejdzie się bez kucharza – wyjaśnił radca tytularny. – Nastawić samowar, pójść do sklepu po zakupy – z tym poradzi sobie i służący.
– Jak przenajświetniej – skłonił się Shirota, zdradzając znajomość stopniowania. – A kiedy wypada spodziewać się pani wicekonsulowej?
Pytanie sformułowane było dość górnolotnie, i Erast Pietrowicz nie od razu uchwycił jego sens.
– Nie, nie. Nie jestem żonaty.
Sekretarz skinął, jakby gotów był na taką odpowiedź.
– W takim razie mogę zaproponować panu do wyboru dwóch kandydatów… to jest dwie kandydatki do roli przyjaciółki. Jedna za trzysta jenów rocznie, lat piętnaście, niezamężna, zna sto angielskich słów. Druga niemłoda, lat dwadzieścia jeden, dwukrotnie zamężna. Rekomendacje od poprzednich mężów wyśmienite, zna tysiąc angielskich słów i wypada taniej: dwieście pięćdziesiąt jenów. Oto fotografie.
Erast Pietrowicz zamrugał długimi rzęsami i zmieszany obejrzał się na konsula.
– Wsiewołodzie Witaljewiczu, ja czegoś tu…
– Shirota proponuje panu wybór konkubiny – objaśnił Doronin, z miną znawcy wpatrując się w zdjęcia, na których uwiecznione były lalkowate niewiasty o spiętrzonych, wymyślnych fryzurach. – Przyjaciółki kontraktowej.
Radca tytularny zmarszczył czoło, lecz nadal nie pojmował.
– Wszyscy tak robią. To wielka wygoda dla oderwanych od domu urzędników, marynarzy i kupców. Mało kto przywozi tu rodzinę. Prawie każdy oficer naszej eskadry Oceanu Spokojnego ma japońską konkubinę. Tu albo w Nagasaki. Zawiera się kontrakt na rok lub dwa z prawem prolongaty. Za skromną sumę zyskuje pan domowe wygody, opiekę, a także żar uczuć. Pan przecież, o ile pojąłem, nie jest zwolennikiem burdeli. Hm… Dziewczyny niezłe. Shirota zna się na tym. – Doronin postukał palcem w jedno ze zdjęć. – Dam panu radę: proszę wziąć starszą. Była już dwa razy zamężna z cudzoziemcami, obejdzie się bez edukacji. Moja Obayashi żyła przede mną z francuskim kapitanem, a potem z amerykańskim spekulantem srebra. A skoro o srebrze… – Wsiewołod Witaljewicz obrócił się do Shiroty. – Prosiłem o przygotowanie dla pana wicekonsula pensji za pierwszy miesiąc i sumy na zagospodarowanie. W sumie sześćset dolarów meksykańskich.
Sekretarz skłonił z szacunkiem głowę i zaczął otwierać szafę pancerną.
– Dlaczego meksykańskich? – spytał Fandorin dla pogłębienia wiedzy.
– Najpowszechniejsza waluta na Dalekim Wschodzie. Co prawda niezbyt wygodna – zauważył konsul, patrząc, jak Shirota wyciąga z sejfu pobrzękujący worek. – Proszę się nie podźwignąć. To dobry pud srebra.
Ale Erast Pietrowicz bez wysiłku uniósł w dwóch palcach nielekkie brzemię – widać nie darmo woził w bagażu żeliwne ciężary. Chciał położyć worek na stole, lecz wstrzymał gest, wpatrzywszy się w wiszące nad stołem sekretarza portrety.