Przyjaciele maszerowali ramię przy ramieniu dnem kolein, gdzie grunt był dość gładki. Dokuczał im głód i zmęczenie, więc niewiele rozmawiali, skupieni na pokonywaniu kolejnych metrów. W pierwszej chwili wydało im się, że słyszą echo. Zdumieni popatrzyli jeden na drugiego. Co to mogło być? Wkrótce rozpoznali głosy ludzi i zwierząt. Krzyczały dzieci, szczekały psy. Nareszcie trafili na ludzkie zbiorowisko! Przyspieszyli kroku, na twarzy Boba pojawił się uśmiech.
Droga zakręciła szerokim łukiem, na jej końcu chłopcy zobaczyli skupisko walących się drewnianych chatek, starych przyczep i bud z prefabrykatów, rozrzuconych wśród strzelistych sekwoi. Na zewnątrz domostw walał się sprzęt myśliwski i wędkarski, stały ogrodzenia dla kurcząt, ramy z rozciągniętymi na nich skórami przeznaczonymi do wysuszenia oraz bardzo stare, poobijane półciężarówki i dżipy, które już dawno temu powinny były trafić na złomowisko.
Jednym słowem dotarli do niewielkiej indiańskiej wioski. Dwoje dzieci ubranych w szorty i podkoszulki, z zaczerwienionymi oczami i cieknącymi nosami, oderwało się od zabawy i gapiło na obcych. Obok malców podskakiwał pies o brązowej sierści i wąchał sportowe buty nieznajomych przybyszów.
W wiosce nastało poruszenie. Kobiety i dzieci zaczęły się gromadzić na centralnym placu. Rozległy się uderzenia w bębny.
– Hej, stój! – wrzasnął niespodziewanie Pete.
Rzucił się w stronę jednej z bud i chwycił za ramię młodego Indianina, ubranego w dżinsy i skórzaną kamizelkę. Szarpnął go tak mocno, że chłopak niemal stracił równowagę. Popatrzył na napastnika z dzikim, okrutnym wyrazem twarzy.
We wzroku Pete’a malowała się równa zawziętość.
– To ciebie ścigaliśmy – powiedział.
ROZDZIAŁ 7. TAJEMNICZA CHOROBA
– Co z ciebie za człowiek! – zawołał Pete do młodego Indianina. – Żeby tak przede mną uciekać!
W pierwszej chwili chłopak nastroszył się i zrobił gniewną minę. Przenikliwym spojrzeniem ciemnych oczu przewiercał na wylot przybysza. Jego pociągła twarz, okolona czarnymi, prostymi włosami, wyglądała naprawdę groźnie. Kiedy jednak rozpoznał Pete’a, rysy mu złagodniały. Uśmiechnął się, błyskając białymi zębami.
– Jak się tu dostałeś? – spytał zdziwiony. – Wyśledziłeś mnie? Oczywiście, że nie – odpowiedział sam sobie. – Po prostu nas znalazłeś! Wróciłbym do ciebie najszybciej, jak byłoby to możliwe. Przykro mi, że musiałem cię zostawić.
Tym razem zdumiał się Pete.
– Co to znaczy: musiałem? – zapytał.
– Zaraz ci wyjaśnię – odparł uprzejmie młody Indianin. Obciągnął na sobie krótką skórzaną kamizelkę, którą nosił do starych, wypłowiałych dżinsów. Odruchowo dotknął wielkiej, owalnej, srebrnej klamry u pasa. Była naprawdę piękna i niezwykła, pośrodku owalu miała wmontowany turkus. – Akurat poszukiwałem objawienia…
W tym momencie do Pete’a i indiańskiego chłopca dobiegli Jupiter i Bob.
– Nazywam się Daniel Grayleaf – przedstawił się grzecznie młody Indianin. – Ja…
– Czy masz telefon? – przerwał mu Bob. – Musimy dotrzeć do posterunku straży leśnej. Rozbił się samolot, którym lecieliśmy, a teraz zaginął mój tata. Nigdzie nie możemy go znaleźć!
Daniel pokręcił głową.
– Przykro mi, ale w wiosce nie ma ani telefonu, ani nawet radia. Żeby cokolwiek załatwić czy przywieźć, jeździmy do miasta.
– Czy mógłbyś nas wobec tego podwieźć do najbliższego posterunku? – zapytał Bob.
– Teraz nikt się stąd nie ruszy. – Z tyłu za przybyszami rozległ się głęboki, chropawy głos. – Kim są ci obcy?
Trzej Detektywi odwrócili się i zobaczyli krępego, muskularnego mężczyznę średniego wzrostu, o grubych rysach twarzy. Oczy miał zaczerwienione i łzawiące.
– Wujku, to są właśnie chłopcy, o których ci opowiadałem – odparł Daniel.
– Mam nadzieję, że nie rozmawiałeś z nimi.
– W lesie nie odezwałem się ani słowem.
– To dobrze. – Krępy mężczyzna uśmiechnął się do Daniela, jednakże na obcych przybyszów popatrzył surowym wzrokiem.
Pete, Jupe i Bob przedstawili się po kolei, a Daniel poinformował ich, że mają przed sobą wodza wioski i głównego myśliwego, Amosa Turnera.
– Mój ojciec zaginął. – Bob zrozpaczonym głosem wyjaśnił, co się stało.
– Jak możemy im pomóc, wujku? – spytał Daniel.
Bob z napięciem patrzył na wodza.
– Trudna sprawa. – Starszy człowiek zasępił się. – Za moich czasów nigdy nic podobnego się nie zdarzyło. Muszę się z kimś naradzić.
Odwrócił się i odszedł tak cicho i niespodziewanie, jak się pojawił. Bob poczuł rozczarowanie.
– Na razie nic nie możemy zrobić – zapewnił Boba Daniel. – Jeśli szczęście nam dopisze, wuj przyniesie dobre wieści.
Zmartwiony Bob pokiwał głową.
– Co to znaczy, że poszukiwałeś objawienia? – zapytał Jupe, żeby czymś wypełnić czas i odciągnąć myśli Boba od zaginionego ojca.
Zanim Daniel zdążył odpowiedzieć, Jupe’owi zaburczało w żołądku, bowiem z oddali doleciał go zapach jakiejś smakowitej potrawy.
– Opowiem o tym, ale może najpierw was nakarmię? – zaproponował Daniel.
– Świetny pomysł – odparł natychmiast Jupe.
– Co z twoją kukurydzą? – zażartował Pete. Jego żołądek również głośno domagał się strawy.
– Chcesz ją uprażyć? – Jupiter roześmiał się. – Nie zamierzam tak długo czekać.
– Zaraz wracam – zapewnił Daniel i pospieszył na polanę, skąd dochodziło nieprzerwanie rytmiczne walenie w bębny.
– Ten się umie poruszać. – Pete nie mógł ochłonąć z podziwu.
Boba dręczyła tylko jedna myśl.
– Muszą nas stąd jakoś podrzucić do strażnicy.
– Podrzucą – powiedział pewnym tonem Jupe, choć wcale nie był o tym do końca przekonany. Rozejrzał się dookoła, rozważając, co też może oznaczać to bicie w bębny.
Daniel rzeczywiście wrócił bardzo szybko.
– Chodźcie ze mną. Jedzenie jest już na stołach. Najpierw będą tańce, potem uczta, a na końcu obrzędy, jesteście naszymi specjalnymi gośćmi, więc wy zabierzecie się do ucztowania już teraz.
– Czy to znaczy, że ty musisz poczekać? – upewnił się stropiony Bob. – To nie w porządku.
– My też poczekamy – upierał się Pete.
Jupe przełknął ślinę.
– Z radością. – Postarał się, by jego słowa zabrzmiały szczerze.
Daniel roześmiał się.
– Nie wygłupiajcie się. Jedzenie jest gotowe, a wy umieracie z głodu. To dla nas zaszczyt, że zjecie pierwsi.