Выбрать главу

Choć ojciec wielokrotnie słyszał od Artura o układzie podwzgórzowo-limbicznym, nie zdążył jednak poznać wszystkich szczegółów jego hipotez, od maja do sierpnia bowiem jego świadomość wypełniało tylko cierpienie i umieranie ciała.

Śmierć ojca była dla Artura zaskoczeniem, z którego wciąż jeszcze nie mógł się otrząsnąć. Razem z ojcem umarło dzieciństwo Artura i mieszkanie na Kaiserstrasse. Korytarz, nie rozjaśniany kilka razy dziennie poblaskiem atłasowej bonżurki ojca, osunął się w wieczny półmrok, salon pozbawiony dymu cygara, które ojciec palił codziennie przy kawie, i opuszczony gabinet, w którym nie było już słychać szelestu papierów, sprawiały teraz przygnębiające wrażenie opuszczenia. Dlatego łatwiej było im obojgu, jemu i matce, wyprowadzić się do mniejszego mieszkania po drugiej stronie Odry i spróbować zacząć żyć od początku. Z okien ich miejsca wygnania widać było teraz gmach uniwersytetu.

DOKTOR LÖWE

Postanowiono przerwać naukę Erny do Bożego Narodzenia. Wyglądała ostatnio tak szczupło, tak mizernie. Ze szkoły przemysłu artystycznego na Schweidnitzer Strasse 48, gdzie Erna chodziła pierwszy rok, przysłano do niej w odwiedziny cztery koleżanki. Przyniosły jej pudełko pierników w kształcie serca i pięknie wyszytą poduszeczkę na szpilki. Erna żywo z nimi rozmawiała. Przysłuchująca się tej rozmowie pani Eltzner miała nawet wrażenie, że Erna chętnie chodziłaby nadal do szkoły, doktor Löwe radził jednak poczekać ze stałymi obowiązkami. Mogły być nadmiernym obciążeniem dla przemęczonego umysłu. Na razie na dwie godziny dziennie przychodziła do Erny młoda nauczycielka, aby doskonalić jej francuski i grę na pianinie. Chodziło o to, żeby nie izolować Erny od całego świata, nie robić z niej chorej. To było trudne, bo jednak Erna była trochę inna. Ale czy to była choroba?

Nauczycielka, Anna Martius, mówiła doktorowi, że Erna jest pilna i obowiązkowa, czym nadrabia brak szczególnego talentu do języków i muzyki. Skarżyła się jednak na nagłe zamyślanie się dziewczynki, zapadanie w siebie, nieobecność, może marzycielstwo. Właśnie te momenty absencji najbardziej niepokoiły doktora. Obawiał się, powiedzmy to jasno, że Erna jest powoli opanowywana przez demencję. Ponieważ nie znał się dobrze na psychopatologii, postanowił się z kimś skonsultować. Pierwszy na myśl przyszedł mu Joachim Vogel, już profesor, choć młodszy od doktora Löwe o całe pokolenie. Löwe znał go od lat, można powiedzieć, od dziecka. Imponowało mu to, że Vogel myślał o chorobach psychicznych bardzo nowocześnie i nie bał się wykraczać poza utarte akademickie schematy. Ponadto Vogel miał kontakt ze światem. Z pewnością można go było uważać za eksperta.

Drugą osobą, którą brał pod uwagę doktor Löwe, był Artur Schatzmann. Ale skoro pani Schatzmann uważała, że przez Ernę mówi jego ojciec, doktor wahał się – czy Artur w tej sytuacji mógłby zachować obiektywną postawę naukowca?

Kiedy pan Eltzner wyjechał na dwa tygodnie w interesach i jego żona zaczęła namawiać doktora na zorganizowanie drugiego seansu, doktor Löwe nie powiedział ani tak, ani nie. Czuł, że w imię ostrożności, która przede wszystkim powinna cechować lekarza, nie należało się zgadzać. Uważał, że te seanse, czymkolwiek były, stanowią niebezpieczeństwo dla niedojrzałej osobowości Erny. Z drugiej jednak strony to, co przeżył ostatnim razem, tak go poruszyło, że w jego prawie siedemdziesięcioletnim umyśle już drgnął pierwszy kamyk, zapoczątkowując lawinę zmian. Nawet jeżeli był to skutek chorej wyobraźni, Löwe chciał brać udział w docieraniu przez Ernę do świata, który już niedługo miał się stać jego światem.

Dlatego doktor Löwe przychodził teraz codziennie na Ursulinenstrasse do Eltznerów, tęskniąc wręcz do tej bladej, milczącej dziewczynki, traktując ją jak swojego anioła, zwiastuna tego, co ma nastąpić, wysłannika stamtąd, dokąd on ma wyruszyć.

– Jak się dziś czuje nasza Erna? – pytał od drzwi, a ona odpowiadała pytaniem:

– Zagramy w domino, doktorze?

Lubił te popołudniowe godziny, kiedy przy tym samym stoliku, przy którym wywoływano duchy, grał z nią w domino albo, kiedy przyłączały się do nich bliźniaczki, w loteryjkę. Przyglądał się wtedy ukradkiem Ernie, próbując dostrzec w niej tę skazę, to piętno, które sprawiało, że nagle stawała się obojętna i zamyślona, że mówiły przez nią… co? Duchy? Inne osobowości? Ale nie widział nic poza bladością jej mizernej buzi, poza blaskiem jasnych oczu.

Rosół z kury, buraczki, krwista wątróbka i chude befsztyki – karmiona specjalną pożywną dietą, którą wymyślił dla niej doktor, blada dziewczynka wracała do sił. “Mogłaby być moją wnuczką”, myślał doktor Löwe i z jakimś smutkiem dostrzegał, że jej sukienka obciska się na maleńkich piersiach.

ERNA ELTZNER

Erna nie chciała już leżeć po posiłkach. Gdy rodzeństwo wychodziło do szkół, a doktora jeszcze nie było, plątała się po domu, wyciągała z półek ojca książki i czytała je potem w jego fotelu. Kiedy w połowie listopada spadł pierwszy śnieg i przysypał miasto ażurową koronką, poprosiła doktora i matkę o zgodę na codzienne spacery. We Wrocławiu śnieg nigdy nie utrzymuje się długo, lecz tym razem chwycił tak silny mróz, że nie tylko zatrzymał śnieg, ale skuł w ciągu kilku godzin Odrę.

Następnego dnia, na spacerze z panną Anną, Erna przyglądała się, jak na moście Werderbrücke zapalano gazowe latarnie. Choć się zmierzchało, pod mostem pełno było saneczkarzy i łyżwiarzy, którzy tłumnie wylegli na zamarzniętą rzekę.

– Chodźmy już, panienko – ponaglała Ernę nauczycielka, ale Erna jakby jej nie słyszała. Oparła się o balustradę i patrzyła w dół na rozbawionych, pokrzykujących ludzi. Na łyżwach, omotani długimi szalikami, popychali sanki, trzymając je za poręcz z tyłu. Na nich popiskiwały kobiety otulone w chusty i futerka. Kiedy ktoś się wywrócił, wszyscy wybuchali śmiechem. Nauczycielka z żalem pomyślała, że Erna musi zazdrościć tym ludziom radości ruchu, ale myliła się. Erna nie lubiła wysiłku fizycznego, hałasu i głośnej zabawy. Przyglądała się z zaciekawieniem, bo zdała sobie sprawę, że ci ludzie bawią się na lodzie, na fałszywej ziemi, która powstała w ciągu kilku godzin ze zwykłej rzecznej, nieokreślonej wody. Pod spodem, choć niewidoczny, nadal był żywy, lodowato chłodny nurt rzeki. Ludzkie postaci widziane z mostu wydały jej się bezbronne i kruche. Erna miała niejasne poczucie, że zaraz coś się stanie. Nie wiedziała tylko kiedy; czekała.