Rozpalił głownię miecza iskrą zachodzącego słońca i zaczekał, aż płomień spłynie po ostrzu. Potem rozwiał się w cień i wypełnił ciemnością umysł. Ruszył do ataku gotów zabijać, zdawał sobie jednak sprawę, że tak wyczerpany i przybity prędzej sam zginie. Położył trupem dwóch zmiennokształtnych i dopiero wtedy dotarło do niego, że nie stawiają oporu. Nie chcieli z nim walczyć; odcinali mu tylko drogę powrotu na południe. Przyjął znowu postać wilka i pobiegł brzegiem jeziora na północ, zagłębiając się w las. Jego śladem pędziła wataha wilków. Zawrócił znowu i rzucił się na nie. Opadły go ze wszystkich stron, warcząc i kąsając. Dopiero kiedy wielki samiec, z którym tarzał się w paprociach, wbił mu kły w przedramię, zrozumiał, że wilczur jest realny. Odrzucił go impulsem energii i rozpalił wokół siebie świetlisty krąg. Wilki krążyły wokół niego pośród zmierzchu, nie bardzo wiedząc, z kim mają do czynienia, ale wabił je zapach krwi, która sączyła mu się z rozerwanej wilczymi zębami ręki. Bawiła go trochę ta pomyłka, ale w gruncie rzeczy nie było mu wcale do śmiechu. Przez chwilę nie mógł zebrać myśli. Patrzył tylko w bezgwiezdną noc nad bezdrożami i wdychał zapach setki krążących wokół wilków. I nagle wpadł mu do głowy pomysł wyprowadzenia w pole zmiennokształtnych. Przykucnął, ściągnął na siebie spojrzenia wilczych ślepi i zapanował nad ich umysłami. Ale coś zerwało tę więź. Wilki poniechały go i rozpłynęły się w nocy. Nie mógł latać; pokąsana ręka sztywniała i piekła. Przytłaczał go zapach samotności, ciągnący od zimnej, pociemniałej wody. Wygasił płomienisty krąg. Był uwięziony między zmiennokształtnymi a czarnym horrorem Góry Erlenstar. Stał, drżąc z zimna, a noc wokół niego, wspomnienie po wspomnieniu, gęstniała.
Czyjś umysł musnął lekko jego umysł, a potem serce. Głos wiatru zmienił się; wypełnił czarną noc dobiegającym zewsząd szeptem powtarzającym imię Raederle.
Świadomość jej obecności trwała tylko chwilę. Ale schylając się, by podpalić paprocie, czuł, że dziewczyna gdzieś tu jest, czy to w wielkim drzewie, obok którego stał, czy w ogniu, który trawił suche liście i ogrzewał mu twarz. Oderwał rękaw tuniki, obmył sobie pokąsaną rękę i opatrzył ją. Potem położył się przy ognisku i zapatrzył w płomienie, usiłując zgłębić intencje zmiennokształtnych. Uświadomił sobie naraz, że po policzkach spływają mu łzy. Raederle żyła, była przy nim. Zasypał ogień garścią ziemi, ukrył się pod iluzją ciemności i ruszył dalej na północ brzegiem Jeziora Białej Pani.
Na zmiennokształtnych natknął się znowu dopiero nad wzburzoną, spienioną rzeką Cwill, tam gdzie wypływała ona z północnego krańca jeziora. Widać było stamtąd przełęcz Isig, odległe pasmo podgórza oraz nagie szczyty Góry Isig i Erlenstar. Podjął kolejną desperacką próbę uwolnienia się od nich. Skoczył w rwący nurt Cwill i dał mu się nieść to pod postacią ryby, to uschniętej gałęzi, przez wiry, katarakty, grzmiące wodospady, dopóki nie stracił całkowicie poczucia czasu, kierunku, światła. W końcu wpłynął wraz z rzeką do zielonego stawu. Kołysał się tam przez chwilę pod postacią nasiąkniętego wodą kawałka drewna, świadomy jedynie włóknistej ciemności. Potem łagodny prąd zniósł go do brzegu między zeschłe liście i gałęzie. Wygramolił się pod postacią zmokniętego piżmoszczura na ląd.
Tam, w cieniu drzew, zmienił znowu postać. Nie posunął się tak daleko na wschód, jak myślał. W oddali widział wciąż olbrzymią Górę Erlenstar obłożoną wieczornymi cieniami. Ale bliżej miał do Góry Isig. Gdyby udało mu się dotrzeć do niej bezpiecznie, mógłby się ukrywać przez dowolnie długi czas w labiryncie jej podziemnych korytarzy. Zaczekał do zmierzchu. Kiedy się ściemniło, przyjął postać niedźwiedzia i ruszył w drogę, kierując się na konstelację gwiazd nad Górą Isig.
Szedł tak, dopóki gwiazdy nie zblakły o świcie, a potem, nie zdając sobie z tego sprawy, zaczął stopniowo zbaczać z obranego kierunku. Las zgęstniał i przesłonił widok na górę; bujne zarośla i paprocie zmuszały go co i rusz do szukania okrężnej drogi. Teren opadał stromo; podążał przez jar korytem wyschniętego strumienia, pewien, że idzie na północ, jednak, wynurzywszy się z jaru, stwierdził, że na wprost ma Górę Erlenstar. Skręcił znowu na wschód. Las szumiał na wietrze, gęste zarośla utrudniały marsz, często musiał je obchodzić i czyniąc to, za każdym razem niezauważalnie zbaczał z obranego kierunku, aż w końcu, przeprawiając się przez płytką rzeczkę, w prześwicie między drzewami znowu zobaczył przed sobą Górę Erlenstar.
Zatrzymał się pośrodku rzeki. Chylące się ku zachodowi słońce płonęło na niebie jak pochodnia. Było mu duszno pod zmierzwionym niedźwiedzim futrem, odzywał się głód. Usłyszał brzęczenie pszczół i powęszył za aromatem miodu. W płytkiej wodzie mignęła ryba; pacnął łapą, ale nie trafił. I naraz bełkot w niedźwiedzim mózgu wyostrzył się w zrozumiały język. Stanął na zadnich łapach i zaczął kołysać głową, marszcząc nos, tak jakby próbował zwęszyć formujące się wokół niego postaci, które usiłują zagrodzić mu drogę do Isig.
Poczuł, że coś w nim narasta, i dał temu upust. Z jego gardzieli wydobył się głęboki, grzmiący ryk, który zburzył ciszę i wrócił do niego echem odbitym od wzgórz i kamiennych szczytów. Potem, pod postacią jastrzębia, wzbił się wysoko w niebo i lotem strzały pomknął nad bezdrożami w kierunku Góry Isig.
Zmiennokształtni wytopili się z pni drzew i polecieli za nim. Przez jakiś czas udawało mu się utrzymywać dystans, ale o zachodzie słońca zaczęli go doganiać. Nie potrafił nazwać kształtów, które tym razem przyjęli. W promieniach zachodzącego słońca ich skrzydła mieniły się czerwienią i złotem; ich oczy i szpony płonęły. Dzioby mieli ostre, białe jak kość. Otoczyli go, spadli nań z góry, dziobiąc, rwąc i szarpiąc. Wkrótce skrzydła miał w strzępach, a pierś we krwi. Doprowadzony do rozpaczy dał w końcu za wygraną, krzyknął przenikliwie i zmienił kierunek lotu.
Leciał całą noc, otoczony zewsząd ich płonącymi oczami. O świcie ujrzał przed sobą zbocze Góry Erlenstar. Powrócił w locie do własnej postaci i jak kamień runął w dół. Pęd powietrza zapierał dech w piersiach, na spotkanie wybiegał mu wirujący las. Nad samą ziemią coś wdarło się w jego myśli. Potem wszystko poczerniało.
Ocknął się w całkowitych ciemnościach. Czuł woń wilgotnego kamienia. Gdzieś z daleka dobiegał szmer płynącej wody. Rozpoznał to miejsce i zacisnął pięści. Leżał na wznak na zimnej, nagiej skale. Cały był obolały, skórę miał pooraną szponami. Cisza góry przygniatała mu pierś jak zmora ze złego snu. Napiął mięśnie i nasłuchiwał gorączkowo jakiegoś głosu, który jednak się nie odzywał. Odżywały wspomnienia.
Zaczął chłonąć ciemność w umysł, wtapiać się w nią. Usiadł nagle i wytężając wzrok, wpatrzył się szeroko otwartymi oczami w czarną nicość. Gdzieś z bezgwiezdnej nocy swoich myśli wydobył wspomnienie światła i ognia. Rozniecił go na dłoni, podsycił i rozejrzał się po ogromnej kamiennej grocie, po więzieniu, w którym spędził najkoszmarniejszy rok swojego życia.
Rozchylił usta. Jakieś słowo utknęło mu w krtani niczym klejnot. Płomyk odbijał się w nieskończoność od ścian z lodu i ognia, ze złota, z błękitu nieba przetykanego pasemkami srebra. Wnętrze góry było z kamienia, z którego Panowie Ziemi wznosili swoje miasta, widział zmrożone blizny w miejscach, skąd wykuwano bloki.
Wstał powoli. Z zagłębień i skalnych występów patrzyła nań jego własna twarz. Komora była ogromna; podsycił płomyk jeszcze bardziej jego odbiciami i ten strzelił mu nad głowę, ale nadal nie widział nic prócz ogromu ciemności, w których migotała zwodniczo sieć żyłek szczerego złota.