Od razu chcieli mieć dziecko, lecz natura przyzwoliła na to dopiero po pięciu latach.
Poród był bardzo ciężki. Sol tulił płaczącą z bólu żonę w ramionach, aż wreszcie, o 0201 nad ranem, w Centrum Medycznym w Crawford przyszła na świat Rachela Sara Weintraub.
Pojawienie się dziecka zburzyło dotychczasową rutynę ich życia, lecz ani Sol, ani Sarai nie mieli nic przeciwko temu. Pierwsze miesiące były wypełnione zmęczeniem przeplatającym się z bezustanną radością. Późną nocą, między karmieniami, Sol często wchodził na palcach do dziecinnego pokoju i długo stał jak posąg przyglądając się niemowlęciu. Zdarzało się, że była tam już Sarai; obejmowali się wówczas i razem obserwowali cud, jakim jest maleńkie dziecko śpiące spokojnie na brzuszku, z wypiętą pupą i główką wtuloną w poduszeczkę.
Rachela należała do tych nielicznych dzieci, które mają mnóstwo wdzięku, ale nie starają się tego bezwzględnie wykorzystywać. Już w wieku dwóch lat zwracała na siebie uwagę nie tylko wyglądem, lecz również cechami osobowości. Po matce odziedziczyła jasnokasztanowe włosy, rumiane policzki i szeroki uśmiech, po ojcu duże orzechowe oczy. Przyjaciele twierdzili, że dziecko dysponuje także intelektem Sola i wrażliwością Sarai. Jeden z nich, psycholog z uczelni, tak określił dominujące cechy charakteru pięcioletniej wówczas dziewczynki: wielostopniowa ciekawość świata, empatia, współczucie i niezachwiana uczciwość.
Pewnego dnia, czytając w swoim gabinecie wybór tekstów źródłowych ze Starej Ziemi, Sol natrafił na fragment, w którym dwudziestowieczny, a może pochodzący z dwudziestego pierwszego wieku krytyk opisywał wpływ, jaki wywarła Beatrycze na sposób postrzegania świata przez Dantego:
„Tylko ona [Beatrycze] była dla niego realna, tylko jej postać miała znaczenie i tylko ona była naprawdę piękna. Stała się dla niego punktem odniesienia, czymś, co Melville z właściwą sobie trafnością nazwałby zapewne jego południkiem Greenwich…”
Sol przerwał na chwilę, aby sprawdzić, co to był południk Greenwich, po czym kontynuował lekturę. W końcowej części natrafił na osobistą uwagę krytyka:
„Ufam, że większość z nas ma dziecko, współmałżonka lub choćby przyjaciela, który — podobnie jak Beatrycze — dzięki swemu charakterowi, nieskończonej dobroci oraz inteligencji każe nam rumienić się ze wstydu, kiedy kłamiemy”.
Sol wyłączył czytnik, po czym bardzo długo wpatrywał się bez ruchu w czarne zygzaki gałęzi za oknem gabinetu.
Na szczęście Rachela nie była nieznośnie doskonała. W wieku pięciu lat standardowych poobcinała włosy wszystkim ulubionym lalkom, a następnie to samo uczyniła ze swoimi. Dwa lata później doszła do wniosku, że przybyli z innych planet robotnicy, którzy zamieszkiwali nędzne domostwa na południowym skraju miasta, powinni się lepiej odżywiać, w związku z czym opróżniła wszystkie domowe spiżarnie, lodówki, zamrażarki i syntetyzery żywności, namówiła trzy przyjaciółki, żeby jej towarzyszyły, i rozdała artykuły spożywcze wartości kilkuset marek, co poważnie nadszarpnęło skromny rodzinny budżet.
Mając lat dziesięć założyła się ze Stubbym Berkowitzem, że wejdzie na najstarszy wiąz w Crawford. Kiedy znajdowała się czterdzieści metrów nad ziemią, a zaledwie pięć od wierzchołka, złamała się gałąź i dziewczynka runęła w dół. Zatrzymała się na jednym z grubszych konarów kilkanaście metrów niżej. Sol, który został poinformowany o wypadku przez komlog w trakcie wykładu o moralnych implikacjach pierwszego rozbrojenia nuklearnego na Starej Ziemi, bez słowa wyszedł z sali i popędził w kierunku Centrum Medycznego.
Rachela miała złamaną lewą nogę i dwa żebra, przebite płuco oraz pękniętą szczękę. Kiedy Sol wpadł do pokoju, unosiła się w zbiorniku wypełnionym płynem regeneracyjnym, ale zdołała spojrzeć na niego nad ramieniem matki, uśmiechnąć się lekko i powiedzieć przez druciany kaganiec spinający jej szczęki:
— Tato, zabrakło mi tylko pięciu metrów. Może nawet mniej. Następnym razem na pewno się uda.
Rachela ukończyła szkołę średnią z kilkoma wyróżnieniami i otrzymała propozycje stypendiów od kilku wyższych uczelni na pięciu planetach, w tym także od Harvardu na Nowej Ziemi. Wybrała Uniwersytet Nightenhelsera.
Sol bez specjalnego zdziwienia przyjął fakt, że jego córka postanowiła studiować archeologię. Jedno z najmilszych wspomnień, jakie zachował z jej dzieciństwa, pochodziło z okresu, kiedy miała niewiele ponad dwa lata i spędzała całe godziny pod gankiem, grzebiąc zawzięcie w ziemi i całkowicie ignorując pająki, stonogi oraz inne stworzenia. Co jakiś czas wbiegała do domu, by pochwalić się znalezioną skorupą plastikowego talerza albo zaśniedziałym pieniążkiem. Za każdym razem domagała się wyjaśnień, co to jest, skąd się wzięło i gdzie teraz są ludzie, którzy tego używali.
W połowie studiów, po wakacjach przepracowanych na farmie dziadków, Rachela przeniosła się na Reichsuniversität na Freeholmie. Wróciła dwadzieścia osiem miesięcy później, a jej rodzicie poczuli się wówczas tak, jakby po długiej przerwie znowu zaświeciło im słońce.
Przez dwa tygodnie ich córka — teraz już dorosła i świadoma tego, czego pragnie od życia — odpoczywała w domu, chłonąc na nowo jego atmosferę. Pewnego wieczoru, podczas spaceru po terenie miasteczka uniwersyteckiego, zadała ojcu nieoczekiwane pytanie:
— Tato, czy ty jeszcze uważasz się za Żyda?
Zaskoczony Sol przesunął ręką po rzednących włosach.
— Za Żyda? Chyba tak. Tyle tylko że teraz nie oznacza to już tego samego co dawniej.
— A czy ja jestem Żydówką?
W gasnącym blasku słońca rumieńce na policzkach Racheli nabrały intensywnie czerwonej barwy.
— Możesz nią być, jeśli masz na to ochotę. Powtarzam jednak, że teraz, kiedy nie ma Starej Ziemi, ma to zupełnie inne znaczenie.
— Czy kazałbyś mnie obrzezać, gdybym była chłopcem?
Sol roześmiał się, jednocześnie rozbawiony i zażenowany pytaniem.
— Mówię poważnie.
Uczony poprawił okulary.
— Chyba tak, maleńka. Szczerze mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
— Byłeś kiedyś w synagodze w Bussard City?
— Ostatni raz podczas mojej bar-micwy — odparł Sol, wracając pamięcią do tego dnia przed pięćdziesięciu laty, kiedy jego ojciec pożyczył vikkena od wuja Richarda i zawiózł całą rodzinę do miasta na uroczystości.
— Tato, dlaczego Żydzi uważają, że teraz, po hegirze, wszystko jest jakby… trochę mniej ważne?
Sol rozłożył swoje duże, silne ręce — bardziej przypominały ręce kamieniarza niż uczonego.
— To dobre pytanie, moje dziecko. Prawdopodobnie dlatego, że niemal wszystkie ich marzenia legły w gruzach. Izrael nie istnieje. Nowa Świątynia przetrwała krócej niż dwie poprzednie. Bóg złamał słowo, niszcząc Ziemię po raz drugi, a ta diaspora będzie trwała całą wieczność.
— Jednak są miejsca, gdzie Żydzi utrzymują odrębność etniczną i religijną — nie dawała za wygraną jego córka.
— Oczywiście. Na Hebronie, a także na Pasażu możesz znaleźć kilka społeczności — hasydzi, ortodoksi, hasmonejczycy, co tylko chcesz — ale ci ludzie żyją na pokaz, jak… jak…
— Jak w parku tematycznym?
— Otóż to.
— Zabierzesz mnie jutro do synagogi? Pożyczę strata od Khakiego.
— Nie trzeba — odparł Sol. — Jest uczelniany bus, możemy z niego skorzystać. — Umilkł na chwilę, po czym dodał. — Wiesz co? Bardzo się cieszę, że tam pojedziemy.