– Doskonale – powiedział Marek. – Dziś jest czwartek. Musimy dopracować plan i przygotować, co trzeba… W poniedziałek rano zadzwonimy do pani drzwi.
– Dziękuję – rzekła Zofia. – Zabawne, ale w tej chwili jestem przekonana, że pod drzewem nic nie ma.
Otworzyła torebkę.
– Oto pieniądze – powiedziała. – Pełna kwota.
– Już teraz? – zdziwił się Marek.
Stary Vandoosler uśmiechnął się. Zofia Simeonidis była wyjątkową kobietą. Nieśmiała, na pozór niezdecydowana, mimo to już przygotowała pieniądze. Czy była aż tak pewna, że ich przekona? Wydało mu się to interesujące.
VIII
Po wyjściu Zofii Simeonidis przez chwilę wszyscy krążyli po pokoju, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Stary Vandoosler postanowił zjeść kolację w swoim podniebnym apartamencie. Zanim wyszedł, obserwował współlokatorów. Wszyscy trzej jakby utknęli, każdy przy innym oknie, i teraz wpatrywali się w ciemny ogród. Pod łukami okiennych wykuszy wyglądali niczym zwrócone plecami do widza posągi. Posąg Łukasza po lewej, w środku statua Marka, po prawej Mateusza. Święty Łukasz, święty Marek i święty Mateusz zastygli w bezruchu, każdy w swej alkowie. Dziwni chłopcy, niezwykli święci. Marek splótł ręce na plecach i stał wyprostowany w lekkim rozkroku. Vandoosler popełnił w życiu wiele głupstw, ale bardzo kochał siostrzeńca. Choć nigdy nie stali nad chrzcielnicą.
– Czas na kolację – przerwał milczenie Łukasz. – Upiekłem pasztet.
– Z czego? – zainteresował się Mateusz.
Mężczyźni wciąż nie ruszali się z miejsc – rozmawiali, stojąc przy oknach i wpatrując się w ogród.
– Z zająca. Chudziutki pasztet. Myślę, że jest smaczny.
– Zając to drogie mięso – stwierdził Mateusz.
– Marek zwędził go dziś rano i przyniósł – powiedział Łukasz.
– Fajnie! – uznał Mateusz. – Marek jest podobny do swego wujaszka. Dlaczego zwędziłeś tego zająca?
– Bo Łukasz miał na niego wielką ochotę, a zając jest za drogi.
– Jasne – rzekł Mateusz. – Skoro tak do tego podchodzisz… Powiedz, jak to się stało, że nosisz to samo nazwisko co brat twojej matki?
– Moja matka była samotna, durniu.
– Jedzmy już – wtrącił Łukasz. – Dlaczego się go czepiasz?
– Nie czepiam się. Po prostu pytam. Co takiego zrobił Vandoosler, że go wyrzucili?
– Pomógł zabójcy w ucieczce.
– Jasne… – powtórzył Mateusz. – Vandoosler… jakie to nazwisko?
– Belgijskie. Właściwie pisało się je Van Dooslaere. Ale było za trudne. Mój dziadek osiadł we Francji w tysiąc dziewięćset piętnastym.
– A – mruknął Łukasz. – Był na froncie? Zostawił jakieś zapiski, listy?
– Nic mi o tym nie wiadomo – powiedział Marek.
– Trzeba by to zbadać. – Łukasz wciąż stał przy oknie.
– Ale przedtem – powiedział Marek – zajmiemy się kopaniem rowu. Nie mam pojęcia, w co wdepnęliśmy.
– W gówno – odparł Mateusz. – Można się przyzwyczaić.
– Siadajmy do stołu – przerwał im Łukasz. – I udawajmy, że już się z niego wygrzebaliśmy.
IX
Vandoosler wracał z targu. Robienie zakupów powoli stawało się jego codziennym obowiązkiem. Nie ciążyło mu to, wręcz przeciwnie. Lubił włóczyć się po ulicach, obserwować ludzi, chwytać strzępy rozmów, włączać się w nie, przysiadać na ławkach, gawędzić o codziennych sprawach. Nawyki policjanta, instynkt uwodziciela, życiowa tułaczka. Uśmiechnął się. Ta nowa dzielnica przypadła mu do gustu. Nowy dom też. Opuścił stare mieszkanie, nie oglądając się za siebie, zadowolony, że może zacząć nowe życie. Zawsze bardziej pociągało go zaczynanie czegoś nowego niż kontynuacja.
Vandoosler zatrzymał się u wylotu ulicy Chasle i z przyjemnością obserwował swój nowy teren. Jak się tu znalazł? Za sprawą splotu przypadków. Kiedy się nad tym zastanawiał, jego życie jawiło mu się niczym spójna tkanina, a jednak nie mógł wyzbyć się wrażenia, że jest chaotyczne, wrażliwe na ulotność chwili, że nie pozostawia za sobą niczego trwałego. Wielkie idee, przemyślane projekty, owszem – miewał takie. Ale żadnego nie doprowadził do końca. Ani jednego. Uświadomił sobie, że twarde postanowienia topniały, gdy tylko coś innego przyciągnęło jego uwagę, że szczere zobowiązania gasły, kiedy tylko nadarzyła się okazja, że wspaniałe słowa konały w starciu z rzeczywistością. Tak to już było. Przywykł do tego i nie widział powodu, żeby z tym walczyć. Wystarczy być na bieżąco. Skuteczny, często okrywający się na krótką chwilę chwałą, wiedział, że pamięć o nim zagaśnie bardzo szybko. Ta ulica Chasle, tak niezwykle prowincjonalna, była wspaniała. I znów nowe miejsce. Na jak długo? Przechodzący obok mężczyzna obrzucił go spojrzeniem, które zdradzało zaciekawienie. Pewnie zastanawiał się, co też robi ten człowiek, który zatrzymał się z koszem pełnym zakupów na środku chodnika. Vandoosler pomyślał, że ktoś taki umiałby wyjaśnić, dlaczego mieszka właśnie tutaj, a może nawet naszkicować obraz własnej przyszłości. Tymczasem jemu trudno byłoby nawet zamknąć w kilku zdaniach to, co już przeżył. Patrząc wstecz, widział cudowną sieć przyczyn i skutków, zbiegów okoliczności, nieudanych albo zwieńczonych sukcesem śledztw, wykorzystanych okoliczności, uwiedzionych kobiet, wspaniałych zdarzeń, z których żadne nie trwało długo, i trupów tak licznych, że nie poddawały się syntezie. Na szczęście. Pewnie, że było tam również sporo szkód. To nieuniknione. Trzeba odrzucać stare, aby zaznać nowego.
Przed powrotem do mieszkania były komisarz usiadł na murku na wprost domu. Dobrze nacieszyć się promieniami kwietniowego słońca. Starał się nie patrzeć w stronę domu Zofii Simeonidis, gdzie od wczoraj trzej robotnicy prowadzili wykopy. Zerknął na dom, który graniczył z ich posesją z drugiej strony. Jak to mówił święty Łukasz? Front wschodni? Co za maniak z tego chłopaka! Co go właściwie obchodziła pierwsza wojna światowa? Cóż, każdy ma swojego bzika. Vandoosler skupił się na froncie wschodnim. Zasięgał języka, gromadził okruchy informacji. Metody gliniarza. Sąsiadka nazywała się Julia Gosselin, mieszkała z bratem, Jerzym, człowiekiem niezwykle małomównym. Trzeba się było temu przyjrzeć. Zresztą Armand Vandoosler każdej sprawie lubił się bliżej przyjrzeć. Wczoraj sąsiadka ze Wschodu pracowała w ogrodzie. Na powitanie wiosny. Zamienił z nią parę słów, ot tak sobie. Vandoosler uśmiechnął się. Miał sześćdziesiąt osiem lat, przyszła pora, żeby nie łudzić się na próżno. Nie chciałby narażać się na odtrącenie. Pozostawała mu ostrożność i ważenie słów i czynów. Ale na marzenia mógł sobie jeszcze pozwolić. Uważnie obserwował Julię. Wydała mu się ładna i energiczna. Miała około czterdziestki, więc uznał, że stary gliniarz na nic by się jej nie zdał. Nawet jeśli – jak mówiono – wciąż jeszcze był przystojny. Nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego ludzie uważali, że ma ładną twarz. Jego zdaniem była za szczupła, zbyt koścista, o rysach nie tak szlachetnych, jakby pragnął. Nigdy nie zakochałby się w kimś takim jak on. A jednak zakochiwały się w nim. I to często. Pomagało mu to, i to bardzo, w pracy policjanta, nie mówiąc już o innych sprawach. Ale narobiło też sporo szkód. Armand Vandoosler nie lubił, gdy jego myśli podążały w tym kierunku. Kiedy skupiały się na szkodach. A zdarzyło się to już dwa razy w ciągu piętnastu minut. Na pewno dlatego, że znowu odmienił swe życie, miejsce, otoczenie. A może dlatego, że w sklepie rybnym spotkał tamte bliźnięta.