Выбрать главу

Pan przyszedł do niego. Tak jak zapisano w umowie. I przyprowadził ją…

Podszedł bliżej, skłonił się i utkwił drapieżny wzrok w kobiecie.

Purpurowa szata opadła i ukazała się krągłość ramienia, smukła szyja.

Podziwiał doskonałość proporcji i czekał. Miała kruczoczarne włosy, ciemniejsze niż egipska noc, i doskonałe ciało. Czekał długo, nim pojawiły się linie. Delikatne smugi pomknęły po alabastrowej skórze. Utworzyły pierwsze diagramy, koła, trójkąty i strzały kierunków. Wreszcie dostrzegł to, czego szukał. Proporcje ustalone ad quadratum i ad triangulum, i jeszcze inne, bardziej skomplikowane, jakich do tej pory nie znał. Patrzył bardzo uważnie, by zapamiętać wszystko.

Tej nocy nie odsłoniła nic więcej.

Fałszywy prorok

Oficyna Wawrzyńca Lefeta mieściła się na bulwarze des Prouvelles, w piętrowej kamienicy na wprost rezydencji możnego rodu Duchie, gdzie za rzeźbionymi wrotami przechadzały się po podwórcach sławne pawie.

Lefeta Villon znalazł na piętrze. Mistrz Wawrzyniec, przyodziany w biret i futrzany giermak, był przysadzistym mężczyzną z dużym brzuchem i czerwoną twarzą. Drukarz stał przy oknie. Patrzył na deszcz omywający mury brudnych kamienic, na kulących się pod ruinami żebraków. Villon chrząknął znacząco.

– François! – odezwał się wesoło drukarz. – Gdzieśmy się ostatnio widzieli? Nie na placu Greve przypadkiem, kochaneńku?

– Na placu Greve będę w przyszły piątek – burknął Villon – bo wtedy mnie powieszą. A jeszcze wcześniej wywleką mi flaki dla uciechy paryskiej gawiedzi.

– Czy wiesz, czym się zajmuję, Villon?

– Zatrudniacie diabła, który przepisuje za was księgi. Dlatego przez miesiąc robicie sto kopii Pisma Świętego. A stara wiedźma Courage mówi, że widziała, jak czart wylatywał przez wasz komin.

– Zaprawdę, głupota i, ep!, kurewstwo rządzą naszym pięknym miastem. Ba, całą Francją. Całą Europą! Choć może wyjątek uczyniłbym dla Pragi i Krakowa. Nie, François, nie zatrudniam diabłów. Sam składam i wydaję księgi, korzystając ze świetlanego wynalazku Gutenberga i Janszona. Czyli, kochaneńku, z druku. A nie w smak ciemnym klechom, że mogę powielać Słowo Boże bez ich wiedzy i propagować je wśród ludu.

– A więc myślicie, panie Wawrzyńcze, że ladacznice, chamy i przekupnie zrozumieją, co tam stoi w waszych piśmidłach?

– Człowiek to istota ułomna, kochaneńku – zasapał Lefet. – Jednak nie jest do końca zły. On tylko błądzi. A słowo może pomóc mu nawrócić się na dobrą drogę.

– Wystarczy, że ktoś pokaże ludowi kuglarskie sztuczki, i od razu odwróci jego uwagę. Myślisz, że zdziałasz coś dobrego słowem drukowanym? Skorzystają z niego tylko heretycy i bluźniercy, bo łatwo będą mogli głosić swe herezje!

– Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz – zareplikował Wawrzyniec. – Ten epokowy, ep!, wynalazek odmieni oblicze świata.

– A mnie się zdaje, że to – Villon wskazał leżącą na stole księgę – zabije tamto. – Uniósł rękę w stronę okna, za którym ponad kamiennymi sterczynami dachów wznosiły się smukłe wieże katedry. – Wasze kolofony i klocki zniszczą ustalony porządek świata. Do tej pory przemawiało to. – Wskazał świątynię. – Kamień i myśl Boża w nim zamknięta. Obraz i alegoria wniebowstąpienia Jezusa Chrystusa. A kto przemawia przez wasz druk? Jakiś fałszywy prorok.

– A cóż w tym złego, że teraz, ep!, każdy będzie mógł głosić swe poglądy?

– A ja wam powiadam, że będziecie się cieszyli ze swych foliałów tylko do czasu, gdy ktoś lepszy od was wymyśli księgę albo katedrę ze skaczącymi figurami. To wystarczy, aby motłoch odwrócił się od zatęchłych foliałów i powrócił do widowiska… Do misteriów i kuglarskich sztuczek. Bo tłumy chcą widzieć ruchomy obraz. Chcą oglądać katedry, choćby nawet nie były one z kamienia, ale ze szkła. No, ale ja jestem tylko łotrem i szelmą. Odbiegliśmy od tematu. Rad bym zatem wiedzieć, co ma wspólnego ze mną twój wynalazek? Uprzedzam, mistrzu Wawrzyńcze, że, dalibóg, nie widzę siebie w roli czeladnika! Bo jeśli mam zarobić parę solidów, to wolę kraść, niż tracić wzrok w warsztacie.

– Byłbym niespełna rozumu, gdybym powierzył skład ksiąg takiemu szelmie i łotrowi jak ty. Słyszałem jednak, że masz talent. Dar od Boga. Dlatego chciałbym wydać twoje dzieła. Wydrukować na papierze, aby ludzie mogli je przeczytać. Aby dotarły nie tylko do uszu dziewek w oberży, ale i dalej, ep!, może i na sam dwór królewski… Nie wydam ich w formacie folio, ale może w octavo!

Villona przeszedł dreszcz.

– Jakże to tak? Chcecie wydać moje wiersze? – zapytał ogłupiały. – Znaczy się, powielić na papierze? Po co? Któż by chciał czytać te ponure rymowanki? Przecie ja piszę o szelmach i zbrodniach, świętoszkach i drzemcarzach. O mych kompanach, co poginęli na szafocie. To nie są żywoty świętych ani księgi waszego… Gutentaga.

– Gutenberga! – Wawrzyniec spojrzał nań tak, jak gdyby Villon popełnił świętokradztwo.

Deszcze nas biednych do szczętu wyprały

Do cna sczerniło, wysuszyło słońce

Sępy i kruki ostre zadzióbały

Włoski w brwiach, w brodzie wydarły chwiejące

Tu, tam na wietrze kołyszem się wolno…

– zareplikował w odpowiedzi Villon. – Czegóż więc chcecie ode mnie?

– „Testamentu”.

– Nie wiem… – zaczął Villon. – No dobrze. Dam wam mój „Testament”. Dam i „Ballady”. Dam i „Wesele szubienicy”, którego pewnie nie słyszeliście, bom je niedawno ukończył. Ale nie za darmo!

– Czego chcesz w zamian? Pieniędzy? Bo przecież nie zapewnienia uczciwej pracy!

– Wy, mistrzu, macie dużo uczonych ksiąg. A ja chcę poszukać prawdy…

– Jakiej prawdy, François?

– Prawdy o Diable z Maubert.

– Nie mam nic wspólnego z mordercą. Znam… tylko plotki.

– Nie wiecie wszystkiego, panie. Twarze ofiar były poczerniałe. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Jeśli mi pomożecie rozwikłać tę zagadkę, wszystko, co popełniłem, będzie wasze. I nie tylko „Testament”, ale i wiersze, com je pisywał kurwom z Cite. A takie tam są bluźnierstwa, a sceny miłosne, że nawet damy dostaną rumieńców, kiedy będą je czytać pod ławką w czasie nabożeństwa. – Poeta puścił oko do grubego drukarza i uśmiechnął się po szelmowsku. – Muszę tylko wiedzieć, jaka trucizna wywołuje sine plamy na obliczu zmarłego!

Wawrzyniec Lefet skinął na Villona i poprowadził go do sąsiedniej komnaty. Stała tam wielka prasa drukarska i pudło na czcionki. Na stołach poniewierały się arkusze papieru, dratwa do szycia i drewniane okładki ksiąg.

Znad sterty manuskryptów podniósł się człowiek. Ujrzawszy go, Villon drgnął, bo wyglądał identycznie jak Wawrzyniec Lefet – tak samo zażywny, rumiany, ubrany w czerwono-czarną houppelande.

– Mój brat Justin, a to François Villon, bezbożny łotr, złodziej i poeta.

– Zaprawdę, zacny panie, jak na szubienicy zawisnę, odmówcie za mą duszę paciorek.

– Czegóż szuka u nas mistrz złodziejstwa? – spytał Justin.

– Prawdy o Diable z Maubert. Chodźmy zatem, bracie, do biblioteki.

Justin otworzył drzwiczki przy kominku. Wąskie, zakurzone schody prowadziły w dół. Mistrz drukarski skrzesał ognia, zapalił latarnię. François zagłębił się w mroczne przejście. Za nim szedł Justin. W mroku rozjaśnianym blaskiem płomieni postać Lefeta przypominała gnoma sprowadzającego poetę do królestwa zmarłych. Villon nie był jednak pewien, czy chciałby tu spotkać Wergiliusza.

Zeszli na dno lochu. Było tu ciepło i sucho. Podłogę zastawiały olbrzymie regały uginające się pod ciężarem ogromnych manuskryptów, zwojów i foliałów.

– Oto skarbnica wiedzy, kochaneńku – mruknął Wawrzyniec. – Drukujemy dzień i noc. W zimę i w lato. A wszystko, aby, ep!…