Noys śmiała się do niego:
— Boże, jak trudno cię zbudzić!
Harlan przede wszystkim sięgnął po kołdrę, której nie było. Potem wróciła pamięć. Patrzył na Noys pustym wzrokiem, a twarz okryła mu się głęboką czerwienią. Jak powinien się teraz zachować?
Lecz przypomniało mu się coś innego i usiadł gwałtownie.
— Czy nie jest już przypadkiem po pierwszej? Ojcze Czasie!
— Dopiero jedenasta. Śniadanie czeka i masz mnóstwo czasu.
— Dziękują — wymamrotał.
— Prysznic przygotowany i ubranie również. Cóż miał powiedzieć?
— Dziękuję — wymamrotał.
Unikał jej wzroku podczas posiłku. Siedziała naprzeciw niego, nie jedząc, z podbródkiem opartym na dłoni: włosy miała sczesane na jeden bok, a rzęsy nienaturalnie długie.
Śledziła każdy jego ruch, a on spuścił oczy, zastanawiając się, gdzie się podział wstyd, który powinien odczuwać.
Spytała:
— Dokąd idziesz o pierwszej?
— Na mecz aeropiłki — mruknął. — Mam bilet.
— To finałowa rozgrywka. Straciłam cały sezon z powodu tego przesunięcia czasu, wiesz. Kto wygra mecz, Andrew?
Poczuł się dziwnie słabo na dźwięk swego imienia. Potrząsnął głową i starał się nadać swojej twarzy surowy wygląd. (Do tej pory przychodziło mu to bardzo łatwo).
— Przecież na pewno wiesz. Przeprowadzałeś inspekcję całego tego okresu, prawda?
Właściwie powinien wyraźnie i chłodno zaprzeczyć, lecz zaczął się słabo tłumaczyć:
— Miałem dużo przestrzeni i czasu do zbadania. Nie znam takich drobnych szczegółów jak wyniki meczów.
— Och, po prostu nie chcesz mi powiedzieć.
Harlan nie dał żadnej odpowiedzi. Wetknął widelczyk w mały, soczysty owoc i podniósł go do ust. Po chwili Noys zapytała:
— Nie widziałeś przed swoim przybyciem, co się wydarzyło w sąsiedztwie?
— Nie znam szczegółów. N… Noys — Zmusił się, by wypowiedzieć jej imię.
Dziewczyna zapytała miękko:
— Nie widziałeś nas? Nie wiedziałeś przez cały czas, że… Harlan wyjąkał:
— Nie, nie, nie mogę widzieć samego siebie. Nie jestem w Rze… nie ma mnie tutaj, póki nie przybędę. Nie mogę wytłumaczyć… -Był podwójnie zmieszany. Po pierwsze, że ona o tym mówi. Po drugie, że omal się nie wygadał. „Rzeczywistość” była słowem najbardziej zakazanym w stosunku z Czasowcami.
Podniosła brwi, a jej oczy stały się okrągłe i nieco zdziwione:
— Wstydzisz się?
— To, cośmy zrobili, nie było właściwe.
— Dlaczego nie? — W 482 Stuleciu jej pytanie było absolutnie niewinne. — Czy Wiecznościowcom nie wolno? — Pytanie miało odcień żartobliwy, jakby pytała, czy Wiecznościowcom nie wolno jeść.
— Nie używaj tego słowa — powiedział Harlan. — Właściwie w pewnym sensie nie wolno.
— Dobrze, więc nic im nie mów. Ja też nie powiem. Obeszła stół i usiadła Marianowi na kolanach, odsunąwszy po drodze mały stolik jednym łagodnym i płynnym ruchem biodra.
Momentalnie zesztywniał i podniósł ręce gestem, który miał ją powstrzymać. Ale bez skutku.
Pochyliła się i pocałowała go w usta, i nic już się mu nie wydawało wstydliwe. Nic, co się wiązało z Noys i z nim.
Nie był pewny, kiedy zaczął robić coś, do czego jako Obserwator nie miał etycznego prawa. To znaczy, zaczął zastanawiać się nad istotą problemu bieżącej Rzeczywistości i Zmiany Rzeczywistości, jaką planowano.
To nie niemoralność Stulecia, nie ektogeneza, nie matriarchat niepokoiły Wieczność. Wszystko to było już w poprzedniej Rzeczywistości i Rada Wszechczasów przyglądała się temu obojętnie. Finge powiedział, że chodzi o coś bardzo delikatnego.
A więc Zmiana ma być bardzo delikatna i będzie odnosiła się do grupy, którą obserwował. Przynajmniej to było oczywiste.
Będzie dotyczyła arystokracji, zamożnych, wyższych klas, które ciągnęły korzyści z istniejącego systemu.
Niepokoił go fakt, że z całą pewnością i Noys będzie w to wmieszana.
Następne trzy dni przewidziane w zleceniu przebył jakby w gęstniejącej chmurze, tłumiącej nawet radość płynącąz towarzystwa Noys.
— Co się stało? — spytała. — Przez pewien czas wydawałeś się zupełnie inny niż w Wiecz… w tamtym miejscu. Byłeś swobodny.
A teraz wydajesz się czymś zmartwiony. Czy to dlatego, że masz wrócić?
— Częściowo — odparł Harlan.
— Musisz?
— Muszę.
— No, a co by było, gdybyś się spóźnił? Harlan nieomal się uśmiechnął.
— Nie byliby zadowoleni, gdybym się spóźnił — powiedział i z utęsknieniem pomyślał o dwudniowym marginesie, dopuszczalnym w jego zleceniu.
Noys włączyła jakiś instrument muzyczny, który dobywał słodkie i skomplikowane melodie ze swego twórczego wnętrza, potrącając na chybił trafił nuty i akordy: przypadkowość była jednak ograniczona przez skomplikowane formuły matematyczne na korzyść kombinacji przyjemnych. Frazy muzyczne nie mogły się powtarzać, jak nie mogą się powtarzać płatki śniegu i jak płatki śniegu — nie mogły nie być piękne.
Zahipnotyzowany dźwiękiem Harlan wpatrywał się w Noys, a jego myśli krążyły wokół niej. Kim będzie w nowym przeznaczeniu? Kimkolwiek byłaby, nie będzie pamiętała Harlana. I kimkolwiek byłaby, nie będzie Noys.
On nie tylko kochał tę dziewczynę. (Dziwne, używał słowa „kocham” w swych myślach po raz pierwszy i nawet nie zatrzymał się wystarczająco długo, by popatrzeć na to dziwo i zadumać się nad nim). Kochał kombinacje czynników: jej wybór strojów, jej chód, jej sposób mówienia, jej minki. Potrzeba było ćwierć stulecia życia i doświadczeń w określonej Rzeczywistości, by to wszystko mogło powstać. W poprzedniej Rzeczywistości, jeden fizjorok wcześniej, nie byłaby tą samą Noys. Nie będzie tą samą Noys w następnej Rzeczywistości.
Nowa Noys będzie może pod niektórymi względami koncepcyjnie lepsza, ale jedno wiedział na pewno: chce mieć tę Noys, tę, którą widzi w tej chwili, tę z istniejącej Rzeczywistości. Jeśli miała wady, pragnął również tych wad.
Co robić?
Nasuwały mu się różne rozwiązania, wszystkie nielegalne. Jedno z nich zakładało, że dowie się o charakterze Zmiany i ustali, jak dalece wpłynie ona na Noys. Oczywiście, mimo wszystko, człowiek nie może być pewny, że…
Z marzeń wyrwała Harlana martwa cisza. Znowu był w gabinecie Biografisty. Socjolog Voy obserwował go kątem oka. Trupia czaszka Feruka pochyliła się ku niemu.
A cisza była przenikliwa.
Natychmiast uświadomił sobie jej znaczenie. Trwało to tylko chwilę, sumator przestał klekotać.
Harlan podskoczył.
— Pan ma odpowiedź, Biografisto.
Feruk spojrzał na arkusiki folii, które trzymał w ręku.
— Tak, pewnie. To dosyć zabawne.
— Mogę zobaczyć? — Harlan wyciągnął rękę, która wyraźnie drżała.
— Tu nie ma nic do zobaczenia. Właśnie to jest zabawne.
— Jak to nic? — Harlan patrzył na Peruka oczyma, które nagle zaczęły go piec, aż wreszcie w miejscu, gdzie stał Feruk, pozostała tylko wydłużona, cienka plama.
Rzeczowy ton Biografisty otrzeźwił Harlana.
— Ta pani nie istnieje w nowej Rzeczywistości. Nie ma Zmiany osobowości. Po prostu jej nie ma i to wszystko. Znikła. Obliczyłem możliwe odmiany prawdopodobieństwa do 0,0001. Ona nigdzie nie pasuje. Prawdę powiedziawszy — długimi palcami potarł podbródek — nie bardzo rozumiem, jak pasowała do starej Rzeczywistości z tą kombinacją czynników, jaką mi pan podał.