Выбрать главу

— Daj mu kobietę, co on kocha — odezwała się Rien. — Wiem, że masz na to urok.

— On już ma kobietę, którą kocha — rzekł Tenskwa-Tawa. — Niedługo urodzi mu dziecko.

— Daj mu moc, by uratował dziecku życie — powiedziała Maria od Zmarłych.

— On ma taką moc — odparł Tenskwa-Tawa. — Wie, czego było potrzeba temu pierwszemu dziecku, tylko nie zdążył na czas.

Udusiło się, zanim zdołał nauczyć jego płuca oddychania.

— Czas — podchwyciła La Tia. — Tego potrzebujemy.

— Masz na to urok? — spytała Rien.

— Muszę myśleć.

— Dajcie mu spokój — rzekł Tenskwa-Tawa. — Niech żyje, jak żyje. Niech ma takie życie, jakie tworzy.

— A czy on daje nam spokój? — spytała Maria od Zmarłych. — Czy nie uleczył mojej matki?

— Jestem zdrowsza, niż byłam — powiedziała Rien. — Miałam francuską chorobę, od dawna, na długo przed żółtą febrą, ale to też naprawił.

— Czy on zostawia Czarnych w kajdanach? — ciągnęła La Tia.

— Ale on wie, co robi.

La Tia odrzuciła głowę do tyłu i ryknęła śmiechem.

— On! On nie wie nic! On robi najlepsze on myśli, że najlepsze, a jak się nie udaje, to robi najlepsze on wtedy myśli, że najlepsze. Jak my wszystkie!

Tenskwa-Tawa pokręcił głową.

— Nie zaczynajcie z jego dzieckiem ani żoną. Nie.

— Czerwony Prorok rozkazuje Czarnej Królowej? — spytała La Tia.

— Lolla-Wossiky był niewolnikiem nienawiści. Wściekłość go zaślepiała. Alvin mnie uwolnił, Alvin przywrócił mi wzrok. Ja ni gdy go nie uwolnię. Nigdy nie przywrócę mu wzroku. To on przy szedł na ten świat, żeby nas błogosławić, nie odwrotnie.

— Ty rób, co ty chcesz — oznajmiła La Tia. — Ja mu odbłogosławię.

* * *

Margaret przez cały dzień przygotowywała się do podróży do Vigor Kościoła. Nie miała zbyt wiele bagażu — pakowanie zajęło jej najmniej czasu, ale musiała napisać wiele listów, wezwać ludzi z bliska czy z daleka… Tych, którzy wiedzieli, że Alvin już teraz zbuduje Miasto Stwórców. Ludzi, którzy przybędą i zajmą miejsce u jego boku, jeśli tego zechcą, jeśli zdołają się wyrwać.

Musiała także zadbać o powóz. Dostrzegła wiele ścieżek, na których podróż za bardzo ją zmęczyła i zmusiła dziecko do szybszego nadejścia. To dziecko nie może się urodzić za wcześnie. Już teraz było w jej łonie dłużej niż pierworodny, ale jeszcze nie dość długo. Jeżeli jej syn urodzi się podczas podróży, umrze.

Dlatego wynajęła najlepszy powóz w mieście — należący do młodego lekarza. Lekarz usiłował protestować, powiedział, że w jej stanie wszelkie środki lokomocji są wykluczone. „Proszę zostać tutaj do porodu”, powiedział. „Podróż narazi na niebezpieczeństwo i dziecko, i panią. Myśli pani, że jest z żelaza?”.

Nie, nie miała takich złudzeń. Talent żagwi nie pozwalał jej też widzieć wszystkiego wyraźnie. Przyszłość dziecka była niemal tak samo mglista i zawikłana jak przyszłość Alvina. Miała wielkie luki. Nawet gdyby dziecko nie odziedziczyło talentu po Alvinie, i tak było wplątane w tę samą tajemnicę, ten sam konflikt praw przyczyn i skutków. Margaret nie wiedziała, co się stanie z dzieckiem, jeśli wyruszy w podróż lub zostanie. Ale zdawała sobie sprawę, że jest potrzebna Alvinowi w Noisy River, a po drugiej stronie mgły widziała kilka ścieżek, na których stała z dzieckiem w ramionach, u boku Alvina, na cyplu nad zamgloną rzeką. Były to jedyne ścieżki, kiedy widziała siebie trzymającą dziecko. Więc zamierzała się wybrać do Vigor Kościoła, do rodziny Alvina, zaprosić ją i wszystkich ze szkoły Stworzycieli do Noisy River, by pomogli Alvinowi budować Kryształowe Miasto. A jeśli się z nią wybiorą, nie będzie podróżować samotnie.

Measure, brat Alvina, był do niego najbardziej podobny. Nie pod względem mocy — choć był pojętnym uczniem, na miarę swoich możliwości. Przypominał Alvina swoją dobrocią. Może nawet był od niego bardziej współczujący i cierpliwy. I o wiele lepiej potrafił oceniać charakter innych ludzi. Gdyby Alvin miał Measure’a u boku, nigdy by się nie uskarżał na brak mądrości, myślała. Kto może wiedzieć lepiej ode mnie, że widzenie przyszłości nie pozwala na dobry wybór? Bo zbyt koncentruje się na strachu. A człowiek szlachetny podejmuje decyzje, które nie zatrują jego serca.

Dlatego była pewna, że powinna jechać do Vigor Kościoła, a stamtąd — do Alvina. Strach podpowiadał jej, że musi zostać, nadzieja nakłaniała ją do drogi. Nadzieja, że może się stać dobrą żoną i matką. Taką, która urodzi żywe dziecko.

Dlatego przez cały dzień wyściełała wnętrze powozu, a robotnicy wymieniali resory. Wybrała konie, które będą biec w równym tempie, co jej nie zmęczy. Spakowała skromny dobytek, napisała listy. Pod koniec dnia padała ze zmęczenia. I dobrze, bo zaśnie bez lęku, wstanie rano, wypoczęta i wyruszy na spotkanie męża, by złożyć mu dziecko w ramiona.

Właśnie się rozbierała, kiedy poczuła pierwsze bóle.

— Nie! — krzyknęła stłumionym głosem. — O Boże, nie, jeszcze nie teraz!

Położyła ręce na łonie i ujrzała, że dziecko naprawdę już nadchodzi. Było ułożone we właściwym kierunku, zdrowe, ale nie do strzegła jego przyszłości. Jej syn miał się urodzić tylko po to, by umrzeć, tak jak jego brat.

— Nie! — szepnęła.

Podeszła do drzwi.

— Papo!

Horacy Guester nalewał ostatnie drinki nocnym gościom, ale miał czujny słuch, jak zwykle karczmarz, gotów podchwycić wszystkie prośby i zamówienia. Zjawił się po chwili.

— Dziecko urodzi się zaraz — powiedziała.

— Poślę po akuszerkę.

— Za wcześnie. Poród będzie łatwy, ale dziecko umrze.

W oczach jej ojca stanęły łzy.

— Ach, Peggy, wiem, ile to kosztowało twoją matkę… te dwa maleńkie groby na wzgórzu za domem. Nigdy nie chciałem, żeby i ciebie to spotkało.

— Ani ja.

— Ale i tak poślę po akuszerkę. Nie powinnaś być sama w takiej chwili, a ojcu nie wypada oglądać córki, gdy rodzi.

— Dobrze — zgodziła się Margaret.

— Nie powinnaś rodzić w pokoju, gdzie na świat przyszedł oj ciec tego dziecka.

— Nie znajdę lepszego miejsca. To pokój, w którym nadzieja zatryumfowała nad rozpaczą.

— Więc nie trać nadziei, mała Peggy. — Ojciec pocałował ją w policzek i odszedł pospiesznie.

Mała Peggy. Tak ją nazwał. W tym pokoju jestem Peggy. To imię mojej matki. Gdzie ona teraz jest, ta zawzięta, mądra, silna kobieta? Była za silna dla mnie i wszystkich innych. Teraz to widzę. Za silna dla męża. Miała taką wolę, że nawet los nie mógł się jej sprzeciwić. Może dlatego zdołałam uratować życie małemu Alvinowi, gdy się urodził — bo moja matka sobie tego życzyła.

Może stała się tak nieugięta, bo straciła dwoje dzieci.

A może po prostu żyję w jej cieniu do tego stopnia, że ja także muszę pochować dwoje pierwszych.

Po policzkach potoczyły się jej łzy. Nie zdołam przez to przejść po raz drugi. Nie jestem tak silna jak mama. To mnie nie wzmocni. Ledwie starczyło mi odwagi, by pozwolić Alvinowi dać mi to drugie dziecko. Jeśli stracę i to, czy się odważę jeszcze raz? Nie czuję tej odwagi. Nie zdołam tego zrobić.

Akuszerka zastała ją zapłakaną, na łóżku.

— O, co też pani narobiła? Cała pościel poplamiona! Dlaczego jej pani nie zdjęła? I ta piękna bielizna też! Jaka strata…

— Co mnie obchodzi ubranie! — krzyknęła dziko Margaret. — Ja stracę dziecko!