– A więc, Panie Profesorze, studiowałam w Polsce co prawda filozofię, ale interesowała mnie wyłącznie filozofia średniowiecza. Spór o uniwersalia, Civitas Dei świętego Augustyna (straszne kłamstwa i w dodatku za pomocą świętych), święty Tomasz z Akwinu i jego Summa Theologiae. Ale tak najbardziej to w filozofii interesowała mnie antropologia. Szukanie na przykład odzwierciedlenia tez teologicznych w architekturze. Schemat wpisania ciała Chrystusa w katedrę gotycką, z zawsze zachowaną orientacją wschód – zachód. Taki układ symboliczno-architektoniczny sięga w swej tradycji czasów wcześniejszych. Już w neolicie znajdujemy groby zorientowane na osi wschód – zachód. Najlepiej zachowały się z tych grobów czaszki. I tak dalej przez Neolit, Egipt, Palestynę, dobrnęłam do nieszczęsnego średniowiecza. W średniowieczu, tak, w średniowieczu czaszka ludzka, to znaczy jej reprezentacja ma inne nieco znaczenie. Chociażby funkcja czaszki w inicjacji zakonu Templariuszy, informacje na ten temat pochodzą z akt inkwizycji, niemniej można podejrzewać, że istniał pewien związek z rozpowszechnioną ówcześnie herezją… – w tym momencie profesor na szczęście przerwał mój wywód mający go przekonać o istnieniu niewątpliwych powiązań pomiędzy neolitycznym kultem czaszki i jej przedstawieniem w średniowieczu.
– Gdy pani mówiła przeglądałem to co pani napisała; plan poszukiwań i pani dossier. Interesujące, oto moja akceptacja i podpis z małym zastrzeżeniem. Prowadzę seminarium z nawróceń w średniowieczu, a nie z herezji. Skieruję zatem panią na seminarium dotyczące wyobrażenia i reprezentacji ciała w średniowieczu; jak sądzę będzie tam ktoś, kto zajmuje się głową lub czaszką, która wieńczy korpus ludzki.
W ten oto sposób po półgodzinnej rozmowie zostałam studentką E. H. E. S. S., Wydziału Antropologii ze specjalizacją czaszka ludzka. Temat niezły, ale tak naprawdę, co mam o tej czaszce napisać? Gdzie tu jakąś czaszkę średniowieczną znaleźć. Obrazy przedstawiające świętego Hieronima pochylonego nad stołem, na którym leży Biblia i zmurszała czaszka, pokutująca Maria-Magdalena wpatrująca się w puste oczodoły czaszki i na tym kończy się moja wiedza.
5 października
Wiedzy na temat czaszki nie przybyło. Wertuję tomy Orygenesa, św. Hieronima, Zohar i ciągle nic. Może tylko tyle, że rosz (głowa po hebrajsku) oznacza również szczyt góry. Golgota znaczy miejsce czaszki, więc ilość czaszek się mnoży, ale nic z tego nie wynika. W dodatku św. Hieronim (przedstawiany zawsze z czaszką) w komentarzu do Ewangelii św. Mateusza zaprzecza pogłoskom jakoby miejsce zwane Golgotą zawdzięczało nazwę temu, ze pochowany był tam praojciec Adam, a dokładnie w miejscu gdzie znajdowała się jego czaszka stał krzyż Chrystusa. Według św. Hieronima Adam został pochowany koło góry Hebron, o czym można przeczytać w księdze Jozuego. Golgota natomiast bierze swą nazwę stąd, że na jej szczycie wykonywano kiedyś wyroki poprzez dekapitację. Przed Chrystusem byli ukrzyżowani na Golgocie inni skazańcy i ich krew także miałaby spływać na grób Adama?
Trzeba będzie poszukać czegoś o św. Marii-Magdalenie, bowiem św. Hieronim ma jednoznaczne poglądy na tematy mnie interesujące, poparte faktami i autorytetem Biblii. Nic tu się dla antropologa do skomentowania ani zainteresowania nie znajdzie.
6 października
Wareszcie po roku tułaczki po hotelach, przytułkach, zamęczania znajomych i przyjaciół naszą obecnością mamy z Cezarym nasze własne mieszkanie. Od przyjazdu do Francji spaliśmy w różnych miejscach: w przedsionku kasy oszczędnościowej otwieranej dla nas nocą przez dozorcę lubiącego młodzież; w szafie zakonu dominikanów; w starym parku, który rankiem o świcie okazał się być zapuszczonym cmentarzem.
Zawsze mówiłam, że ktoś przeklął dach nad moją głową, ale teraz koniec klątwy i włóczenia się – własne studio z dwoma dużymi oknami, drewnianą podłogą, łazienką, malowniczymi łukami oddzielającymi kuchnię od pokoju. Całe to cudo jest tuż przy placu Nation na ulicy o śmiesznej nazwie Rendez-Vous.
8 października
Dwa dni przed naszym wprowadzeniem zawalił się sufit w łazience. Ktoś jednak przeklął dach nad moją głową. Pierwsza noc w nowym mieszkaniu i już impreza światło-dźwięk. Gdy wyłączyliśmy lampę i położyliśmy się zmęczeni przeprowadzką, zobaczyliśmy tuż nad naszymi głowami świecące dziury. Nie mogły to być gwiazdy, nie mieszkaliśmy przecież na poddaszu. Jednak świecące punkty układały się najwyraźniej w konstelacje Oriona, Wielkiej Niedźwiedzicy. Zapaliliśmy światło i obejrzeliśmy sufit. Na deskach przyklejono niewidoczne w dzień kawałki czegoś fosforyzującego, w ciemnościach znakomicie udającego gwiazdy.
O czwartej obudził nas tupot i pisk. Nie można było mieć wątpliwości – myszy. Mój dzielny mąż uzbrojony w szczotkę wyruszył na polowanie. Polskie myszy wystarczyło postraszyć stukaniem i miało się spokój do rana. Paryskie myszy, nieco mniejsze, były bardziej bezczelne. Włączone radio, światło dodawały im odwagi i zachęcały do harców, galopad. Siedząc na łóżku, zawinięta w koc odważyłam się wyjrzeć na pole bitwy i w tym momencie jedna z myszy zaczęła szarżować w moją stronę. Nie było innego wyjścia jak użyć gaz łzawiący. Myszy mają chyba zbyt małe oczy by zareagować na gaz więc szare stworzenie przebiegło niczym nie spłoszone przez moje łóżko i zaczęło nową rundę wokół mieszkania. Załzawieni, pokonani musieliśmy wyjść z domu. Doszliśmy do placu Bastylii, placu, co do którego, jeszcze wiele lat przed rewolucją, hrabia Cagligostro przepowiedział, że będzie należał do ludu i – rzeczywiście, na wszystkich prawie ławkach spali kloszardzi. Poszukaliśmy wolnej ławki i położyliśmy się, my właściciele studia za 2000 franków miesięcznie.
10 października
W Instytucie Jezuickim przy Sèvres Babylone, gdzie chodzę na hebrajski (nie w celach emigracyjnych a czysto naukowych) oczywiście polscy jezuici. Janusz – dwadzieścia kilka lat – znakomicie mówi po arabsku, był przez pewien czas w Syrii i gdybym zobaczyła go w XVIII dzielnicy w którejś z tunezyjskich knajpek nigdy bym nie uwierzyła, że nie jest Arabem. W wakacje jedzie do Oxfordu uczyć się angielskiego, jestem pewna, że po powrocie będzie miał wygląd gentelmena, który właśnie wyszedł z pubu. Inny geniusz językowy zakonu jezuitów to Ryszard, a właściwie Richard, – ojciec Francuz, matka Włoszka, czyli od dzieciństwa dwujęzyczny. W Polsce był przez kilka miesięcy i jak twierdzi polskiego dobrze nie zna, ale nigdy nie słyszałam cudzoziemca, który by mówił po polsku zupełnie bez obcego akcentu, wymawiającego wszelkie zawiłości szczźdź. Chrząszcz brzmi w trzcinie w Strzebrzeszynie Ryszard mówi szybciej i wyraźniej niż ja. Pięć lat mieszkał w Indiach. Gdy miał ochotę przejść do Nepalu bez wizy, przebierał się i zupełnie znikał w tłumie Hindusów, co przy jego śniadej cerze nie było chyba trudne.
Kiedy w Paryżu mijaliśmy chińską restaurację, Ryszard z rozmarzeniem wdychał opary orientalnej kuchni przypominającej mu dzieciństwo, bowiem jako kilkuletni chłopiec należał do drużyny skautów wyspy Mauritius, drużyny w której oprócz niego byli sami mali Chińczycy. Po chińsku mówi słabo, tak jak i po polsku.