Выбрать главу

Nobby uświadomił sobie, że nie jest w bramie sam.

Zerknął w dół.

Obok niego w mroku przyczaił się kozioł. Był cuchnący i miał skołtunioną sierść, ale odwrócił łeb i rzucił Nobby’emu najmądrzejsze spojrzenie, jakie kiedykolwiek człowiek oglądał na zwierzęcym pysku. Niespodziewanie i bardzo nietypowo, ogarnęło Nobby’ego poczucie wspólnoty.

Oderwał koniec swojego papierosa i podał kozłowi, który go zjadł.

— Starczy dla nas obu — powiedział Nobby.

Rozmaite zwierzęta gospodarskie rozbiegały się jak oszalałe, kiedy Marchewa, Angua i Cheri maszerowali ulicą Rzeźniczą. Zwłaszcza od Angui starały się trzymać z daleka. Cheri miała wrażenie, że niewidzialna bariera przesuwa się przed nimi. Niektóre zwierzaki usiłowały wspinać się na mury albo z obłędem w oczach kryły się w bocznych zaułkach.

— Czego one się tak boją? — zdziwiła się.

— Nie mam pojęcia — odparła Angua.

Kilka oszalałych owiec pędziło przed nimi, kiedy obchodzili dookoła fabrykę świec. Światło w wysokich oknach dowodziło, że nawet w nocy trwała produkcja.

— Robią prawie pół miliona świec w ciągu dwudziestu czterech godzin — stwierdził Marchewa. — Słyszałem, że mają bardzo zaawansowane maszyny. To ciekawe. Chciałbym je obejrzeć.

Na tyłach budynku blask rozjaśniał kłęby mgły. Skrzynie świec były ładowane na czekające w kolejce wozy.

— Wygląda tu całkiem normalnie — uznał Marchewa, kiedy ukryli się w dogodnie mrocznej bramie. — Bardzo zapracowani.

— Nie wiem, co właściwie chcemy osiągnąć — odezwała się Angua. — Jak tylko nas zobaczą, zniszczą wszystkie dowody. A jeśli nawet znajdziemy arszenik, to co z tego? Posiadanie arszeniku nie jest przestępstwem, prawda?

— Eee… a jest przestępstwem posiadanie tego? — szepnęła Cheri.

Ulicą szedł wolno golem. Był całkiem niepodobny do tych, które znali. Tamte były stare; naprawiały się same już tyle razy, że stały się równie niekształtne co piernikowe ludziki. Ten jednak wyglądał jak człowiek, a raczej tak jak ludzie chcieliby wyglądać. Przypominał posąg z białej gliny. Na głowie, jako element konstrukcji, miał koronę.

— Miałem rację — westchnął Marchewa. — Rzeczywiście zrobiły sobie golema. Biedaczyska. Myślały, że król da im wolność.

— Spójrzcie na jego nogi — powiedziała Angua.

Z każdym krokiem golema na jego nogach, na tułowiu i ramionach pojawiały się i gasły czerwone linie.

— Pęka — stwierdziła.

— Wiedziałam, że nie da się wypalać gliny w piecu chlebowym — rzekła Cheri. — Nie ma właściwego kształtu.

Golem otworzył drzwi i zniknął we wnętrzu fabryki.

— Idziemy! — rzucił Marchewa.

— Komendant Vimes kazał na siebie czekać — przypomniała Angua.

— Tak, ale przecież nie wiemy, co się tam dzieje — odparł Marchewa. — Poza tym lubi, kiedy wykazujemy się inicjatywą. Nie możemy tak tu siedzieć bezczynnie.

Przebiegł przez ulicę i otworzył drzwi.

Wewnątrz po obu stronach ciągnęły się rzędy skrzyń, między nimi pozostało tylko wąskie przejście. Zewsząd, nieco stłumione barierą skrzyń, dobiegały stukania i gwar pracującej fabryki. Pachniało gorącym woskiem.

Cheri zdała sobie sprawę, że kilka stóp ponad jej małym, okrągłym hełmem toczy się szeptem rozmowa.

— Żałuję, że pan Vimes kazał nam zabrać ją ze sobą. A jeśli coś jej się stanie?

— O czym ty mówisz?

— No bo… wiesz przecież… to dziewczyna.

— Co z tego? W straży mamy jeszcze przynajmniej trzy krasnoludy płci żeńskiej i jakoś się nie przejmujesz.

— Nie, daj spokój… Kto na przykład?

— Lars Zczaszkipij chociażby.

— Nie! Poważnie?

— Ten nos chcesz nazwać kłamcą?

— Przecież w zeszłym tygodniu w pojedynkę zakończył bójkę pod Górnikiem!

— I co z tego? Dlaczego zakładasz, że kobiety są słabsze? Nie martwiłbyś się o mnie, gdybym sama wzięła się za szalejących klientów w barze.

— Pomógłbym w razie potrzeby.

— Mnie czy im?

— To nieuczciwe!

— Doprawdy?

— Nie pomagałbym im, dopóki nie zaczęłabyś naprawdę na ostro.

— Ach tak? A mówią, że rycerskość umiera.

— W każdym razie Cheri jest… trochę inna. Na pewno radzi sobie z alchemią, ale w starciu lepiej na nią uważajmy. A teraz chodź.

Weszli do fabryki.

Nad ich głowami przejeżdżały świece — setki, tysiące świec; wisiały za knoty z nieskończonego łańcucha skomplikowanych drewnianych ogniw, który zygzakami sunął tam i z powrotem po długiej hali.

— Słyszałem o czymś takim — powiedział Marchewa. — To taśma produkcyjna, to sposób wytwarzania tysięcy rzeczy, które są takie same. Ale popatrzcie na tę szybkość… Jestem zdumiony, że kołowrót może…

Angua pokazała ręką. Kołowrót cicho zgrzytał niedaleko niej, ale był pusty.

— Coś przecież musi to wszystko napędzać — stwierdziła.

Marchewa skinął głową. Trochę dalej, w głębi hali, zygzaki łańcuchów łączyły się w skomplikowanym węźle. Ktoś stał tam pośrodku, a jego ręce aż rozmazywały się od szybkości.

Tuż obok Marchewy taśma produkcyjna kończyła się w drewnianym pojemniku. Świece spadały do niego kaskadą. Nikt go nie opróżniał, więc przesypywały się na podłogę.

— Cheri, czy umiesz się posługiwać jakąś bronią? — spytał Marchewa.

— Eee… nie, panie kapitanie.

— Rozumiem. W takim razie zaczekaj na ulicy. Nie chcę, żeby coś ci się stało.

Odeszła z wyraźną ulgą.

Angua wciągnęła nosem powietrze.

— Był tu wampir — stwierdziła.

— Myślę, że… — zaczął Marchewa.

— Wiedziałem, że tu traficie! Żałuję, że kupiłem to draństwo! Mam kuszę! Ostrzegam was, mam kuszę!

Odwrócili się oboje.

— O, pan Carry — powiedział uprzejmie Marchewa. Wyjął odznakę. — Kapitan Marchewa, Straż Miejska Ankh-Morpork…

— Wiem! Wiem, kim jesteście! I czym jesteście też wiem! Wiedziałem, że przyjdziecie! Mam kuszę i nie zawaham się jej użyć!

Kusza chwiała się w jego rękach, jasno dowodząc, że kłamie.

— Doprawdy? — zdziwiła się Angua. — A czym jesteśmy?

— Wcale nie chciałem się w to mieszać! — oświadczył Carry. — To zabiło tych dwóch staruszków, tak?

— Tak — potwierdził Marchewa.

— Dlaczego? Przecież mu nie kazałem.

— Myślę, że pomagali go zrobić. Wiedział, kogo ma za to winić.

— Golemy mi to sprzedały! Myślałem, że pomoże rozwinąć produkcję, ale to draństwo nie chciało przestać…

Zerknął na sunącą nad głowami linię świec, lecz oderwał od nich spojrzenie, nim Angua zdążyła się ruszyć.

— Ciężko pracuje, tak?

— Ha! — Jednak Carry nie wyglądał na człowieka, który docenił żart. Wyglądał na człowieka cierpiącego tortury. — Zwolniłem wszystkich oprócz dziewcząt w dziale pakowania, a one pracują na trzy zmiany i w nadgodzinach. Czterech ludzi szuka dla mnie łoju, dwóch kupuje knoty, a trzech usiłuje wynająć dodatkowe magazyny.

— Więc niech mu pan każe przestać robić świece — poradził Marchewa.

— Wychodzi na ulice, kiedy braknie nam surowca! Chcecie, żeby chodził po mieście i szukał sobie czegoś do roboty? Hej, stójcie blisko siebie! — dodał z naciskiem Carry i machnął kuszą.

— Przecież wystarczy zmienić mu słowa w głowie…

— Nie pozwala mi. Myślisz, że nie próbowałem?