Выбрать главу

— Jakim zasadom?

Stuknęło, gdy książka została położona na blacie i otwarta.

— Jestem przekonany, że zna pan swoje pochodzenie, komendancie. Pańskim ojcem był Thomas Vimes, jego ojcem Gwiliam Vimes.

— Stara Kamienna Gęba, tak? — rzekł spokojnie Vimes. — To ma coś wspólnego z Kamienną Gębą.

— Istotnie. Ah-ha. „Nie zniosę niesprawiedliwości” Vimes. Pański przodek, Kamienna Gęba. W samej rzeczy, tak go nazywano. Komendant Straży Miejskiej w 1688. I królobójca. Jak o tym wie każdy uczeń, to on zamordował ostatniego króla Ankh-Morpork.

— Stracił na egzekucji!

Ramiona drgnęły.

— Niemniej jednak herb rodziny został, jak to określamy w heraldyce, excretus est ex altitudine, inaczej mówiąc depositatum de latrina. Zniszczony. Zakazany. Wykluczony z możliwości odtworzenia. Ziemia skonfiskowana, dom zburzony, stronica wyrwana z księgi historii. Ah-ha. Wie pan, komendancie, to ciekawe… wielu potomków „Kamiennej Gęby”… — cudzysłowy opadły równo po obu stronach przezwiska, jak gdyby starsza pani brała w szczypczyki coś obrzydliwego — …zostało oficerami Straży Miejskiej. Jak się zdaje, komendancie, pan również zyskał ten przydomek. Ah-ha. Ah-ha. Zastanawiam się, czy to jakieś dziedziczne pragnienie zatarcia niesławy. Ah-ha.

Vimes zgrzytnął zębami.

— Chcesz powiedzieć, że nie mogę mieć herbu?

— Tak właśnie. Ah-ha.

— Ponieważ mój przodek zabił… — Urwał na sekundę. — Nie, to nawet nie była egzekucja — dokończył. — Egzekucje są dla istot ludzkich. Zwierzęta się zarzyna.

— Był królem — przypomniał łagodnie Smok.

— O tak. I jak się potem okazało, w lochach miał maszyny do…

— Komendancie! — Wampir uniósł obie dłonie. — Wyczuwam, że mnie pan nie rozumie. Tak czy inaczej, był przecież królem. Widzi pan, korona nie jest jak hełm strażnika, ah-ha. Nawet jeśli ją pan zdejmie, wciąż tkwi na głowie.

— Kamienna Gęba zdjął ją raz na zawsze.

— Ale król nie miał nawet uczciwego procesu.

— Nie dało się znaleźć chętnego sędziego.

— Oprócz pana… to znaczy pańskiego przodka…

— I co z tego? Ktoś musiał to zrobić. Są potwory, które nie powinny chodzić po tym świecie.

Smok znalazł stronicę, której szukał, po czym odwrócił księgę.

— Tak wyglądała jego tarcza — powiedział.

Vimes spojrzał na znajomy znak sowy morpork siedzącej na ankh. Ankh znajdował się na szczycie tarczy podzielonej na cztery pola.

— Co znaczy ta korona z przechodzącym przez nią sztyletem?

— To tradycyjny symbol, ah-ha. Obrazuje jego rolę jako obrońcy korony.

— Naprawdę? A ta wiązka prętów z toporem w środku? — Vimes wskazał palcem.

— Liktorska laska. Symbolizuje fakt, że jest on… był… przedstawicielem prawa. Topór zaś okazał się interesującym zwiastunem przyszłości, prawda? Ale topory, obawiam się, niczego nie rozwiązują.

Vimes przyglądał się trzeciej ćwiartce. Był tam wizerunek czegoś, co wyglądało jak marmurowe popiersie.

— Symbolizuje jego przydomek, Kamienna Gęba — wyjaśnił uprzejmie Smok Herbowy Królewski. — Prosił, by jakoś do tego nawiązać. Czasami heraldyka nie jest niczym więcej niż sztuką tworzenia gier słownych.

— A to ostatnie? Kiść winogron? Lubił sobie wypić, co? — mruknął kwaśno Vimes.

— Nie. Ah-ha. To gra słów: wino — Vimes.

— No tak. Sztuka marnych gier słownych. Założę się, że przy tej turlaliście się ze śmiechu.

Smok zamknął księgę i westchnął.

— Rzadko kiedy nagroda czeka na tych, którzy robią to, co trzeba zrobić. Niestety, taki jest precedens i jestem w tej kwestii bezsilny. — Stary głos zabrzmiał weselej. — Mimo to… byłem niezwykle wręcz zadowolony, komendancie, kiedy usłyszałem o pańskim małżeństwie z lady Sybil. Wspaniała linia. Jeden z najszlachetniejszych rodów naszego miasta, ah-ha. Ramkinowie, Selachii, Vanturi, Nobbsowie oczywiście…

— I to wszystko, tak? — spytał Vimes. — Mogę już iść?

— Rzadko miewam gości — powiedział Smok. — Zwykle interesantów załatwiają heroldowie, uznałem jednak, że należy się panu wyjaśnienie. Ah-ha. Mamy teraz mnóstwo pracy. Kiedyś zajmowaliśmy się prawdziwą heraldyką. A teraz mamy, jak mi mówią, Wiek Nietoperza. Wydaje się, że gdy tylko ktoś otworzy drugi stragan z pasztecikami, ogarnia go pragnienie, by uchodzić za dżentelmena. — Skinieniem szczupłej, bladej dłoni wskazał trzy tarcze herbowe przypięte rzędem do tablicy. — Rzeźnik, piekarz bułeczek i wytwórca świeczek — parsknął, lecz w sposób bardzo dystyngowany. — Dokładniej mówiąc, właściciel fabryki świec. Nic ich nie zadowoli prócz tego, byśmy przekopywali dawne kroniki, szukając dowodu, że są akceptowalnie szlachetni…

Vimes zerknął na trzy herby.

— Chyba już coś podobnego widziałem.

— Ach. Pan Arthur Carry, fabrykant świec — opowiadał Smok. — Interes nagle rozkwita i pan Carry czuje, że musi być dżentelmenem. Tarcza przepołowiona linią ukośną d’une mèche en metal gris. Inaczej mówiąc, stalowoszara tarcza symbolizująca jego osobistą determinację i upór (jakże uparci, ah-ha, są ci biznesmeni) przedzielona knotem. W górnej połowie chandelle w fenêtre avec rideauc houlant (świeca płonąca w oknie z ciepłym blaskiem, ah-ha), w dolnej dwa kandelabry illuminé (co wskazuje, że ten biedak sprzedaje świece bogatym i biednym). Na szczęście jego ojciec był portomistrzem, co pozwoliło nam nieco nagiąć zasady i wprowadzić klejnot z lampe au poisson (lampą w kształcie ryby), co wskazuje zarówno na ten fakt, jak i na obecną profesję jego syna. Dewizę pozostawiłem we współczesnym języku; brzmi „I oto sztuka wydała świecę”. Wstyd mi, ah-ha, to było złośliwe, ale nie mogłem się powstrzymać.

— Boki mnie bolą od zrywania — zapewnił Vimes.

Coś kopało mu w mózg, by zwrócić jego uwagę.

— A ten przeznaczony jest dla pana Gerhardta Socka, przewodniczącego Gildii Rzeźników — tłumaczył Smok. — Żona powiedziała mu, że powinien mieć herb, a któż mógłby się spierać z córką handlarza flaków? Stworzyliśmy mu zatem tarczę czerwoną, od krwi, w niebiesko-białe pasy, od rzeźnickiego fartucha, podzieloną sznurem kiełbasek, w centrum tasak trzymany dłonią w rękawicy bokserskiej. Ta rękawica to najlepsze nawiązanie do jego nazwiska, jakie udało nam się wymyślić: dłoń tak silna, że nawet z trzonka sok wyciśnie. Dewiza brzmi Futurus Meus est in Visceris, co tłumaczy się na „Przyszłość moja jest w jelitach”. Odwołuje się to do jego profesji, jak i do dawnej praktyki przepowiadania…

— …przyszłości z jelit zwierząt — dokończył Vimes. — Zadziwiające.

Cokolwiek próbowało zwrócić jego uwagę, teraz podskakiwało nerwowo.

— Ten natomiast, ah-ha, jest dla Rudolpha Pottsa z Gildii Piekarzy. — Cienkim jak gałązka palcem Smok Herbowy Królewski wskazał trzecią tarczę. — Potrafi pan to odczytać, komendancie?

Vimes przyjrzał się niechętnie.

— Podzielona na trzy części, jest tam kwiat, mak chyba, płomień i garnek. Hm… piekarze korzystają z ognia, a garnek oznacza wodę, jak przypuszczam…

— I aluzję do imienia — dodał Smok.

— Ale jeśli nie mówią do niego „Kwiatuszku”, to… — Vimes zamrugał nagle. — Wielcy bogowie… Maki to od mąki, tak? Mąka, woda i ogień? Ale ten garnek wygląda całkiem jak nocnik. Nocne naczynie… Pracują nocą?