Выбрать главу

— Jeśli zdołam żyć ze wspomnieniami z Vidhi, poradzę sobie i z tym.

— Zatem niech tak będzie. Może dzięki temu staniecie się lepszymi oficerami. Ale jeśli którekolwiek z was uzna, że woli ustąpić ze stanowiska, chcę o tym wiedzieć. Komandorze Gaes?

— Pozostaję w służbie floty — skinęła przepisowo głową.

— Zatem do zobaczenia na Tavice. — Geary obserwował, jak wizerunki oficerów znikają błyskawicznie. Rione nie została nawet sekundy dłużej. Desjani kiwała każdemu na pożegnanie głową, przesyłając Geary’emu uśmiechy, a potem rzuciła krótkie usprawiedliwienie dotyczące obowiązków, które na nią czekają, i wyszła z sali.

Tylko zamyślony kapitan Duellos pozostał, jak zwykle zresztą.

— Los kapitana Falco nigdy mnie nie obchodził, ale przykro jest patrzeć na taki upadek człowieka — rzekł.

Geary skinął głową.

— Jak wymierzyć sprawiedliwość komuś, kto nie żyje już na naszym świecie?

— Może lekarze zdołają mu przywrócić zmysły.

— Wyleczyć go tylko po to, aby mógł zostać skazany? A może po to, żeby ponownie zaczął udowadniać, iż jest najlepszym dowódcą? — Geary uśmiechnął się krzywo. — Albo żeby pojął, na jaki los skazał wszystkie jednostki, które za nim podążyły? To by dopiero była zemsta, prawda? Ale czy Falco zrozumiałby ogrom swojej winy? Czy może odrzuciłby wszystkie argumenty, jak to miał wcześniej w zwyczaju?

— Nawet nie staram się dociekać, jak powinna wyglądać sprawiedliwość w jego wypadku — odparł Duellos. — Kapitan Falco żył w świecie, w którym był najważniejszą osobą przez wiele lat. Był też na swój sposób wierny Sojuszowi, choć w swoich wyobrażeniach po prostu utożsamiał się z naszą ojczyzną. Nie sądzę jednak, żeby kiedykolwiek zdołał pojąć swoją odpowiedzialność za utratę tych okrętów.

— A co z pozostałymi? — zapytał Geary.

— Godni pogardy, nieprawdaż? — odparł Duellos z kwaśną miną. — Ale może ten spektakl, podczas którego usiłowali zrzucić całą odpowiedzialność na innych, odbierze im w końcu posłuch u popleczników. Choć prawdę mówiąc, wątpię w to. Niektórzy nigdy się nie zmienią. Wydaje mi się, że potraktował pan Numosa, Faresę i Kerestesa uczciwie, ale z reakcji dowódców mniejszych jednostek wnoszę, że nie wszyscy odebrali to jako nauczkę. Komandor Gaes jest chlubnym wyjątkiem.

— Wiem i dlatego będę miał na nich wszystkich oko. Ale nie cierpię tych degradacji, to robota w sam raz dla Syndyków.

— Ale czasem bywa konieczna… — Duellos urwał, przyglądając się bacznie Geary’emu. — Jak sądzę, skłania się pan raczej ku wybaczeniu niż klasycznej zemście.

Geary’emu znów zaczynał doskwierać ból głowy.

— Tak bardzo było to widać?

— Owszem. — Uniósł rękę, jakby się bronił. — Proszę mnie nie pytać, nie wiem, czy inni też to zauważyli. Ale podjął pan właściwą decyzję. Chociaż muszę przyznać, nie wahałbym się nawet przez moment, gdyby padła propozycja, żebym stanął w plutonie egzekucyjnym Numosa i Faresy.

— Dziękuję. — Geary spojrzał na hologram floty wciąż unoszący się nad stołem. — Dlaczego ludzie tacy, jak dowódca Strasznego i jego załoga, giną, podczas gdy śmieci pokroju Numosa zawsze przeżywają?

— Obawiam się, że odpowiedź na to pytanie przekracza moje możliwości — stwierdził Duellos. — Ale chyba spróbuję porozmawiać o tym z moimi przodkami dzisiejszego wieczora.

— Ja też. Może oni ześlą na nas odrobinę oświecenia.

— I spokoju. Za każdym razem, gdy zacznie pan żałować poległych, kapitanie Geary, proszę wspomnieć tych, którzy przeżyli. A także tych, którzy uciekli z syndyckiego systemu centralnego pod pana dowództwem.

— Sądzi pan, że to stanowi jakąś przeciwwagę? — zapytał z powątpiewaniem Geary. — Nie wydaje mi się. Każdy okręt, każdy człowiek, którego straciłem, to cios prosto w moje serce.

— Ale też konieczność, której nie możemy uniknąć — odparł Duellos i zniknął.

Dokładnie szesnaście godzin później Geary obserwował na swoim wyświetlaczu, jak wkrótce po tym gdy wszyscy członkowie załogi znaleźli już miejsca na innych jednostkach floty, gigantyczny wrak Niezwyciężonego zamienia się w obłok rozgrzanej plazmy, kiedy przesterowany reaktor okrętu wymknął się spod kontroli. Syndycy nie zdobędą żadnego trofeum i tylko w pamięci głównodowodzącego dwa obrazy zleją się na zawsze w jedno: prowokowana eksplozja Niezwyciężonego i tragiczny moment zniszczenia Strasznego.

— Do wszystkich jednostek. Przyspieszenie do zero pięć świetlnej, kurs dół jeden trzy stopni, zwrot na bakburtę dwa zero stopnia, czas pięć jeden.

Zbliżał się moment, w którym skoczą na Tavikę i pozostawią za sobą skrwawiony Ilion.

Starał się, by widywano go na pokładzie Nieulękłego, by załoga wiedziała, że docenia jej wysiłki i dba o nią, chociaż było to bardziej zadanie kapitan Desjani niż jego samego. Geary przechadzał się spokojnym krokiem korytarzami, wymieniał zdawkowe uprzejmości, od czasu do czasu zatrzymując się na chwilkę, by uciąć krótką pogawędkę z marynarzem, który zdawał się głęboko wierzyć, że wracają już do domu. Wiara w niego, jaką wciąż dało się wyczuć, nadal denerwowała Geary’ego, ale narastało w nim też poczucie, że pomimo licznych błędów, jakie popełnił, udało mu się zajść z tymi ludźmi daleko, choć wróg robił, co mógł, by im przeszkodzić.

Nagle usłyszał czyjś głos, cichy, ale aż kipiący złością; Wyjrzał zza rogu i zobaczył kapitan Desjani i współprezydent Rione stojące tak blisko siebie w niewielkim przejściu, że nieomal stykały się nosami. Na ich twarzach widać było coś więcej niż tylko gniew. Gdy zobaczyły nadchodzącego komodora, obie umilkły.

— Czy coś się stało? — zapytał Geary.

— Nie, sir! — odparła oschle Desjani. — Sprawy osobiste. Odmeldowuję się, sir! — Zasalutowała i odeszła szybkim krokiem.

Geary przeniósł wzrok na Wiktorię, która zwężonymi oczami obserwowała odchodzącą kobietę.

— O co poszło?

Rione wbiła w niego wzrok. Jej twarz nie nosiła już śladu gniewu, prawdę mówiąc, nie było na niej żadnych uczuć.

— Słyszałeś przecież, co powiedziała twoja podwładna. Sprawa osobista.

— Jeśli dotyczy mojej osoby…

— Myślałeś, że walczyłyśmy o ciebie? — zapytała Rione prowokująco.

Geary poczuł, że rośnie mu ciśnienie.

— Nie. Ale mam prawo wiedzieć, dlaczego ty i kapitan Desjani skaczecie sobie do oczu.

Wiktoria raz jeszcze zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, które nie zdradzało jej myśli.

— Mylisz się, kapitan Desjani i ja utrzymujemy bardzo przyjacielskie stosunki — wyrzekła to tak, że kłamstwo było bardziej niż wyczuwalne. Geary wiedział, że zrobiła to z rozmysłem. Nie potrafił zrozumieć tylko dlaczego.

— Wiktorio… — powiedział, starając się pohamować gniew, ale uniosła w górę dłoń, aby go uciszyć.

— Współprezydent Rione nie ma nic do dodania w tej sprawie. Jeśli nie chcesz wysłuchiwać kolejnych kłamstw, przesłuchaj swoją podwładną. Do widzenia, kapitanie. — Odwróciła się i odeszła, ale sposób, w jaki się poruszała, ta charakterystyczna sztywność, zdradzał, że przepełnia ją wściekłość. Zauważył to tylko dzięki temu, że spędzili ze sobą tak wiele czasu.

Do osiągnięcia punktu skoku na Tavikę pozostawało zaledwie kilka godzin, a tu pojawił się nowy problem. Ale na czym on polega? Przecież Desjani nie tylko zaczęła tolerować obecność Rione, ale nawet zdawała się ją akceptować. Rione z kolei najwyraźniej unikała go od czasu ostatniej narady. Nadal nie wiedział, co sądzi, ich krótkie rozmowy ograniczały się do wymówek, ileż to Wiktoria ma spraw na głowie.