Shangguan Shouxi miał mały nos, małe oczy, małą głowę, drobne dłonie i chude ramiona; trudno uwierzyć, że taki pokurcz wyszedł z łona tej potężnej kobiety. Shangguan Lü często wzdychała: „Ech, gdy ziarno marne, na nic nie zda się nawet najżyźniejsza ziemia".
Shangguan Lü zbliżyła świeżo zahartowaną kosę do nozdrzy i wciągnęła powietrze, jakby chciała po zapachu ocenić jej jakość. Rzuciła ostrze na ziemię, zwiesiła ramiona i rzekła znużonym głosem:
– Podaj kolację.
Shangguan Lu [34], jak szeregowiec pod rozkazami generała, zaczęła natychmiast biegać tam i z powrotem na swoich miniaturowych stópkach. Rodzina jadała pod gruszą, w słabym świetle zawieszonej na gałęzi latarni, o którą obijały się chmary ciem. Na stole stanął półmisek bułek gotowanych na parze, nadziewanych mielonymi kośćmi i rzodkwią, po misce fasolowej zupy dla każdego, pęk dymek i miska sosu. Shangguan Lu zerkała niepewnie na minę teściowej. Gdy posiłek był obfity, Shangguan Lü krytykowała ją za marnotrawstwo, a gdy skromny – krzywiła się, że jest bez smaku, i ze złością rzucała na stół miskę i pałeczki. Niełatwo być synową w domu Shangguanów! Przy parujących bułeczkach i kleiku ryżowym kowalska rodzina nareszcie odpoczywała w ciszy po całym dniu brzęku i huku. Shangguan Lü siedziała pośrodku, mąż i syn po obu jej stronach, a synowa, która nie śmiała spocząć nawet na chwilę, stała obok ze spuszczoną głową, czekając na polecenia teściowej.
– Nakarmiłaś zwierzęta?
– Nakarmiłam, matko.
– Zamknęłaś kurnik?
– Zamknęłam, matko.
Shangguan Lü z głośnym siorbnięciem pociągnęła spory łyk zupy fasolowej.
Shangguan Shouxi wypluł kawałek kości.
– W innych domach jedzą bułki z wieprzowiną – wymamrotał z niezadowoleniem – a my dostajemy same kości… jak psy…
Shangguan Lü z hukiem odłożyła pałeczki na stół.
– A ty kim jesteś, żeby wybrzydzać przy jedzeniu? – zagrzmiała.
– Mamy skrzynię pełną ziarna i mnóstwo pieniędzy w kredensie. Po co nam tyle oszczędności?
– Synek ma rację – poparł go Shangguan Fulu. – Za naszą pracę zasługujemy na coś lepszego.
– Pytacie, czyje jest to zboże w skrzyni i pieniądze w kredensie? Kiedy już wybiorę się w ostatnią drogę do Zachodniego Raju, nie zabiorę ich przecież ze sobą. To wszystko zostanie dla was!
Lu Xuan'er zwiesiła głowę, bojąc się głębiej odetchnąć. Shangguan Lü wstała z hukiem od stołu i weszła do domu, piekląc się po drodze:
– Proszę bardzo, jutro usmażymy tłuste paluszki, udusimy mięsa, nagotujemy jaj, zarżniemy kurę, usmażymy naleśniki i zrobimy pierogi! Co za różnica, czy będziemy oszczędzać, czy nie? Któryś z przodków rodziny Shangguan musiał strasznie zgrzeszyć, że nas to spotkało – mamy w domu bezpłodną istotę, która potrafi jeść, ale nie potrafi się rozmnażać. Wymrzemy bezpotomnie. Po co oszczędzać? Jedzcie, zeżryjcie wszystko do ostatniego okruszka!
Xuan'er ukryła twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem.
– Czego ryczysz, cholero? – ryknęła Shangguan Lü jeszcze głośniej.
– Objadałaś naszą rodzinę przez trzy lata i nawet córki nie urodziłaś, nie mówiąc już o synu. Ty nawet pierdnięcia nie umiesz z siebie wydobyć! Po co my cię tu trzymamy? Jutro wrócisz do ciotki i wuja. Ród Shangguan nie zamierza wygasnąć z twojego powodu!
Lu Xuan'er przepłakała całą noc, aż do rana. Gdy Shangguan Shouxi ją nagabywał, pozwoliła mu na wszystko.
– Ze mną wszystko jest w porządku – powiedziała ze łzami w oczach.
– Może to z tobą jest coś nie tak?
– Kiedy kura nie umie znieść jaja, zwala wszystko na koguta! – rzucił mąż, wciąż dosiadając jej ciała.
58
Minęły żniwa, zbliżała się pora deszczowa. Wedle zwyczaju, młode żony wracały do domów swoich matek, by spędzić kilka najpiękniejszych dni lata z rodzicami. Większość tych, które miały za sobą trzy lata małżeństwa, kroczyło dumnie, prowadząc jedno dziecko za rękę i karmiąc drugie, z nabrzmiałymi piersiami, trzymając w ręku zawiniątko pełne wzorów do haftowania pantofli. Biedna Xuan'er, cała w sińcach i zadrapaniach, które były dziełem jej męża, z dźwięczącymi w uszach obelgami teściowej, z zapuchniętymi, czerwonymi od płaczu oczyma, wlokła się smętnie, niosąc maleńki tobołek. Jednak nawet najbardziej troskliwa ciotka nie może zastąpić rodzonej matki, toteż mimo bezmiaru żalu i bólu w sercu Xuan'er powstrzymywała się od skarg, starając się przywołać uśmiech na twarz.
Bystrookiej ciotce wystarczyło jedno spojrzenie.
– Ciągle nic? – spytała.
Xuan'er, ugodzona w najczulszy punkt, zalała się łzami, które niczym perły z zerwanego sznura potoczyły się po jej bluzce.
– Dziwne, naprawdę dziwne – mamrotała ciotka – trzy lata minęły, coś już powinno być!
Podczas posiłku Yu Wielka Łapa zauważył siniec na ramieniu siostrzenicy.
– Jak można się tak znęcać nad synową? I to teraz, kiedy w końcu mamy republikę! Spalę to ich żółwie gniazdo na popiół! – złościł się.
– Nawet ryżem nie da się zatkać tej twojej śmierdzącej gęby! – rzuciła ciotka, zerkając na niego surowo.
Posiłek w domu ciotki był obfity, a Xuan'er miała ogromny apetyt, lecz jadła bardzo powściągliwie. Wuj włożył jej spory kawałek ryby do miseczki z ryżem.
– Nie możesz winić swoich teściów, dziecko – powiedziała ciotka. – W końcu po co bierze się synową? Przede wszystkim po to, żeby ród miał dziedzica!
– Ty nie dałaś mojemu rodowi dziedzica, a ja jestem dla ciebie dobry! – rzekł wuj.
– Nie wtrącaj się. Naszykuj lepiej osła i zabierz Xuan'er do miasta, do doktora.
Siedząc na grzbiecie osła, Xuan'er przemierzała pola i łąki Północno-Wschodniego Gaomi, poprzecinane siecią strumyków. Słońce paliło bezlitośnie, z ziemi unosiła się para, rośliny jęczały z gorąca. Obok przefrunęły złączone odwłokami ważki, para jaskółek kopulowała w powietrzu. Po ścieżce skakały maleńkie żabki, które niedawno straciły ogonki, na źdźbłach traw siedziały świeżo wyklute z jajek szarańcze. Maleńkie króliczki kicały za dużą królicą w poszukiwaniu pożywienia, kaczątka pływały za matką; ich różowe, połączone błoną łapki wzbudzały drobne fale na powierzchni stawu… Króliki, szarańcze, wszystkie stworzenia mają młode, a ja? Poczuła w sercu dojmującą pustkę. Przypomniała sobie opowieści o tym, że każda kobieta ma w brzuchu specjalną kieszeń, w której rosną dzieci. Moja kieszeń jest pusta, ciągle pusta… O Niebiosa, o Pani, która przynosisz synów, błagam, ześlij mi dziecko…
Jej wuj miał już ponad czterdzieści lat, lecz wciąż był psotny jak dziecko. Puścił sznur, na którym prowadził osła, pozwalając mu spacerować swobodnie z Xuan'er na grzbiecie, a sam biegał wzdłuż drogi, zrywając kwiaty i zioła. Zebrał cały bukiet polnych kwiatów, uplótł z nich wianek i włożył na głowę siostrzenicy, mówiąc, że to dla ochrony przed słońcem. Gonił małe ptaszki po łące, aż do utraty tchu. Znalazł na łące dzikiego melona wielkości pięści i wręczył Xuan'er, mówiąc, że jest słodki, lecz ledwie go ugryzła, język zdrętwiał jej od okropnej goryczy. Potem podwinął nogawki, wskoczył do stawu i złapał dwa nieduże owady podobne do pestek arbuza. Potrząsnął zaciśniętą dłonią, mówiąc: