— Dobrze — powiedziałem. — Ale umówimy się co do jednego. Jeśli rzeczywiście jest coś do załatwienia, pozostańmy wśród żywych.
— Nic innego nie robię — odparł szybko. — Wypadek Finy… — urwał. Zapanowała cisza.
Wypadek. Jak to zabrzmiało! Awaria automatycznego dozownika deuteru. Awaria… Fina pracowała w Ośrodku Mocy Progowych Bałtyckiego Rejonu Energetycznego. Kto tam nie był, temu nic nie powie słowo „awaria”…
— Masz rację — podjął wreszcie Norin stłumionym głosem, jakby pokonując wewnętrzny opór — nie chodzi o Finę. Wspomniałem o niej, bo sądzę, że to przez nią odrzucasz szansę spełnienia odwiecznych marzeń ludzkości…
— … o trwaniu — dopowiedziałem. Urwał, zaskoczony. Chwilę patrzył mi badawczo w oczy.
— No, powiedzmy… — mruknął wreszcie bez przekonania.
— Niczego nie odrzucam — zacząłem już innym tonem. — Po prostu nie o wszystkim mam ochotę mówić i jeżeli pan tego nie rozumie…
— Nie bądź dzieckiem, Danbor — przerwał gwałtownie. — Nie chodzi o przyjemności. Moje ani twoje. Co to znaczy, że niczego nie odrzucasz? — dodał szybko. — Przecież przed chwilą…
— Przed chwilą — podchwyciłem — mówił pan nie o mnie, tylko o Finie. A teraz okazuje się, że chodzi jeszcze o coś innego. Ni mniej, ni więcej, tylko o ludzkość. Proszę bardzo, mówmy o ludzkości. Powiedziałem, że niczego nie odrzucam i podtrzymuję to. Dostosuję się, jeśli będzie trzeba. Jak pan zauważył, nie jestem dzieckiem. Co nie znaczy, że musi mi się podobać wszystko to, co panu. Czy nawet przytłaczającej większości, jeśli to prawda. Każdemu jest przyjemnie pomyśleć, że nigdy nie umrze, że będzie mógł wracać w nieskończoność, a w każdym razie jak długo zechce, do wszystkich najpiękniejszych przeżyć, uczuć, najmilszych mu ludzi. Że jego planów życiowych, zamierzonych prac i tak dalej nie ogranicza czas. Nie jestem wyjątkiem. Ale jeśli się coś robi z myślą o wszystkich, o ludzkości, skoro już padło tutaj to słowo, trzeba umieć patrzeć dalej własnego nosa. Nie odrzucam nieśmiertelności. Uważam, że nie dorośliśmy do niej. Że czas za mocno tkwi jeszcze we wszystkim, co podejmujemy, myślimy i czujemy. Że jest nadal głównym lepiszczem stosunków społecznych z ich etyką, moralnością, prawem, a nawet organizacją. Że nie rzucamy się w perspektywę, jaką otworzyła nowoczesna biologia wszyscy razem, tylko każdy z osobna. Trzy lata temu, kiedy odlatywałem na Europę, nikt jeszcze nie wiedział, jak się do tego zabrać. A przecież techniczne czy technologiczne możliwości istniały już wtedy. Mówiono, że w konsekwencji czeka nas przeobrażenie w jakościowo inną rasę i że nie ma takiego, kto potrafiłby przewidzieć, co z tego wyniknie. Argumenty przeciwników brzmiały rozsądnie i przekonująco. Nikt się nawet nie zająknął, że rzecz może dotyczyć naszego pokolenia. A tymczasem minęły trzy lata i proszę — szast-prast — wszystko załatwione…
— Kiedyś — przerwał — musiały przyjść takie właśnie trzy lata. Mogło być mniej…
— Ale nie teraz — odparłem. — Przynajmniej jeśli chodzi o to, co ja o tym myślę. Nie wiem dokładnie, co zrobiono przez te lata, ale cokolwiek to było, za wcześnie mówić o sukcesie. Tego jestem pewny.
Chwilę się zastanawiał, mierząc mnie wzrokiem. Wreszcie mruknął coś i zaczął chodzić po pokoju. W jakimś momencie charakterystycznym dla niego ruchem przygładził włosy.
— Jeśli wspomniałem o Finie — powiedział z namysłem — to dlatego, że chciałem oszczędzić ci… — zawahał się — niespodzianki. Ale jeśli tak stawiasz sprawę — wycofał się szybko — zgoda. Przyjmuję. Mniejsza, czy byłeś szczery. Raczej nie. Ale może to nie twoja wina. Pogadam z Cullenem… — mruknął.
A więc jednak.
— Masz rację w jednym — ciągnął Norin. — Nasza rozmowa jest przedwczesna. Sam mówisz, że nie wiesz, co tu zrobiono przez te lata, kiedy cię nie było. Dowiedz się. Przejrzyj materiały, publikacje, protokoły dyskusji… Są także popularne wydawnictwa, filmy, programy… zresztą natkniesz się na nie, choćbyś nie chciał. Nie było w historii akcji oświatowej o takim rozmachu. Potem zadecydujesz. A przynajmniej będziemy mogli rozmawiać na innej płaszczyźnie. Sądzę — uśmiechnął się szeroko — że nie pozbawisz mnie tej satysfakcji… czy w każdym razie — poprawił się — przyjemności.
— Nie pozbawię — burknąłem.
Zachichotał. Ten jego śmiech… Znowu był sobą.
— Musisz mieć na to czas — podjął po chwili, poważniejąc. — I spokój. Mam coś dla ciebie. Złożyłeś meldunek… — urwał i utkwił we mnie pytający wzrok.
— Tak — potwierdziłem. — Ktoś powinien o tym pomyśleć. Im wcześniej, tym lepiej!
— Właśnie — ucieszył się.
Wzruszyłem ramionami. Raport sporządziłem jakieś trzy tygodnie temu. Jeśli dotychczas nic nie zrobili, to znaczy, że ich zdaniem nie było powodu do pośpiechu. Czyli, że Norin chciał mnie tylko czymś zająć. Czymkolwiek. Mogłem się oburzyć. Ale sprawa, którą poruszyłem w meldunku, wymagała wyjaśnienia niezależnie od tego, co oni myśleli.
Prowadziłem kontrolne pomiary pantomatów, rozrzuconych poza strefą mojej stacji na obrzeżu układu, a nawet poza apheliami komet. Dzięki względnej bliskości źródła emisji udało mi się wychwycić coś, co zmuszało do zastanowienia. Mniej więcej miesiąc temu centralny pantomat nagle, bez żadnego widocznego powodu wstrzymał ruch wirowy wokół własnej osi. Jakby zasnął. Ale ten sen był pozorny. Bo pracował jak dawniej. Tyle że symbole liczbowe, którymi porozumiewał się z sąsiednimi mózgami, różniły się od tych, jakich używał w kontaktach z Ziemią. Zmiany występowały z reguły na dziewiątym miejscu po przecinku, ale nie chodziło przecież o wielkości przekłamań.
Pantomaty są zespołami komputerów scalających wiedzę i nie bez powodu ulokowano je w bezpiecznej, jak się zdawało, odległości od Ziemi. Aby mogły rozwiązać każdy zadany problem, z uwzględnieniem wszystkich możliwych analogii, uwarunkowań czasowych i prognoz, ich zasobniki pamięciowe należało wyposażyć w pełną informację o ludzkiej cywilizacji. Dysponowały bezprzykładną wiedzą. Jako względnie odosobnione systemy samoorganizujące się pantomaty posiadały ponadto określoną swobodę manewru, która z konieczności dopuszczała pewien stopień nie kontrolowanej ewolucji. Co nie znaczy, że liczono się z niespodziankami. Stwierdzono tylko ich teoretyczną możliwość. W rzeczywistości każde naprawdę skuteczne zabezpieczenie musiało sprowadzić spekulatywne funkcje komputerów scalających do zakresu mózgów pomocniczych. A tych dosyć było na Ziemi. Tym bardziej fakt, że jeden z największych pantomatów przekroczył próg samodzielności, zasługiwał na najwyższą uwagę.
— Trzeba to sprawdzić — powiedział Norin. — Możesz dysponować aparaturą Korpusu i wszystkim, co uznasz za niezbędne. Poza, oczywiście, zespołami utrzymującymi łączność z Drugą Strefą. Sam rozumiesz…
Rozumiałem. Rozumiałem także, co to oznacza. Wyłączenie tysięcy sekcji, przeprogramowanie węzłów informatycznych, lekko licząc miesiąc. Wszystko, żeby pobawić się z pantomatem w ciuciubabkę. I wygrać.
— Zgoda — mruknąłem.
— Dobierz sobie ludzi — oświadczył łaskawie. — Nie możesz pracować bez przerwy. Zwariowałbyś do reszty — zaśmiał się. — Poza tym — dodał — zyskasz na czasie. Zdążysz zapoznać się z przesłankami, jakie uwzględniono przystępując do „operacji wieczność”…
Ton jego głosu stał się kpiący. Kamień spadł mi z serca. To był znowu Norin ze wszystkim, co się za tym kryło. Utkwiłem wzrok w emblemacie na jego ramieniu i nagle spłynęło na mnie olśnienie.
— To mi odpowiada — powiedziałem niedbałym tonem. — A potem złożę wniosek o przeniesienie. Do Trzeciego.