— Tak? — powiedziała nerwowo, mierząc go wzrokiem.
— Podano mi trującą dawkę jakiegoś środka — rzekł Jason, usiłując mówić spokojnie. — Czy zechciałaby pani odwieźć mnie do szpitala?
Milczenie. Nadal patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nic nie mówił, tylko stał, dysząc i czekając. Tak albo nie, nie było innej możliwości.
— Ja… ja nie jestem zbyt dobrym kierowcą. Dopiero tydzień temu dostałam prawo jazdy — odparła tęgawa dziewczyna o rudych włosach.
— Ja poprowadzę.
— Ale ja nie lecę.
Cofnęła się, ściskając naręcze kiepsko zapakowanych w brązowy papier paczek. Pewnie wybierała się na pocztę.
— Mógłbym dostać kluczyki? — zapytał i wyciągnął rękę. Czekał.
— Ale może pan zemdleć, a wtedy mój śmigacz…
— A zatem proszę lecieć ze mną.
Podała mu kluczyki i usiadła na tylnym siedzeniu śmigacza. Jason z poczuciem głębokiej ulgi usiadł za sterem, włożył kluczyk do stacyjki, uruchomił silnik i po chwili leciał już w niebo z maksymalną prędkością czterdziestu węzłów na godzinę. Z jakiegoś dziwnego powodu zauważył, że był to bardzo popularny model śmigacza: Ford Grey-hound. Tani i nienowy.
— Bardzo pana boli? — zapytała niespokojnie dziewczyna; jej twarz, widoczna w lusterku, nadal zdradzała zdenerwowanie, nawet strach. Ta sytuacja przerastała ją.
— Nie.
— Co to był za narkotyk?
— Nie powiedzieli mi.
Meskalina przestała już niemal działać; dzięki Bogu, jego organizm szóstaka poradził sobie z nią. Nie cieszyła go perspektywa pilotowania powolnego śmigacza w gęstym ruchu Los Angeles, po zażyciu dawki narkotyku. I to, pomyślał ze złością, silnej dawki, obojętnie, co twierdziła Alys.
Ona. Alys. Dlaczego na płytach nic nie ma? — rozważał w duchu. Te nagrania — gdzie one są? Z obawą rozejrzał się wokół. Och, są na fotelu obok; machinalnie rzucił je tam, wsiadając do śmigacza. A więc nic im się nie stało. Spróbuję przesłuchać je na innym adapterze.
— Najbliższy szpital — oznajmiła tęgawa dziewczyna — to St. Martin’s na rogu Trzydziestej Piątej i Webster. Jest mały; usuwali mi tam kurzajkę z ręki, wydali mi się bardzo sprawni i mili.
— Polecimy tam — odparł Jason.
— Czuje się pan gorzej czy lepiej? — Lepiej.
— Był pan w domu Buckmanów?
— Tak.
— Czy to prawda, że państwo Buckman to brat i siostra? Chcę…
— Bliźniaki — odparł.
— Rozumiem — rzekła dziewczyna. — To dziwne: kiedy są razem, zachowują się jak mąż i żona. Całują się i trzymają za ręce, a on traktuje ją z najwyższym szacunkiem, choć czasem okropnie się kłócą.
Dziewczyna milczała chwilę, następnie nachyliła się do niego i powiedziała:
— Nazywam się Mary Anne Dominie. A pan?
— Jason Taverner — poinformował ją. To nie miało żadnego znaczenia. Mimo wszystko. Mimo tego, co przez moment… Głos dziewczyny przerwał mu te rozmyślania.
— Zajmuję się garncarstwem — wyznała wstydliwie. — W tych paczkach są naczynia, które chcę wysłać do sklepów w północnej Kalifornii, szczególnie do Gumpa w San Francisco i Frazera w Berkeley.
— Robi pani ładne naczynia? — zapytał. Niemal wszystkie jego myśli i cała świadomość pozostawały uwięzione w tamtym czasie, w tamtej chwili, kiedy otworzył drzwi łazienki i zobaczył ją — to — na podłodze. Ledwie słyszał głos panny Dominie.
— Staram się, ale trudno powiedzieć. W każdym razie sprzedają się.
— Ma pani silne ręce — stwierdził, nie mając nic lepszego do powiedzenia. Słowa nadal wydobywały się z jego ust mimowolnie, jakby były formowane przez osobny fragment jaźni.
— Dziękuję — rzekła Mary Anne Dominie. Cisza.
— Minął pan szpital — powiedziała Mary Anne Dominie.
— Został tam, z tyłu, trochę na lewo. W jej głosie znów pojawił się lęk.
— Czy naprawdę pan tam leci, czy też to tylko…
— Proszę się nie bać — rzekł i tym razem myślał o tym, co mówi; starał się ze wszystkich sił, żeby jego głos był miły i przekonujący. — Nie jestem zbiegłym studentem ani uciekinierem z obozu pracy. — Odwrócił się i spojrzał jej w oczy.
— Mam kłopoty.
— A więc nie zażył pan żadnego toksycznego środka.
Jej głos drżał. Wydawało się, że spotkało ją to, czego obawiała się przez całe życie.
— Wylądujemy, żeby poczuła się pani bezpiecznie — oznajmił. Odlecieliśmy już dostatecznie daleko. Proszę nie panikować, nie zrobię pani krzywdy.
Mimo to dziewczyna siedziała sztywno i nieruchomo, czekając na… żadne z nich nie wiedziało, na co.
Wylądował przy krawężniku w pobliżu ruchliwego skrzyżowania i szybko otworzył drzwi. Pod wpływem dziwnego impulsu pozostał jeszcze chwilę w śmigaczu, obrócony twarzą do dziewczyny.
— Proszę wysiąść — powiedziała drżącym głosem. — Nie chcę być nieuprzejma, ale naprawdę się boję. Mówią o tych oszalałych z głodu studentach, którzy przedostają się przez barykady wokół kampusów…
— Posłuchaj — rzekł ostro, przerywając potok jej słów.
— Dobrze.
Uspokoiła się; przytrzymując rękami stertę paczek, posłusznie i z lękiem czekała.
— Nie powinnaś tak łatwo dawać się przestraszyć, inaczej życie będzie dla ciebie zbyt trudne.
— Rozumiem. Pokornie skinęła głową; słuchała uważnie, jakby siedziała w sali wykładowej.
— Zawsze obawiasz się obcych?
— Chyba tak. Znów skinęła głową; tym razem zwiesiła ją, jakby ją napominał, i w pewnym sensie tak było.
— Strach — mówił Jason — może wyrządzić ci większą krzywdę niż nienawiść czy zazdrość. Jeśli się boisz, nie żyjesz pełnią życia. Strach zawsze cię paraliżuje.
— Chyba wiem, o czym pan mówi — powiedziała Mary Anne Dominie. — Pewnego dnia, rok temu, ktoś zaczął łomotać do moich drzwi, a ja uciekłam do łazienki, zamknęłam się i udawałam, że mnie nie ma, bo myślałam, że ktoś chce się włamać… Później dowiedziałam się, że to kobieta piętro wyżej włożyła rękę do zlewu z automatycznym odpływem, bo wpadł jej nóż, i złapało ją. Jej synek dobijał się do moich drzwi…
— A zatem rozumiesz, o co mi chodzi — przerwał jej Jason.
— Tak. Chciałabym być inna. Naprawdę, ale nie potrafę.
— Ile masz lat?
— Trzydzieści dwa.
To go zdziwiło, wyglądała o wiele młodziej. Najwyraźniej jeszcze nie dorosła. Poczuł do niej sympatię; decyzja, aby pozwolić mu skorzystać ze śmigacza, na pewno przyszła jej z wielkim trudem. Pod pewnym względem jej obawy były uzasadnione: nie prosił o pomoc z powodów, jakie podał.
— Jesteś bardzo miłą osobą — powiedział.
— Dziękuję — odparła ulegle i skromnie.
— Widzisz tę kawiarnię? — zapytał, pokazując nowoczesny, zadbany lokal. — Chodź my tam. Chcę z tobą porozmawiać.
Muszę z kimś porozmawiać, pomyślał, obojętnie z kim, inaczej — szóstak czy nie — postradam zmysły.
— Ale — zaprotestowała niespokojnie — muszę zanieść paczki na pocztę przed drugą, żeby wysłali je popołudniowym transportem do Kalifornii.
— A więc zrobimy to najpierw — oświadczył. Sięgnął do stacyjki, wyjął kluczyk i oddał go Mary Anne Dominie. — Ty prowadź. Tak wolno, jak chcesz.
— Panie… Taverner — poprosiła. — Ja chcę tylko zostać sama.
— Nie — odparł. — Nie powinnaś być sama. To cię zabija, dręczy. Przez cały czas, codziennie, powinnaś być wśród ludzi.