Выбрать главу

W pracy nad grotem włóczni kryła się jakaś wewnętrzna siła. Już sam akt pochylenia się nad robotą jakby płoszył ciemność. A ostatnimi czasy jakiś cień zdawał się spowijać Bayrda i resztę obozu. Jakby… jakby nie potrafił dojrzeć światła, niezależnie jak bardzo wyciągał ku niemu głowę. Każdego ranka budził się z niewytłumaczalnym przeświadczeniem, że właśnie umarł mu ktoś bliski.

Taka rozpacz może człowieka złamać. Natomiast akt tworzenia – czegokolwiek by dotyczył – był sposobem na przeciwstawienie się jej. Był wyzwaniem rzuconym… Jemu. Temu, o którym żaden z nich nie śmiał powiedzieć słowa. Temu, który, jak każdy doskonale wiedział, stał za tym wszystkim, niezależnie przeciwko komu lord Jarid kierował swoje złorzeczenia.

Bayrd wyprostował się. Trzeba będzie go jeszcze odrobinę wygładzić, niemniej grot wyglądał już całkiem nieźle. Pochylił się znowu, wziął drewniane drzewce włóczni, z którego metalowy grot po prostu spłynął, gdy zło poraziło obóz, i zamocował nowe zakończenie, jak nauczył go pappil tyle już lat temu…

Zorientował się, że przyglądają mu się pozostali gwardziści.

– Będzie nam trzeba znacznie więcej – zauważył Morear. – Jeżeli się zgodzisz.

Bayrd pokiwał głową.

– W trakcie odwrotu możemy się zatrzymać przy zboczu wzgórza, skąd wziąłem ten łupek.

Jarid wreszcie zamilkł, potoczył wokoło szeroko rozwartymi oczyma, które lśniły w świetle pochodni.

– Nie. Jesteście moją strażą przyboczną. Nie wolno wam sprzeciwiać się moim rozkazom!

Z żądzą mordu w oczach skoczył w stronę Bayrda, ale Morear i Rosse go powstrzymali. Rosse patrzył żałośnie, jakby wstrząśnięty własnym, drobnym aktem buntu.

Jednak chwytu nie puścił.

Ze skromnego dobytku zgromadzonego obok posłania Bayrd wydobył parę niezbędnych rzeczy. Następnie skinął głową pozostałym, a oni ruszyli za nim: ośmiu ludzi straży przybocznej lorda Jarida wędrowało przez spustoszony obóz, ciągnąc za sobą swego zapluwającego się z wściekłości pana. Mijali dogasające ogniska i powalone namioty, porzucone przez żołnierzy, którzy niepowstrzymaną już falą maszerowali w ciemność, na północ. Pod wiatr.

Kiedy doszli do skraju obozu, Bayrd rozejrzał się wokół i wskazał zgrabne i mocne drzewko. Kolejnym gestem ponaglił pozostałych, a tamci za pomocą liny, którą Bayrd znalazł po drodze, skrępowali Jarida i przywiązali do drzewa. Tamten bełkotał przez cały czas, dopóki Morear nie zakneblował mu ust.

Bayrd podszedł do swego pana. Wetknął worek na wodę w zagłębienie jego łokcia.

– Nie szarp się zanadto, mój panie, to się nie rozleje. Knebel też będziesz w stanie wkrótce wypluć, nie jest zaciągnięty zbyt mocno… Jak przechylisz worek, sięgniesz go ustami. Zobacz, wyjmuję korek…

Jarid patrzył na Bayrda, a jego oczy miotały gromy.

– Nie mam nic przeciwko tobie, mój panie – powiedział Bayrd. – Zawsze traktowałeś moją rodzinę z szacunkiem. Ale w zaistniałej sytuacji nie możemy sobie pozwolić, abyś poszedł z nami i wszystko komplikował. Mamy przed sobą cel, a ty stajesz nam na drodze. Pewnie ktoś powinien coś wcześniej powiedzieć… Cóż, było, minęło. Czasami, kiedy pozwolić mięsu zbyt długo się suszyć, trzeba wyrzucić całą szynkę.

Skinął głową pozostałym, którzy pobiegli po swoje sienniki. Rosse’a natomiast posłał do skalnej odkrywki i wytłumaczył mu, jaki kamień nadaje się na porządne groty do włóczni.

Później odwrócił się raz jeszcze w stronę wciąż szarpiącego się w więzach lorda Jarida.

– To nie jest dzieło wiedźm, mój panie. To nie Elayne za tym stoi… Przypuszczam, że obecnie już powinienem ją tytułować „królowa Elayne”. Zresztą to zabawna sprawa, żeby taka młoda ślicznotka była królową. Nadaje się raczej do tego, żeby siadać na męskich kolanach w jakiejś karczmie, niż żeby mężczyźni się przed nią kłaniali, ale Andor potrzebuje władczyni, pod której sztandarem będzie mógł pójść na Ostatnią Bitwę, i tą władczynią nie będzie twoja żona. Przykro mi.

Jarid wyraźnie zwiotczał w więzach. Wyglądało na to, że gniew powoli go opuszczał. Nie wyklinał już, tylko płakał. Dziwny zdał się Bayrdowi ten widok.

– Jak spotkamy jakichś ludzi… jeżeli jakowychś spotkamy… powiem im, gdzie mogą cię znaleźć – obiecał Bayrd – i poinformuję ich, że zapewne masz przy sobie jakieś kosztowności. Może ktoś przyjdzie cię uwolnić. Może. – Zawahał się. – Nie powinieneś nam stawać na drodze. Wszyscy oprócz ciebie wiedzieli, co się kroi. Smok się odrodził, stare więzi straciły swą siłę, stare przysięgi przestały obowiązywać… a osobiście wolę zawisnąć, niż pozwolić, żeby Andor poszedł do Ostatniej Bitwy beze mnie.

Po czym odszedł w noc, po drodze zarzucając na ramię drzewce swej nowej włóczni.

„Wiąże mnie przysięga silniejsza niż ta, którą moja rodzina składała twojej. Przysięga, której anulować nie byłby w stanie nawet sam Smok Odrodzony”. To była przysięga wierności krainie. Tym kamieniom, które były w głębi jego duszy. Duszy, która zrosła się z kamieniami Andoru.

Dołączył do pozostałych i razem ruszyli na północ. Za ich plecami, pośród nocy, cichły jękliwe zawodzenia ich pana, które podniosły się w momencie, gdy do obozu zaczęły napływać duchy.

Talmanes ostro szarpnął wodze Selfara, aż wierzchowiec zatańczył i zarzucił łbem. Deresz ostatnio na wszystko reagował dość żywiołowo. Może wyczuwał niepewne nastroje trapiące jego pana.

W nocnym powietrzu wisiał gęsty dym. Dym i krzyki. Talmanes prowadził Legion wzdłuż drogi, którą ciągnęli pokryci sadzą uchodźcy. Jak resztki wraków płynące z prądem błotnistej rzeki.

Żołnierze Legionu mierzyli ich zmartwionymi spojrzeniami.

– Równać krok! – dyscyplinował ich Talmanes. – Przecież nie przebiegniemy całej drogi do Caemlyn. Równać krok! – Narzucił im najszybsze tempo, jakie zdołali utrzymać na dłuższym dystansie, prawie trucht. Rytmicznie szczękały zbroje. Połowę Legionu Elayne wzięła ze sobą na Pole Merrilora, w tym Esteana i większość kawalerii. Może spodziewała się, że będzie musiała wracać niezwłocznie.

Cóż, Talmanesowi i tak kawaleria na wiele by się nie przydała na ulicach, które zapewne były równie zatłoczone jak ta droga. Selfar znowu parsknął i zarzucił łbem. Byli już blisko. Ciemne na tle spowitej groźną poświatą nocy mury obronne majaczyły z przodu. Miasto żarzyło się jak palenisko pieca.

„Na chwałę i powalone sztandary” – pomyślał Talmanes i zadrżał. Ponad Caemlyn zalegały gigantyczne obłoki dymu. Niedobrze. Wyglądało to gorzej niż szturm Aielów na Cairhien.

W końcu zdecydował się i popuścił wodze Selfara. Deresz przegalopował spory odcinek drogi, póki Talmanes nie zdecydował, że i tak nie znajdzie dobrego miejsca na przeprawę przez ludzką ciżbę, i niechętnie, ignorując błagania o pomoc, pchnął wierzchowca w rozstępujący się przed nim tłum. Kiedyś by to pewnie go nie obeszło, teraz jednak odruchowo pożałował, że nie może nic dla tamtych zrobić. Był to skutek długotrwałego przebywania w towarzystwie Mata Cauthona. Dziwne, jaki wpływ potrafił ten chłopak wywrzeć na człowieka. Talmanes nie potrafił już patrzeć na pospolitaków tym samym wzrokiem co dawniej. Te wątpliwości i wahania po części zapewne brały się stąd, że wciąż do końca nie wiedział, czy ma w Macie widzieć szlachcica czy nie.

Po drugiej stronie drogi zatrzymał się, przyglądając płonącemu miastu i czekając, aż dogoni go reszta wojska. W sumie mógł wszystkich wsadzić na konie – choć oczywiście nie każdy żołnierz Legionu przechodził szkolenie kawaleryjskie, to każdy dysponował własnym wierzchowcem na wypadek dalekosiężnych operacji. Dzisiaj nie odważył się na podobny manewr. Na takim polu bitwy – Trolloki, Myrddraale, wąskie zacienione ulice – Legion musiał zachować zdolność natychmiastowego wkroczenia do walki. Dlatego też kusznicy maszerowali z naciągniętą bronią po obu stronach szerokich kolumn pikinierów. Nieważne, jak czas gonił, nie mógł ryzykować niespodziewanej szarży Trolloków…