– To jest trzustka, ty kretynie. Wątroba jest tu.
– Nie. To jest serce. Założę się o pięć centów, że to jest wątroba. Zoperuję go i przekonamy się. Czy mam przedtem umyć ręce?
– Żadnych operacji – powiedział Yossarian otwierając oczy i usiłując usiąść.
– Znalazł się doradca – obruszył się jeden z lekarzy. – Czy nie można go jakoś uciszyć?
– Możemy dać mu narkozę. Eter jest tutaj.
– Żadnej narkozy – powiedział Yossarian.
– Znalazł się doradca – powiedział lekarz.
– Dajmy mu narkozę, a jak straci przytomność, będziemy mogli z nim robić, co chcemy.
Dali mu narkozę i stracił przytomność. Ocknął się z uczuciem pragnienia w separatce przesiąkniętej oparami eteru. Przy jego łóżku czuwał pułkownik Korn, siedząc spokojnie na krześle w swojej workowatej, wełnianej, oliwkowoszarej koszuli i spodniach. Obiema rękami masował łagodnie ścianki swojej graniastej łysej czaszki, a na jego smagłej twarzy z zarośniętymi policzkami zawisł ironiczny, flegmatyczny uśmiech. Pochylił się z uśmiechem, gdy Yossarian się obudził, i zapewnił go najbardziej przyjaznym tonem, że zawarty układ jest nadal ważny, jeżeli Yossarian nie umrze. Yossarian zwymiotował i pułkownik Korn przy pierwszym spazmie zerwał się na równe nogi i uciekł z obrzydzeniem, więc może rzeczywiście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, zastanawiał się Yossarian zapadając w duszące oszołomienie. Obudziła go brutalnie szponiasta dłoń. Odwrócił się, otworzył oczy i ujrzał nieznanego człowieka ze złą twarzą, który wydął wargi w złośliwym grymasie i pochwalił się:
– Mamy twojego kumpla, kolego. Mamy twojego kumpla. Yossarian poczuł słabość w całym ciele i oblał się potem.
– Kto jest moim kumplem? – spytał, gdy zobaczył kapelana siedzącego na miejscu pułkownika Korna.
– Może to o mnie chodzi – odparł kapelan.
Ale Yossarian nie słyszał go i zamknął oczy. Ktoś dał mu łyk wody i odszedł na palcach. Zasnął i obudził się w znakomitym nastroju, który prysł, kiedy odwrócił głowę, aby uśmiechnąć się do kapelana, i zobaczył na jego miejscu Aarfy'ego. Z piersi Yossariana wyrwał się jęk, a jego twarz wykrzywił wyraz udręki i zniecierpliwienia, kiedy Aarfy zarechotał i spytał go, jak się czuje. Zrobił zdziwioną minę, kiedy Yossarian jego z kolei spytał, dlaczego nie siedzi w więzieniu. Yossarian zamknął oczy, żeby Aarfy sobie poszedł. Otworzył je, gdy Aarfy'ego już nie było, a na jego miejscu siedział kapelan. Yossarian roześmiał się na widok radosnego uśmiechu kapelana i spytał go, z czego on się, u licha, tak cieszy.
– Cieszę się przez wzgląd na ciebie – odpowiedział kapelan z nie udawaną radością i podnieceniem. – Dowiedziałem się w sztabie, że jesteś bardzo poważnie ranny i że będzie cię trzeba odesłać do kraju, jeżeli przeżyjesz. Pułkownik Korn mówił, że twój stan jest ciężki. Ale jeden z lekarzy powiedział mi, że rana jest w rzeczywistości bardzo lekka i że za dzień lub dwa będziesz mógł opuścić szpital. Nic ci więc nie grozi. To zupełnie nieźle.
Yossarian słuchał kapelana z olbrzymią ulgą.
– To dobrze – powiedział.
– Tak – przyznał kapelan i rumieniec psotnej uciechy wypełzł mu na policzki. – Tak, to dobrze.
Yossarian roześmiał się przypomniawszy sobie swoją pierwszą rozmowę z kapelanem.
– Wiesz, po raz pierwszy spotkaliśmy się w szpitalu. Teraz znowu jestem w szpitalu. Spotykamy się po raz pierwszy od dłuższego czasu i znowu w szpitalu. Gdzie się ukrywałeś?
Kapelan wzruszył ramionami.
– Dużo się modliłem – wyznał. – Staram się możliwie jak najrzadziej wychodzić z namiotu i modlę się, kiedy sierżant Whitcomb gdzieś wyjeżdża, żeby mnie nie przyłapał.
– Czy to coś pomaga?
– Pozwala mi nie myśleć o moich kłopotach – odpowiedział kapelan ponownie wzruszając ramionami. – I mam przynajmniej jakieś zajęcie.
– W takim razie to dobrze, prawda?
– Tak – zgodził się kapelan entuzjastycznie, jakby nigdy dotąd nie przyszło mu to do głowy. – Tak, myślę, że to dobrze. – Wiedziony nagłym impulsem pochylił się z niezręczną troskliwością.
– Słuchaj, czy mogę coś dla ciebie zrobić, dopóki tu jesteś? Przynieść ci coś?
– Na przykład zabawki, cukierki, gumę do żucia? – zakpił dobrodusznie Yossarian.
Kapelan uśmiechając się z zakłopotaniem znowu się zapłonił, a potem powiedział z szacunkiem:
– Na przykład książki albo coś innego. Chciałbym móc coś dla ciebie zrobić. Rozumiesz, wszyscy jesteśmy bardzo z ciebie dumni.
– Dumni?
– Ależ oczywiście. Narażałeś życie, żeby powstrzymać tego hitlerowskiego mordercę. To było bardzo szlachetne.
– Jakiego hitlerowskiego mordercę?
– Tego, który przyszedł zamordować pułkownika Cathcarta i pułkownika Korna. A ty uratowałeś im życie. Mógł cię zasztyletować na śmierć, kiedy z nim walczyłeś na galerii. Masz szczęście, że wyszedłeś z tego z życiem.
Yossarian parsknął sardonicznie, kiedy wreszcie zrozumiał.
– To nie był żaden hitlerowski morderca – powiedział.
– Ależ tak. Pułkownik Korn mówi, że tak.
– To była dziewczyna Nately'ego. I chodziło jej o mnie, nie o pułkownika Cathcarta i pułkownika Korna. Usiłuje mnie zabić, od chwili kiedy jej powiedziałem, że Nately nie żyje…
– Ale jak to możliwe? – zaprotestował kapelan siniejąc z urazy i frustracji. – Pułkownik Cathcart i pułkownik Korn obaj widzieli, jak uciekał. Oficjalny raport stwierdza, że powstrzymałeś hitlerowskiego mordercę, który chciał ich zabić.
– Nie wierz w oficjalne raporty – poradził Yossarian sucho. – To wynika z umowy.
– Z jakiej umowy?
– Umowy, którą zawarłem z pułkownikiem Cathcartem i pułkownikiem Kornem. Wypuszczą mnie do kraju jako wielkiego bohatera, pod warunkiem, że będę wszędzie dobrze o nich mówił i nigdy nie będę ich krytykował za to, że każą pozostałym zaliczać większą ilość lotów.
Kapelan był wstrząśnięty i aż uniósł się na krześle najeżony wojowniczym przerażeniem.
– Ależ to straszne. To jest przecież haniebna, skandaliczna umowa.
– Ohydna – odparł Yossarian wpatrując się drewnianym wzrokiem w sufit. – O ile pamiętam, uzgodniliśmy, że “ohydna" jest najwłaściwszym określeniem.
– Więc jak mogłeś na to przystać?
– Albo to, albo sąd polowy.
– O! – wykrzyknął kapelan z wyrazem najwyższej skruchy, zasłaniając sobie usta grzbietem dłoni, i niepewnie usiadł z powrotem.
– Nie powinienem był nic mówić.
– Zamknęliby mnie w więzieniu z bandą kryminalistów.
– Oczywiście. Musisz robić wszystko, co uznasz za stosowne.
– Kapelan kiwnął głową sam do siebie, jakby przesądzał sprawę, i zapanowało krępujące milczenie.
– Nie martw się – powiedział po dłuższej chwili Yossarian ze smutnym śmiechem. – Ja tego nie zrobię.
– Musisz to zrobić – nalegał kapelan pochylając się z troską
– naprawdę musisz. Nie miałem prawa wpływać na ciebie. Naprawdę nie miałem prawa nic mówić.
– Wcale na mnie nie wpłynąłeś. – Yossarian z trudem przewrócił się na bok i pokręcił głową z udaną powagą. – Chryste, kapelanie! Wyobrażasz sobie taki grzech? Uratować życie pułkownikowi Cathcartowi! Tej zbrodni za nic nie chciałbym mieć na swoim sumieniu.
Kapelan podjął temat z ostrożnością.
– Więc co zrobisz? Nie możesz dać się im zamknąć w więzieniu.
– Będę latał dalej. Albo może zdezerteruję naprawdę i pozwolę im się złapać. Pewnie i tak by mnie złapali.
– I zamkną cię. Przecież nie chcesz iść do więzienia.
– No to będę latał aż do końca wojny. Ktoś z nas musi pozostać przy życiu.
– Ale możesz zginąć.
– No to nie będę więcej latał.
– I co zrobisz?
– Nie wiem.
– Zgodzisz się, żeby cię odesłali do kraju?
– Nie wiem. Czy na dworze jest upał? Tutaj jest bardzo gorąco.
– Na dworze jest bardzo zimno – odpowiedział kapelan.
– Wiesz – przypomniał sobie Yossarian – zdarzyła się zabawna rzecz, a może mi się to przyśniło. Wydaje mi się, że wszedł tutaj jakiś nieznajomy i powiedział, że mają mojego kumpla. Zastanawiam się, czy to było przywidzenie.
– Nie sądzę – poinformował go kapelan. – Zacząłeś mi o tym opowiadać, kiedy byłem tu wcześniej.