Oddychanie stawało się trudne. Bond westchnął całymi płucami. Zacisnął zęby i tak, jak ludzie usiłujący ukryć, że są pijani, opuścił powieki.
Przez rzęsy widział, jak kosz niesiony jest ku drzwiom. Z trudem otworzył oczy. Rozpaczliwie skleił z mgły Mathisa.
– Nie będę potrzebował dziewczyny, Renę – powiedział ochryple.
Musiał teraz walczyć o powietrze. Znów jął unosić dłoń ku zimnej twarzy. Miał wrażenie, że Mathis rusza w jego stronę. Bond poczuł, że uginają się pod nim kolana. Powiedział albo wydało mu się, że mówi:
– Już mam najpiękniejszą…
Zwinął się powoli na pięcie i runął jak długi na ciemnoczerwoną podłogę.
Ian Fleming
***