Выбрать главу

W takich chwilach robiła wszystko, żeby przestać zaprzątać sobie umysł takimi błahostkami. Tym niemniej od czasu do czasu znów zdarzało jej się rozmyślać nad tą kwestią. Wreszcie pewnej nocy, zupełnie przypadkiem zauważyła, dokąd ucieka jej mała przyjaciółka. Pobiegła wprost przez środek podłogi, między biurkiem i wyłożoną boazerią ścianą i znikła. Biegła po idealnie prostej linii, z podniesionym sztywno ogonkiem, jakby poruszała się po dobrze ubitej i dobrze widocznej drodze (chociaż nie było tam żadnej drogi, niczego, co wyróżniałoby ten szlak od innych miejsc na podłodze). Poruszała się bardzo szybko, nie zwalniając ani na chwic, a kiedy dotarła do ściany, nie zatrzymała się, lecz przeszła wprost przez nią.

Zaskoczona Jill wstała od biurka i nie odrywając oczu od miejsca, gdzie znikło zwierzątko, przeszła przez cały pokój, dochodząc do ściany. Uklękła na kolanach i dotknęła jej. Żadnej dziurki. Boazeria zakrywała całą ścianę, aż do podłogi. Jill przesunęła dłonią po kawałku boazerii dotykającym podłogi. W pewnym momencie jeden z jej palców odnalazł szczelinę szeroką na jakieś dwa centymetry, dzięki której myszka mogła wymknąć się z pokoju, jeśli tylko wiedziała, gdzie jest wyjście, i mogła wystarczająco się spłaszczyć.

— Mała diablica! — powiedziała głośno Jill.

Szczelina miała długość kilkunastu centymetrów, gdyż po obu stronach kolejne listwy boazerii były już szczelnie przytwierdzone do ziemi. Prawdopodobnie w tym miejscu podłoga zapadła się lekko odrywając od drewnianego pokrycia ściany. Jill włożyła palce w otwór i zgięła je sprawdzając grubość ściany. Dziwne, pomyślała. Kiedy przesunęła dłonią po podłodze w pobliżu szczeliny, nie wyczuła żadnego zagłębienia w podłodze. W takim razie w jaki sposób powstała mysia norka?

Ponownie włożyła palce w szczelinę, zgięła je i pociągnęła. Po paru trzaśnięciach, skrzypiąc otworzyły się ukryte drzwi. Był to rodzaj szafki ściennej. Na wieszaku wisiał wyblakły fioletowy habit kardynalski. Na dole stała para sandałów. Obok nich znajdował się kosz na śmieci. To wszystko. Habit, sandały i kosz na śmieci. W powietrzu unosił się fetor mysich odchodów.

Jill weszła do schowka, wyniosła kosz i zamknęła drzwi.

Wróciła do biurka i sprawdziła zawartość pojemnika. Wypełniony był zmiętymi kawałkami papieru. Na samym dnie znajdowało się ogromne mysie legowisko zbudowane z malutkich kawałków przeżutego papieru. Legowisko używane prawdopodobnie przez wiele pokoleń myszy.

Po wyciągnięciu nadających się jeszcze do odczytania kartek i ułożeniu ich w małą stertę na biurku, zaczęła nerwowo przerzucać kolejne kawałki papieru.

Rozczarowała się. Kilka kartek zawierało jedynie jakieś obliczenia matematyczne, które nie wydawały się jej zbyt interesujące. Oprócz tego znalazła również spis zadań do wykonania. Większość pozycji była poprze-kreślana, co prawdopodobnie miało oznaczać, że zostały już zakończone. Na paru kartkach zanotowano w pośpiechu coś, czego Jill nie była w stanie odczytać. Jeden świstek okazał się być początkiem listu. Na zachowanym skrawku brak było daty i widniały na nim zaledwie dwie linijki:

Wasza Eminencjo. Przez ostatnich kilka dni rozmyślałem nad sprawą, którą omawialiśmy w ogrodzie. W końcu podjąłem decyzję…

Tak kończyła się wiadomość. Najwyraźniej w tym momencie kartka została zmięta i wyrzucona do śmietnika. Kolejny kawałek zatytułowany był Uwagi do rozważenia przez Jego Świątobliwość, jednak oprócz tytułu nie napisano na nim już nic więcej. Obok Jill znalazła tajemniczą listę: 500 worków mąki, 30 sągów dobrego, twardego drewna nadającego się do długiego podtrzymywania płomienia, 75 kg najlepszych ziemniaków, 7 ton miodu. Na pozostałych skrawkach papieru znajdowały się również jakieś intrygujące zapiski, które zapewne stanowiłyby źródło ciekawych informacji, gdyby ktoś miał czas na ich odszyfrowywanie oraz znał okoliczności, w jakich zostały sporządzone.

Pomimo że Jill nie znalazła żadnych ciekawych nformacji, ułożyła wszystkie znalezione kartki jedna drugiej na stole i przesuwała po nich dłonią wygładzając ich pogięte krawędzie. Postanowiła sobie, że pewnego dnia przysiadzie nad nimi z większą determinacją. Być może znajdowała się tu ukryta wskazówka stanowiąca istotną pomoc w zrozumieniu Watykanu.

Nagle, jakby rażona piorunem spojrzała na stos kartek. Dopiero w tej chwili uświadomiła sobie swoje zaangażowanie w pracę, której się podjęła. Zaangażowanie, które sprawiło, że wybiera ze śmietnika wyrzucone przez kogoś i zupełnie bezwartościowe kawałki papieru i składuje je jak największą relikwię. Nie tak to sobie planowała. Nie takie miało być jej podejście do sprawy. Próbowała jeszcze usprawiedliwiać się przed sobą mówiąc, że jest to jedynie mała przerwa w pracy, pretekst do krótkiego odpoczynku, wiedziała jednak że to nieprawda. A przecież Jason uprzedzał ją: „Wciągnie cię. Zobaczysz, tak cię zaabsorbuje praca, że nie zdołają cię nawet odciągnąć końmi”. Teraz Jill zdała sobie sprawę, że obydwoje tkwią w tym po uszy. Tak samo ona, jak on, chociaż Jason nigdy nie ukrywał, że chce tutaj zostać, przynajmniej na razie. To ona cały czas twierdziła, że wyjedzie, jeśli nie pozwolą jej napisać reportażu, po który przyjechała. Ciekawe, czy gdybym miała teraz szansę opuścić Koniec Wszechświata zdobyłabym się na to? — pytała samą siebie. Nie umiała jednak udzielić sobie jednoznacznej odpowiedzi.

Przerzuciła jeszcze parę wyciągniętych z kosza kartek. Już prawie na samym końcu stosu odnalazła kilka spiętych razem stron zapisanych niechlujnym charakterem pisma, co utrudniało jej odczytanie poszczególnych wyrazów:

Ja, kardynał Enoch, piszę tę poufną notatkę wiedząc, że nie może ona być dołączona do oficjalnych akt, ponieważ wydarzenie, które chcę opisać, z pewnych powodów nie zostało w nich uwzględnione. Piszę tę notatkę jako ostrzeżenie dla samego siebie, głównie dla samego siebie, jak również dla innych, którzy być może przeczytają ją kiedyś, chociaż w tej chwili nie chcę, aby ktokolwiek inny dowiedział się o tym. Nie piszę tego z obawy przed zapomnieniem (bo już od wielu wieków niczego nie zapomniałem), ale dlatego, że chciałbym przelać na papier moje spostrzeżenia dotyczące tej sprawy i uczucia (o ile mam jakieś uczucia) oraz strach (a może właśnie szczególnie strach i lęk), zanim czas zmieni już moje doznania.

Chciałbym to wydarzenie nazwać „drobnym incydentem”, bo uważam, że nie było to nic bardziej znaczącego, chociaż zdecydowanie ważniejsze będą jego następstwa. Przez dłuższy czas czuliśmy się bezpiecznie w naszym małym, odizolowanym światku położonym na samym krańcu galaktyki, w regionie posiadającym zaledwie kilka gwiazd i to w dodatku tak nieatrakcyjnych, że nikt na nie nie zwraca uwagi. Ale teraz, po ostatnich wydarzeniach nie jestem już taki pewien naszego bezpieczeństwa. Żaden z moich kolegów nie dał mi do zrozumienia, że dręczą go podobne obawy, a ja z kolei nie chciałem dać po sobie poznać, co o tym myślę.

Z tego właśnie powodu — ponieważ nie chcę wtajemniczać nikogo w moje przemyślenia (właściwie nie wiem, dlaczego) oraz z obawy, że po pewnym czasie mógłbym podświadomie zacząć lekceważyć mój lęk (który uważam za nie pozbawiony podstaw) — piszę tę notatkę, aby przypomnieć, że sprawa ta jest poważna i jestem przekonany, iż moje obawy są uzasadnione i logiczne oraz muszą być rozważone z punktu widzenia naszej przyszłości.