Выбрать главу

– Witaj, Lynn! – Debbie uśmiechnęła się promiennie.

Skinął głową w odpowiedzi na powitanie.

– Hej – spojrzała na tort i jeden kieliszek. – Chyba nie przeszkadzam?

– Nie.

– To jakaś uroczystość?

– Dziś są moje urodziny – odparł poważnie.

– I spędzasz je tak samotnie? – podeszła bliżej i szybkim ruchem ręki zmierzwiła mu włosy. – Mój ty biedaku. Wszystkiego najlepszego.

Spojrzał na nią spod przymrużonych powiek.

– A może zorganizujemy jakąś imprezę? – przysunęła się bliżej. – Mnóstwo kwiatów, otwarte samochody, przyjęcie w jakiejś knajpie na wolnym powietrzu poza miastem…?

– Prawdę mówiąc, wolałbym zostać tutaj.

– Szkoda, że nie powiedziałeś mi o tym wcześniej – uśmiech nie znikał z twarzy Debbie.

– Znamy się dopiero od wczoraj – przypomniał jej.

Przyjęła to jak dobry kawał.

– Chyba nie będziemy fatygować kelnera drugim kieliszkiem – ostrożnie nalała wina. – Jeden powinien wystarczyć.

– Jasne. Nie ma problemu.

– Słuchaj – odruchowo ściszyła głos. – Jeśli nie popełniam niedyskrecji, to powiedz, ile lat właśnie skończyłeś?

– Nie wiem.

Roześmiała się, ale wyraz jego twarzy sprawił, że natychmiast spoważniała.

– Nie wiem – powtórzył i zabrzmiało to naprawdę szczerze. – Po prostu dawno nie obchodziłem urodzin – poślinionymi palcami zgasił świeczkę na torcie. – Nie mam nawet pojęcia, w jaki dzień przypadają.

Wstał ciężko i podszedł do szafy, otwierając ją na całą szerokość.

– Na to, że urodziłem się akurat dzisiaj – ciągnął – jest szansa jak jeden do trzystu sześćdziesięciu pięciu.

– Trzystu sześćdziesięciu sześciu. Mamy rok przestępny. – Debbie usiłowała obrócić wszystko w żart. – Gdzie idziesz? – spytała, widząc, że wkłada marynarkę.

Podciągnął krawat i ruszył w stronę drzwi.

– Szukać swojej przeszłości – rzucił w progu. Wyszedł na korytarz, ale coś kazało mu przystanąć. Cofnął się kilka kroków, by ponownie zajrzeć do pokoju.

– Przepraszam – mruknął. – Miewałem lepsze nastroje.

Zmrużyła oczy na znak, że rozumie, ale on szedł już w kierunku windy. Przyspieszył kroku, bo kabina stanęła właśnie na jego piętrze. Wyminął wysiadającą parę i dotknął mrugającego światełka z oznaczeniem parteru. Mimo że decyzja zapadła nagle, pod wpływem chwili, w jego głowie powoli krystalizował się plan działania. Na dole szybko dotarł do hotelowego skarbca. Otworzył swój sejf, odliczył z walizki pokaźny plik banknotów i włożył go do jednej z leżących na podręcznym stoliku kopert. Schował ją do wewnętrznej kieszeni, zamknął sejf i przed wyjściem jeszcze raz ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie. Uśmiechnął się w duchu na myśl o nowych nawykach, jakie u siebie zaobserwował. Podchodząc do recepcji, skinął na konsjerża.

– Słucham pana?

– Proszę mnie połączyć ze szpitalem.

– Z którym?

Prawdę mówiąc powinien spodziewać się takiego pytania. W wielomilionowej metropolii szpitali musiały być dziesiątki.

– Szpital miejski – zabrzmiało to bardziej jak pytanie niż podpowiedź.

– Serca Jezusowego, Świętej Trójcy…

Przed oczami stanął mu brodaty sąsiad z sali i znów usłyszał słowa, które tamten wypowiedział przy pierwszym spotkaniu.

– Sądzę, że chodzi o Trójcę.

– Z kim życzy pan sobie rozmawiać?

– Z doktorem Kaminskym.

Konsjerż podniósł słuchawkę i wystukał numer.

– Niestety, doktor jest w tej chwili zajęty – powiedział po chwili odkładając, słuchawkę. – Czy będzie pan czekał?

– Nie.

Fargo odwrócił się szybko i ruszył w stronę głównych drzwi. Na podjeździe, ignorując portiera w liberii, skinął na taksówkę.

– Szpital Świętej Trójcy – rzucił do kierowcy. – Niech się pan pospieszy.

Przysłonił oczy ciemnymi szkłami okularów przeciwsłonecznych. Spoglądał zza nich obojętnie na mijane z dużą prędkością tonące w słońcu palmy na skwerach, lśniące od podstaw aż po szczyty elewacje biurowców i centrów handlowych. Nie czuł nic, patrząc na odgrodzone barierkami zaułki i ukryte za podniszczonymi parkanami wysypiska, tak niedawno jeszcze będące jego domem. Bez słowa zapłacił kierowcy, kiedy ten zatrzymał się przed wskazanym wejściem. Zdecydowanym krokiem wszedł do budynku. Szybko przemierzył ogromny hol i wewnętrzny dziedziniec, który tak dobrze zapamiętał z poprzedniej wizyty. Kilka chwil później stał już pod właściwymi drzwiami. Zapukał energicznie i nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka.

– Można? – usiadł w głębokim fotelu stojącym obok biurka.

Doktor Kaminsky, zaskoczony, podniósł wzrok znad rozłożonych przed nim papierów. Dopiero kiedy Fargo zdjął przeciwsłoneczne okulary, w jego oczach pojawił się błysk zrozumienia.

– Ja pana skądś znam… – Korpulentna postać drgnęła lekko. – Pan…

– Tak, byłem już tutaj.

Ciche westchnienie świadczyło, że doktor przypomniał sobie wszystko. Z widocznym zdziwieniem, ale bez żadnych pytań obserwował kosztowny garnitur i całą sylwetkę siedzącego naprzeciwko mężczyzny.

– Czym mogę służyć? – spytał niepewnie.

Fargo lekko przygryzł wargi. Długo mierzył lekarza wzrokiem, potem spuścił oczy.

– Tym samym co poprzednio – powiedział cicho. – Chcę odzyskać pamięć i chcę, żeby pan mi w tym pomógł – odchylił się w fotelu. – Rozumiem jednak, że pańskie poglądy, pańska etyka i względy moralne nie pozwolą na coś takiego… Wobec tego mam tylko jedną prośbę. Niech mi pan wskaże fachowca, który podejmie się tego za pieniądze – wyjął z kieszeni wypchaną banknotami kopertę i rzucił ja niedbale na biurko. – Za duże pieniądze – dodał. – Na pewno zna pan kogoś, kto da się skusić.

Kaminsky niepewnie spojrzał na leżący przed nim pakunek. Ostrożnie, jakby bojąc się, że w środku może być bomba, dotknął białej powierzchni.

– Wie pan… – zaczął powoli, ale nagle zmienił zamiar. Jego oczy nabrały blasku. – Dużo myślałem o pańskim przypadku – powiedział zdecydowanie. – Myliłem się. W końcu każdy może się mylić… – dramatycznie zawiesił głos. – Panu trzeba pomóc!

– Wskaże mi pan kogoś?

Ręka lekarza spoczęła na kopercie.

– Sam się tym zajmę.

Twarz Fargo nie zmieniła wyrazu.

Pomyślał, że od kilku dni nic nie może go zadziwić. Następne godziny również nie przyniosły niczego zaskakującego. Dziesiątki testów wypełnianych w nerwowym pośpiechu, tomografia, nieustanna obserwacja setek czujników rejestrujących każdy, najmniejszy nawet impuls jego mózgu. Nie kończące się, nużące pytania zupełnie nie powiązane ze sprawą, a zadawane wyłącznie po to, żeby wykres na monitorze uzyskał taki, a nie inny wygląd.

Frank Kaminsky był dobrym fachowcem. Nawet laik, widząc jego systematyczne, wyważone ruchy, zdobywał pewność, że nic nie pominięto, nie zapomniano o żadnym drobiazgu, że każda możliwość, każda furtka została dokładnie zbadana. Kiedy jednak w zupełnych ciemnościach, prawie o północy, wracali z laboratorium do gabinetu, twarz lekarza ciągle była zasępiona. Fargo był zbyt zmęczony, żeby zadawać jakiekolwiek pytania. Ocierał chusteczką czoło, zachłannie paląc papierosa, gdy doktor po raz kolejny studiował wyniki wyświetlane na palmtopie. Wreszcie nie wytrzymał przedłużającej się ciszy, zgniótł niedopałek i pochylił się do przodu.

– I co, panie doktorze? – powiedział ochrypłym głosem. – Jak to wygląda?

Kaminsky powoli podniósł oczy znad papierów.

– Tak, jak wyglądać nie powinno – odparł zwięźle.

– Nie mam żadnej szansy?

Lekarz nie odpowiedział. Wyjął z szuflady grzebień, podszedł do niego i zaczął rozczesywać mu włosy. Fargo zetknął się kiedyś z opinią, że wszyscy psychiatrzy są po części wariatami, ale nigdy jeszcze nie był skłonny dać temu wiary tak, jak w tej chwili.