Trochę odetchnąwszy, branka siadła na słomiany materacyk, z goryczą podparła brodę pięściami i kolejny raz głęboko się zamyśliła.
Próba ucieczki znowu została przerwana i nie było widać końca niewoli. Oczywiście, póki co wystarczało jej i placków, i wody, a przez okno co rano zaglądał słoneczny promień, ale koniec końców, czy to jest życie dla człowieka? Zwłaszcza, jak ten człowiek — to młoda panienka, a tym bardziej — księżniczka! Do tego — gargulce! — W każdej chwili może zjawić się smok, bo jeśli nawet nie zjawił się ani razu od dnia porwania, to jeszcze nie oznacza, że zapomniał o ofierze! Nie, trzeba uciekać. Uciekać natychmiast!
Juta zdecydowanie wstała — i znowu usiadła. Wszystkie drogi ucieczki już wypróbowała — i wszystko na darmo. Przez kraty się nie przeciśniesz, pod kratami nie przejdziesz, a drzwi okute żelazem i zamknięte zaklęciem.
Zaklęciem…
Juta uświadomiła sobie, że bezmyślnie powtarza ostatnie słowa swojego przerażającego oprawcy: horra-harr…
Bardzo grubiańskie, nieładne słowo i podobne do lżenia. Horra-harr…
Wsunąwszy nogi w drewniane trzewiki, Juta pokuśtykała do drzwi. Przystanęła przysłuchując się. Żadnego dźwięku. W zakamarkach myśli błąkała się jakaś prosta myśl.
Z wilgotnej ściany wylazł stonóg. Po podłodze przebiegł włochaty pająk, ohydnie przebierając długimi, przełamanymi w stawach odnóżami. Prosta myśl snuła się tuż obok, ale Juta nijak nie mogła jej uchwycić.
Rozsierdziwszy się, już miała wpaść w rozpacz, aż tu w jej pamięci powstał spasiony pałacowy lokaj, który pouczał młodą pokojówkę: „Kluczyk na prawo — skrzynkę zamkniemy… Kluczyk na lewo — skrzynkę odemkniemy…”
I zanim jeszcze Juta pojęła, do czego tutaj „kluczyk na lewo”, już wargi jej same wymówiły:
— Rraha-rroh!
Więzienie przeniknęło długie skrzypienie. Kute żelazem drzwi zawahały się, zakołysały i między zardzewiałym ich brzegiem a ścianą, na której wciąż siedział stonóg, pojawiła się szczelinka. Ze szczelinki pociągnęło wilgocią, drzwi otworzyły się dalej i zdumiona Juta zobaczyła w luce korytarz i schody.
Korytarz i schody! Wyjście! Wolność!
Smocze zaklęcie okazało się podobne do kluczyka starego lokaja: wypowiedz je od tyłu — i drzwi się otwierały.
Oszołomiona swoim szczęściem, Juta niezdecydowanie popchnęła ciężkie drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Od razu okazało się, że korytarze są dwa — na prawo i na lewo, i były jeszcze kręcone schody wiodące w dół.
Juta chwilę pomyślała, zrzuciła drewniane trzewiki, by nie hałasować niczym pusty wóz na bruku i w skupieniu podreptała boso po schodach.
Z wilgotnej ściany wylazł stonóg. Po podłodze przebiegł włochaty pająk, ohydnie przebierając długimi, przełamanymi w stawach odnóżami.
Zamek wrósł w skały, a może i był starszy od skał. Arman nie wiedział właściwie, kto go zbudował — czy to przodkowie jego przodków, czy też nieznane istoty, które żyły na ziemi wtedy, gdy na niej nie było jeszcze ani ludzi ani smoków… Jednak już w czasach legendarnego Sam-Ara zamek przedstawiał sobą porządną ruinę.
Arman prychnął. Z jego nozdrzy wydobyły się snopy iskier, bo smok, szeroko machając błoniastymi skrzydłami, krążył nad morzem.
Do zamku, który zagnieździł się na skalistym półwyspie wiodła jedna, jedyna droga — wąska, kręta, wręcz odstraszająca potencjalnych śmiałków. U samego podnóża zamku droga ta rozszerzała się, tworząc okrągły równy plac — tradycyjne miejsce pojedynków. Opuszczając się niżej, Arman zobaczyłby starannie ułożony w jego centrum stos kostek — pomnik poświęcony przeszłym i przyszłym wyzwolicielom.
Arman nie zniżył jednak lotu. Przeciwnie, wzleciał tak wysoko, że ziemia w dole przesłoniła się mgiełką i przez tę mgłę aż do bólu oczu wpatrywał się w drogę do zamku, w dochodzące do niej dróżki, we wszystkie szlaki i ścieżyny bliskiej i dalekiej okolicy… Ale one były martwe; puste i porzucone, i nigdzie nie podnosiła się chmura kurzu pod kopytami chyżego konia i nie błyszczała w słońcu zbroja, i żaden rycerz nie spieszył na pomoc porwanej księżniczce…
I wtedy zaryczał potężnie, straszliwie i ryk jego przetoczył się nad morzem i w dalekich przybrzeżnych wioskach ludzie szeptali zaklęcia i czynili zamawiania.
Ryk smoka powalił Jutę na kolana. W pierwszej chwili wyobraziła sobie, że jaszczur odkrył jej ucieczkę i niewiarygodnie się rozzłościł; w następnej zdrowy rozsądek wziął górę nad strachem i księżniczka uświadomiła sobie, że potwór krzyczy nad morzem, a ucieczka odbyła się w zamku, więc straszliwy ryk z nią, Jutą, bezpośrednio nie jest związany. Upewniwszy się w tym przekonaniu, odważyła się wstać i kontynuować swoją wędrówkę ku wolności.
Szukała wyjścia z zamku — niestety raz za razem wracała do progu swojego opuszczonego więzienia. Ktoś inny popadłby w rozpacz, ale księżniczka nie pozwalała sobie na to, żuła suchy placek, popijała wodę ze źródła i znowu wyruszała błąkać się po ciemnych korytarzach.
W oddali znowu zaryczał smok — ale ciszej, słabiej, jakby smutniej.
Na drugi dzień Arman rozdrażniony włóczył się po zamku z butelką w niecierpliwej ręce; ciemne korytarze wymieniały się z tak samo ciemnymi schodami, a komnaty i sale były albo zamknięte, albo puste.
Na koniec potknął się o jakiś próg i stanął, tępo wodząc wzrokiem po pomieszczeniu, które tak niespodziewanie się przed nim zjawiło.
Sala ta od dawna nazywała się Organowa, chociaż konstrukcja, jaka ją zajmowała nie była podobna do organów. Prędzej do wielkich jam jak w pszczelim plastrze czy do sklepu z wyszukanymi naczyniami, albo do mozaiki — kruchej zabawki olbrzyma.
A jednak był to muzyczny instrument — a dokładniej to, co z niego zostało. Ogromna maszyneria przeżyła swoje i była do niczego — mimo to Arman lubił przebywać w Sali Organowej; oglądać srebrne zawijasy, które zdobiły szkielet instrumentu, pstrykać palcami po tłustych rurach z jasnego metalu i ścierać pył z niezliczonych kryształowych niby-szklaneczek, kuleczek, dziwacznych w formie naczyń, rozmieszczonych pojedynczo i grupami. Czasami starał się wydobyć z budowli coś podobnego do muzyki, jednak próby spełzały na niczym i nie dawały mu niczego prócz irytacji.
Arman ziewnął. Nieskończone krążenie nad drogami wyczerpało go, łzawiły zapalone od wiatru oczy. Przyćmione srebrne rury muzycznego monstrum zniekształciły jego odbicie. A po co on, właściwie, tutaj zabrnął?
Chwiejąc się, zawrócił i poczłapał tam, gdzie na czarnym od upływu czasu stole, gromadziły się butelki, gdzie tliło się drewno na kominku, gdzie ziały pustką dwa fotele.
Juta siedziała na stopniach kręconych schodów, podciągnąwszy pod siebie bose nogi i daremnie starała się przegnać rozpacz, która otoczyła ją ze wszystkich stron.
Wydostać się z zamku było niemożliwe, wolność tylko z niej zadrwiła, otwierając drzwi więzienia. Juta nadal była uwięziona, tylko jej loch stał się większy, obrosły korytarzami bez wyjścia i labiryntami schodów i teraz wycieńczonej księżniczce przywidział się zbutwiały, samotny szkielet, który tkwił przytulony do nadgryzionej czasem ściany.
Juta w poczuciu bezsilności zamknęła oczy. Zamigotały urywki widziadeł i wspomnień.