Выбрать главу
* * *

Wróciłam do domu, postawiłam na ogniu garnek z wodą w celu ugotowania sobie obiadu w postaci brokuła i zadzwoniłam do Lalki.

– Słuchaj, czy Ewa Marsz całkiem prawnie zmieniła nazwisko na Ewę Marsz, czy tylko używa pseudonimu?

– Czekaj, przymknę drzwi, straszny mam hałas obok, cudem trafiłaś, bo tylko przez niedopatrzenie nie wyłączyłam telefonu. Ale zaraz wyłączę. Ewa…? Nie mam pojęcia. Zamierzała zmienić, ale nie wiem, czy to zrobiła. A co?

– Nic. Mam już te książki, wyślę ci jutro DHL – em, zaraz do nich zadzwonię. Jakaś draka z Ewą, daj mi telefon do Miśki. Jak ona się nazywa?

– Kto? Miśka?

– No pewnie, że Miśka!

– Też nie wiem. Rozwiodła się. Albo wróciła do panieńskiego, Kamińska, albo została przy mężu, Ruszczyc, nie była zdecydowana i nie wiem, na czym stanęła. Na imię ma, przypominam ci, Stefania. Już ci daję numer, masz, czym pisać…?

Miałam, czym pisać, technicznie byłam przygotowana do działania. Słusznie powiedziała o tej Stefanii, bo nawet mi do głowy nie przyszło, że jej siostra posiada jakieś chrzestne imię. A żaden ksiądz nie ochrzciłby dziecka imieniem Miśka, takiej świętej nie było. Wyraziła dziką wdzięczność za książki i na tym był koniec rozmowy.

Zadzwoniłam do DHL – u, umówiłam się wcale nie na jutro, tylko od razu na dziś, przed wieczorem zdążą przyjechać.

Zadzwoniłam do Miśki.

Rozpoznała mnie po chwili tak krótkiej, że prawie niezauważalnej, czemu niewątpliwie sprzyjało wspomnienie sceny, jaką przeżyłyśmy wspólnie, z Lalką i trzema kotami syjamskimi, z czego jeden należał do Lalki, jeden do Miśki, a jeden był sporny i ten spór musiałam rozstrzygać. Metafizyka weszła wtedy w grę, kot zadecydował samodzielnie, takich chwil się nie zapomina.

Nie, też nie wiedziała nic o oficjalnym nazwisku Ewy Marsz, w ogóle prawie nie miewała z nią osobistych kontaktów, ale znały się oczywiście. O adresie nie miała pojęcia.

– Ale wiem, w jakim banku ma konto – oznajmiła pocieszająco. – W tym samym, co ja, spotkałam ją tam przypadkiem.

– No? W jakim?

– Piętnasty oddział PKO, wiesz, ten na rondzie…

Wiedziałam doskonale.

– Przez bank trafiać do człowieka, proszę, Europa! Natchnęłaś mnie nadzieją na cywilizację, dziękuję ci bardzo!

– Nie ma, za co. Ciekawe, czy trafisz…

Sama byłam ciekawa. Konto w tym banku miałam od wieków, robiłam za stałego klienta. Znając życie we własnym kraju, nie próbowałam nawet przez telefon, postanowiłam tam pojechać i byłabym to uczyniła od razu, gdyby nie ten garnek na ogniu i umówiona wizyta posłańca z DHL – u.

Myśl, że właściwie prośbę Lalki już spełniłam, zdobyłam książki Ewy i zaraz je wyślę, nawet we mnie nie drgnęła. Osobliwa reakcja wydawnictwa zaczęła mnie korcić, znaleźć Ewę Marsz…

Zarazem ulągł mi się drugi kierunek poszukiwań.

Zapragnęłam zdobyć filmy z jej książek. Zapragnęłam, to za mało powiedziane, uparłam się, musiałam, pchało mnie, ciągnęło, szarpało pazurami i gryzło wszędzie. Dwie ekranizacje, tytułów nie pamiętałam, były idiotyczne, tak samo zresztą jak cała reszta, nie miałam także pojęcia, kto reżyserował. Mignęły na ekranie parę lat temu i znikły, czemu trudno było się dziwić.

Posiadała je telewizja, dwójka, ale w telewizyjnym drugim programie żadnych znajomości nie miałam i ogólnie byłam tam raczej źle widziana od czasu, kiedy z wielkim krzykiem odmówiłam udziału w straszliwym gniocie, okrzyczanym jako dzieło kultowe. Dzieło wprawdzie niedawno zeszło z ekranu razem z jednostką prowadzącą, ale niechęć do mnie pozostała, zapewne wsiąkła im w mury i wydzielała nieprzychylne miazmaty. Ponadto wątpliwe było, czy w obliczu ekscytującej zbrodni ktokolwiek w ogóle zrozumie, co do niego mówię.

Należało złapać Magdę. Co prawda, odeszła już z dwójki, możliwe, że ją wyrzucili za przesadnie wysoki wskaźnik inteligencji, i przeszła do TVN, ale kontakty i różne przyjaźnie ocaliła. Niektórym osobom swój szkodliwy wskaźnik udawało się ukrywać, dzięki czemu spokojnie pracowały nadal i znajomość z Magdą traktowały jak rodzaj wytchnienia. Relaksik po ciężkiej orce umysłowej poniżej poziomu terenu.

Stanowiła moją jedyną nadzieję. Zadzwoniłam do niej i okazało się, że znajduje się właśnie w Łęczycy. Jeszcze trochę pobędzie.

– O Boże! – jęknęłam. – Jak mogłaś teraz wyjeżdżać! Jesteś mi tutaj potrzebna jak powietrze!

– Coś się stało? – zaniepokoiła się Magda.

– No wiesz…! Taki atrakcyjny trup leży, a ty pytasz, czy coś się stało…

– A, nie, ja nie o tym. Mam tu reportaż, który powinnaś pochwalić, takie trochę historyczne, bardzo a propos, warcholstwo narodu, Diabeł Stadnicki i tak dalej, byłam na to umówiona już dawno i nie będę sobie psuła dobrej roboty przez Wajchenmanna. Pytam, czy tobie coś się stało?

Uspokoiłam ją. Rzeczywiście, paskudzić cokolwiek dobrego dla Wajchenmanna, poroniony pomysł.

– Nie, nic takiego. Ale z wiekiem robię się coraz bardziej niecierpliwa i chciałabym wszystko załatwić natychmiast, już, a nawet jeszcze prędzej. Powiem ci oczywiście od razu, żebyś sobie nie myślała. Trzeba podwędzić dla mnie dwie kasety z archiwum dwójki.

– No, to nie taki wielki problem, szczególnie teraz, w tym bajzlu. Jakie kasety?

– Dwa filmy z książek Ewy Marsz. Z niechęcią i dławiąc się, używam słowa ekranizacje.

– Oooooo… – powiedziała Magda takim tonem, że zaintrygowała mnie niezmiernie.

– A co…?

– To jednak będzie, problemik. Nie pamiętam szczegółów, ale obiło mi się o uszy, że coś tam śmierdziało. No nic, jak tylko wrócę, ruszę do szturmu, wracam pojutrze ku własnej rozpaczy.

– Dlaczego rozpaczy?

– Od pierwszego kopa przytrafił mi się tu chłopak, jak z marzeń sennych, ucywilizowany, meksykański desperado, szał! Skąd taki w Polsce…?

– I uprawia rodeo? – zainteresowałam się chciwie.

– Nie wymagaj za wiele! Z zawodu prozaicznie, elektronik od różnych zabezpieczeń, ale co za różnica. I też uwiązany do koryta. To trzeba mieć porąbane szczęście, żeby spotkać coś podobnego w nieodpowiednim miejscu i czasie, klątwa nade mną wisi!

– Umów się z nim, do licha, to nie Syberia, tylko Polska, mały kraj. Gdzieś w połowie drogi…

Magda westchnęła ciężko.

– Droga to pryszcz, czas, czas! No nic, spróbuję. W trakcie powrotu zmobilizuję się i natychmiast przystąpię do działań podziemnych. Opowiesz mi, o co chodzi, bo jestem pewna, że jakaś zadra w tych kasetach tkwi…

Telefon to urządzenie znane, proste i w zasadzie przyjazne. Nie wypuszczałam go z ręki, ruszyłam znajome i co młodsze osoby do poszukiwania kaset po sklepach i rozmaitych giełdach. Wszystkich musiałam zapewniać, że to nie ja wykosiłam Wajchenmanna, ale ten haracz składałam chętnie, chociaż z lekkim żalem. Woda w garnku wygotowała mi się doszczętnie, nalałam nowej i przykręciłam palnik, żeby się nie czuć poganiana. Prawie przestawałam być głodna.

Zadzwonił Tadzio.

– Popytałem po kumplach, nikt nic nie wie o Ewie Marsz. Jakie one miały tytuły, te filmy?

A skąd, do pioruna, mogłam to wiedzieć…?!

– Tadziu, nie mam pojęcia. I nie wiem, kto to robił, ale na wierzchu drobnym drukiem powinno być napisane. Wiesz, taka „Pensja pani Latter” na podstawie „Emancypantek”…

– Trudno będzie. Gdyby pani, chociaż tytuł podała… Zaczęłam dzwonić do Lalki. Wyłączyła komórkę i cześć, a domowy telefon nie odpowiadał. Zadzwoniłam do Magdy, może pamięta, nic z tego, wyłączyła komórkę, a pewnie, desperado… Zadzwoniłam do Julity, niech usiądzie do Internetu i poszuka Ewy Marsz, okazało się, że akurat dojeżdża do Radomia.