Przecław westchnął z ulgą. Jacek skrzywił się, ale nieznacznie, bo w sumie odziedziczył więcej wiosek niż jego brat. Obejrzał się na Ligęzę, ale ten niespodziewanie położył palec na ustach, bo… o dziwo, starosta trembowelski czytał coś dalej!
… wsie owe darowuję w wieczyste posiadanie synom moim, jednak tylko wówczas, jeśli brat mój Michał Dydyński, którego ukrzywdziłem Anno Domini 1563 przy wzięciu Połocka, wydając go Moskalom, zszedł już z tego świata i nie ma potomstwa. Jeśli bowiem pozostały po nim synowie i córki, tedy nakazuję, co następuje: synowicom moim po bracie Michale dać każdej po 2 tysiące złotych posagu, co ma nie być później niż do lat 25 wieku ich, z gotowizny, albo majętności część sprzedając. Pozostałe wioski, co zostanie, rozdzielić między Michała Dydyńskiego — o ile ten żyje jeszcze — synowców i synów moich po równo, dając im wioski całe, a w razie konieczności — podzielić je na cząstki i kolokację. Wszakże z zachowaniem tego, aby Przecław jako młodszy Dydnię lub jej część otrzymał, a Jacek w taki sam sposób Niewistkę lub jej kolokację. Do czasu zaś, kiedy wiadome będzie, czy Michał żyje i czy żywe jest potomstwo jego, opiekę nad rzeczonymi włościami powierzam panu staroście trembowelskiemu Piotrowi Ożdze…
— Jezusie Nazareński… — jęknął Przecław.
— … Królu Żydowski — dokończył za niego Jacek.
Starosta nie skończył jeszcze czytać, a już w izbie wstał huczek, grzmot słów, gwar. Jak to? Dzieciom Michała? To Michał żyje? Co to ma znaczyć? Takich rzeczy nie bywało! Synów wydziedziczył?!
A jacy to Dydyńscy wymienieni? Synowie Michała? Z bocznej linii? Nie bękarty czasem? Którzy to? Gdzie ich szukać?
Gwar i hałasy przerwał sam Piotr Ożga. Wstał i uderzył kułakiem w stół.
To wystarczyło.
— Nieboszczyk pan stolnik sanocki nosił w sercu śmiertelny grzech — rzekł tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Wyznał go mi na łożu, w ostatniej godzinie. Oto kiedy będąc młodzieńcem lat około siedemnastu, wojował z Moskalami na Litwie, tak po zdobyciu Połocka wydał im brata Michała w wieczystą niewolę.
— Nie może być! — jęknął Wapowski.
— Iwaszko, notuj! — syknął Jan Herburt do sługi. — To ci dopiero historia!
— Dwóch było Dydyńskich do schedy po ojcu Mikołaju. A kiedy młodszy wydał starszego, pozostał sam jedynym dziedzicem do niemałej substytucji. Dlatego teraz, chcąc zadośćuczynić bratu okrutne cierpienia, podzielił majętność między swoich i jego synów.
A więc to była prawda. Dlatego, przemknęło przez głowę Dydyńskiego, tak rzadko ojciec wspominał Michała. Wiedzieli o nim tyle, co nic!
— Aleksander Dydyński wydał brata wrogom! — zakrzyknął Wapowski. — To hańba! Hańba na cały ród! Lepiej by było, gdyby go zabił, niż sprzedawał Moskalom, nieprzyjaciołom koronnym!
— Dlatego tak łatwo do fortuny przyszedł!
— Ale cóż synowie winni?
— Niepięknie postąpił, ale zacnie odszedł…
— Miał gest, panowie bracia! Synom nic, a synowcom majętności porozdzielał. Po tym poznać prawego szlachcica!
— Co Jacek i Przecław poczną? Co z nimi?
Właśnie, co z nami? — zapytał Jacek sam siebie, stojąc w tłumie przekrzykującej się, rozgorączkowanej i rozentuzjazmowanej szlachty.
Stało się. O grzechu ojca wiedzieli już wszyscy. Nie wątpił, że wieść obejdzie lotem błyskawicy całą Ziemię Sanocką, Przemyską, Chełmską, Ruś Czerwoną, aby odbić się echem hen na borach dalekiej Ukrainy i powrócić do nich niczym głos gromu. Zerknął na brata, ale Przecław stał z rozłożonymi rękoma, bezradny jak dziecko. Jacek spojrzał zatem na portrety przodków, między którymi nie było jeszcze obrazu stolnika. I bodaj pierwszy raz w życiu poczuł gniew do swych pradawnych antenatów.
Co było robić z tym wszystkim? Co czynić?
Nic nie wiedział. Był bez ojcowizny, bez pieniędzy, bez sławy i znaczenia.
A wszystko przez jeden przeklęty postępek ojca! Dlaczego starzec nie zabrał go do grobu? Jaki diabeł przypomniał mu o tym w godzinie śmierci?!
I co teraz będzie?
Wieczór tego samego dnia
Alkierz we dworze
— To proste, rybeńki — mówił, a raczej grzmiał Piotr z Ossy Ożga. — Tak, dobrze mówię! Proste, że łatwiejsze już być nie może. I dziwię się, że muszę wam to do łbów jakoby cepem przekładać. Odnajdziecie waszego stryja albo jego potomków. A potem podzielę majętności nieboszczyka stolnika między was wszystkich tak, aby nikomu nie stała się krzywda! Zapamiętajcie: nie stała krzywda! O czymże mam jeszcze z wami gadać?
— Skąd masz waszmość pewność, że Michał żyje? — zareplikował niespeszony Przecław. — Stryj był starszy od ojca o dziesięć lat jak w mordę strzelił. A mówiąc prawdę między oczy, to nikt tak naprawdę nie wie o ile. Bo nie ma zapisów w księgach we dworze ani w parafii.
Były zapisy, pomyślał Jacek, ale nie przyznał tego na głos. Były, bo niejedna karta z datami została wydarta albo zagubiona. Ksiądz Fabrycy nie wiedział z jakiego powodu. Teraz powód był znany aż za dobrze, podobnie jak to, dlaczego nie mieli żadnego portretu stryja. I ani jednego listu czy wzmianki. Ta przeszłość, te papiery i konterfekty zanadto bolały starego ojca.
— Tak więc nie ma pewności, czy stryj żyje. A już w ogóle czy miał jakichś potomków. Nie licząc może paru bęsiów zostawionych na przychówek w chłopskich chatach. Ale — Przecław podniósł na starostę złe i mściwe oczy — któż ich nie ma, a od posagów i spadków odpadają wedle konstytucji Anno 1578: Illegitima proles non heredidat[29], foliał 189 alias 334. Nasze prawo z poddankami swawolić, a ich dni w polu odrabiać.
— To, o czym mówisz, mości Przecławie, to zwykła ruja, grzech i porubstwo. Tak, dobrze mówię: porubstwo! Czy oddajesz się waszmość bez przerwy chędożeniu, że nie możesz się powstrzymać, aby nie wspominać o nim w obecności starszych i godniejszych osób? Ba, osób? Dygnitarzy! I starostów? Powtórz: nie możesz?
— Nie mogę. — Tym razem Przecław uciekł spojrzeniem na bok. Może wpatrywał się w rząd portretów panów Dydyńskich, których wzrok wydawał się tego wieczora dziwnie szyderczy.