Linnora roześmiała się głośno i przytuliła go do siebie z radością.
— O mój Czarodzieju! — westchnęła. — To było wspaniałe! Jakże wielkim władcą musisz być w swojej ojczyźnie. I jakiż musi to być kraj cudów!
Dennis poczuł, że wraca mu możliwość oddychania. Pomimo niedawnego przerażenia i prawie katastrofy, wszystko tym razem ułożyło się mniej więcej tak, jak zaplanował. Chyba zaczynał dawać sobie radę z Efektem Zużycia!
Czuł się szczęśliwy, siedząc wygodnie, podczas gdy Linnora masowała mu mięśnie karku i delikatnie trącała wargami jego ucho. Pilotował samolot lekkimi ruchami steru, pozwalając mu uzyskiwać w miarę pracy dalsze zużycie.
Chochlak wyglądał przez burtę, patrząc płonącymi ciekawością oczyma, jak krążą leniwie po niebie.
Dennis, choć w tej chwili czuł się wspaniale, spoczywając w ramionach księżniczki, uświadomił sobie, że wkrótce będzie musiał wyjaśnić jej pewną sprawę. Pokładała w nim stanowczo zbyt wiele zaufania. Nie miał co do tego żadnej wątpliwości. Bardzo często zakładała, że Dennis wie, co robi — podczas gdy właściwie improwizował, by przeżyć!
Pod nimi rozpościerały się lasy i równiny Coylii — morze zieleni, błękitu i odcieni bursztynu. Miękkie, białe chmury sunęły szeregami jak okiem sięgnąć.
Dennis przesunął dłonią po gładkim boku maszyny, w której lecieli… dzieło stworzone przy pomocy dwójki towarzyszy w ciągu zaledwie dwóch dni! Podziwiał cudowne transformacje, które przekształciły rozklekotany, mały, ręcznie wykonany wózek w wysmukłą, latającą maszynę.
Prawdę mówiąc, w normalnych warunkach nie dałoby się tego osiągnąć. Nawet tutaj. Wymagało to połączenia jego osobistej pomysłowości z rezonansem zużycia — powstałym z zespolenia umiejętności człowieka, L’Toff i Krenegee. Mimo to jednak…
Choch wskoczył mu na kolana. Najwyraźniej postanowił mu wybaczyć. Zaczął mruczeć, a Dennis głaskał jego miękkie futerko. Spojrzał na Linnorę, przypomniał sobie jej ostatnią uwagę i uśmiechnął się.
— Nie, kochanie. Mój świat wcale nie jest bardziej cudowny od waszego, w którym przyroda jest tak łaskawa. Zazwyczaj życie jest tam dość trudne. I jeżeli w ciągu paru ostatnich pokoleń stało się mniej okrutne i bezcelowe, to tylko dzięki ciężkiej pracy milionów. Każdy mężczyzna czy kobieta na Ziemi, gdyby tylko mieli taką szansę, na pewno woleliby mieszkać tutaj.
Popatrzył na leżące pod nim równiny i uświadomił sobie, że podjął zaskakującą decyzję. Pozostanie tu, na Tatirze.
Och, może na jakiś czas powróci na Ziemię. Miał obowiązek wobec swej macierzystej planety. Powinien udzielić jej pomocy, dzieląc się tym, czego się tu dowiedział. Ale jego domem stanie się Coylia. Przede wszystkim jego dom był tam, gdzie Linnora. I jego przyjaciele…
— Arth! — Poderwał się gwałtownie. Samolot zakołysał się.
— Ojej, rzeczywiście! — zawołała Linnora. — Musimy wrócić!
Dennis skinął głową i położył maszynę w łagodny skręt.
A poza tym jeszcze ta wojna. Szaleństwo, z którym trzeba będzie się uporać, zanim pomyśli znowu o tym, żeby się osiedlić na tej ziemi i żyć tu długo i szczęśliwie.
Ze swej kryjówki pod przewróconym drzewem Arth słyszał głosy żołnierzy. Przez długi czas stali na płaskowyżu i słyszał ich pełne zdumienia wołania. Dobiegały go zabobonne okrzyki i wciąż powtarzane słowo w starej mowie — „smok”.
Mijały minuty. A potem rozległy się jeszcze bardziej podniecone wrzaski. Arth usłyszał przerażający ryk, a po nim odgłosy panicznej ucieczki. Powtórzyło się to kilka razy. Za każdym razem ryk był coraz głośniejszy, pełne przerażenia okrzyki dobiegały z coraz większej odległości.
Wreszcie wyczołgał się ze swojej dziury i ostrożnie rozejrzał się wokoło.
Zobaczył zwiadowców Kremera biegnących w stronę swoich lin i próbujących rozpaczliwie uciec z płaskowyżu. Sprawiali wrażenie, jakby ścigał ich sam diabeł.
Nawet on cofnął się w pierwszym odruchu, gdy wielki, ryczący kształt zaczął nurkować spod chmur w jego stronę. A potem zobaczył, jak dwie małe postacie machają do niego ze środka.
Arth był w stanie zrozumieć przerażenie żołnierzy. Jego serce również przyspieszyło rytm na widok tej rzeczy, mimo że wiedział, co to takiego!
Zrozumiał, że próba ponownego lądowania na pochyłym piaszczystym zboczu może być niebezpieczna. Było to zbyt ryzykowne, kiedy należało jeszcze wygrać przegraną wojnę. Czuł jednak wdzięczność dla Dennisa i Linnory za to, że poświęcili trochę czasu, by odpędzić zwiadowców, zanim zajęli się ważniejszymi sprawami.
Pomachał na pożegnanie swym przyjaciołom i patrzył, jak latająca maszyna oddala się szybko na południe. Przysłonił oczy ręką i spoglądał, jak kieruje się w stronę toczącej się dalej wśród gór bitwy.
Wreszcie, kiedy stała się już tylko kropką na horyzoncie, zajął się przeglądaniem stosu zapasów, które Linnora wyrzuciła na piaszczystą wydmę w czasie opróżniania samolotu. Obok leżało również kilka plecaków porzuconych przez uciekających w panice żołnierzy.
Westchnął i zaczął grzebać w zdobyczy. Mogło tego wystarczyć na dość długo.
„Dam im parę dni na wygranie tej wojny i wyciągnięcie stąd — pomyślał. — Jeżeli długo nie będą wracać, to może sam spróbuję stworzyć taką latającą sztukę!”
Mruczał pod nosem, przygotowując posiłek. Wyobrażał sobie, jak szybuje w powietrzu, niezależny od wiatrów.
Bitwa przybierała zły obrót. Koło południa Gath rozkazał wyrzucić cały zbędny balast za burtę i przygotować się do desperackiej próby ucieczki.
Nie dało to wiele. Następna grupa szybowców zasypała ich gradem dzirytów, które podziurawiły powłokę. Na spotkanie czarnych kształtów wyleciało mniej niż zwykle strzał. Wielka kula balonu zaczęła flaczeć, w miarę jak uciekało z niej gorące powietrze.
Przy odpieraniu ataku zginął kolejny łucznik. Jego ciało bezceremonialnie wyrzucono za burtę. Nie było czasu na nic więcej.
Pod nimi żołnierze broniący lin cumowniczych byli silnie naciskani przez wroga. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że odwrót atakowanych z powietrza oddziałów na południowej krawędzi jest tylko kwestią czasu. A wtedy całe skrzydło wojsk zostanie odsłonięte.
Kremer najwyraźniej zdawał sobie sprawę, jaką przewagę może dać mu opanowanie cypla górującego nad wąwozem Ruddik. Ściągnął posiłki z pomocnego frontu, gdzie zwiadowcy Demsena stawiali twardy opór. Ale Gath widział też, że parę minut przed ostatnim nalotem szybowców przybyło kilka grup najemników wraz z oddziałami ubranych na szaro wojowników Kremera. Ostateczny szturm skalnego cypla nie da na siebie długo czekać. A gdy przedrą się tutaj, samo serce krainy L’Toff stanie przed nimi otworem.
Balon stale tracił powietrze. Gath nie mógł nawet w przybliżeniu obliczyć, jak długo, bez względu na proces zużycia, pozostaną jeszcze w powietrzu.
I nagle, jakby jeszcze nie dość było nieszczęść, jeden z żołnierzy schwycił go za ramię i wskazał ręką.
— Co to? — zapytał.
Gath zmrużył oczy. Początkowo wziął to za kolejny przeklęty szybowiec. Ale w jaskrawym świetle popołudnia zobaczył, że to chyba coś nowego wkroczyło do powietrznej bitwy… wielka, skrzydlata rzecz o rozpiętości płatów przewyższającej nawet aerodyny Kremera.