Выбрать главу

Wyprowadził inspektora Kirby’ego i usłyszałam, jak wyjaśnia mu tę bijatykę, a potem usłyszałam jeszcze, jak inspektor prosi, żeby go informować o wszystkich problemach i o tym, czy zamierzamy wnosić skargę przeciwko Gary’emu. Kiedy Mark wrócił, szlochałam. Łzy nagle same popłynęły mi z oczu, a kiedy raz zaczęłam płakać, z jakiegoś powodu nie mogłam przestać.

– Już dobrze – powiedział Mark, tuląc mnie mocno i głaszcząc po głowie. – Już po wszystkim. Już dobrze. Wszystko będzie dobrze.

Rozdział czternasty

NA DOBRE CZY NA ZŁE?

6 grudnia, sobota 17.15.

Hotel Ciaridge. Aaa! Aaa! AAAAAA! Ślub jest za czterdzieści pięć minut, a ja przed chwilą wylałam sobie na sukienkę lakier do paznokci Rouge Noir. Co ja robię? Śluby to wymyślna tortura. Umęczeni goście (chociaż oczywiście nie w tej skali co klienci Amnesty Intemational) wystrojeni w dziwaczne ubrania, których w innej sytuacji nigdy by nie nałożyli, np. białe rajstopy, są zmuszeni wstać niemal w środku nocy w sobotni poranek, ganiają po całym domu, krzycząc: „Kurwa, kurwa, kurwa!”, usiłując znaleźć stary posrebrzany papier do pakowania, pakują dziwaczne niepotrzebne prezenty, na przykład maszynki do robienia lodów albo formy do pieczenia chleba (skazane na nie kończący się recycling wśród Szczęśliwych Małżeństw, bo komu by się chciało po powrocie do domu wieczorem przez godzinę przesypywać składniki do ogromnej plastikowej maszyny, by rano w drodze do pracy skonsumować cały olbrzymi bochenek chleba, zamiast kupić sobie czekoladowego croissanta i cappuccino?), a potem jadą 400 mil, jedząc żelki o smaku wina zakupione na stacji benzynowej, wymiotują w samochodzie i nie mogą znaleźć kościoła? Jak ja teraz wyglądam?! Dlaczego właśnie ja? Boże! Dlaczego? Zupełnie jakbym dostała okres, który z jakichś dziwnych powodów zostawił ślad z przodu sukienki.

17.20.

Dzięki Bogu. Właśnie weszła Shazzer i razem zdecydowałyśmy, że najlepiej po prostu wyciąć tę plamę, bo materiał jest tak sztywny, lśniący i sterczący, że lakier nie przesiąkł do podszewki, która jest w tym samym kolorze, co wierzch, a poza tym mogę dziurę zasłonić wiązanką. Tak, tak chyba będzie dobrze. Nikt nie zauważy. Może nawet pomyślą, że taki jest krój. Jakby sukienka była zrobiona z jednego wielkiego kawałka koronki. Dobrze. Spokojna i opanowana. Równowaga wewnętrzna. Obecność dziury w sukience nie może wpłynąć na całość. Na szczęście. Na pewno wszystko się uda. Wczoraj wieczorem Shaz nieźle dała sobie w szyję. Mam nadzieję, że dzisiaj jakoś sobie poradzi. Później. Kurczę blade! Spóźniłam się do kościoła tylko dwadzieścia minut i od razu zaczęłam się rozglądać za Markiem. Po samym wyglądzie jego potylicy domyśliłam się, że jest spięty. W tej chwili zaczęły grać organy i Mark odwrócił się, zobaczył mnie i, niestety, zrobił taką minę, jakby miał wybuchnąć śmiechem. Nie mogłam mieć o to pretensji, bo wyglądałam nie jak sofa, tylko jak olbrzymia purchawka. Statecznie i z precyzją ruszyłyśmy nawą główną. Boże, Shaz wyglądała kiepsko. Miała na twarzy wyraz wielkiego skupienia, by nikt nie zauważył, że dręczy ją gigantyczny kac. Szłyśmy chyba całą wieczność przy dźwiękach: Idzie panna młoda Szeroka jak kłoda Cała się kolebie jak w misce woda. Dlaczego, och, dlaczego?

– Bridget. Twoja stopa – syknęła Shaz.

Spojrzałam w dół. Do mojego satynowego buta na słupku przyczepił się liliowy stanik Shazzer model Agent Provocateur. W pierwszej chwili chciałam go strącić, ale wtedy stanik przez całą ceremonię znacząco leżałby w nawie. Spróbowałam więc, bezowocnie zresztą, wsunąć go pod sukienkę, wykonując przy tym kilka niezdarnych podskoków, które i tak nic nie dały. Odetchnęłam z wielką ulgą, gdy wreszcie znalazłam się przed ołtarzem i w trakcie śpiewania pieśni mogłam podnieść stanik i wetknąć go za bukiet. Podły Richard wyglądał wspaniale, był bardzo pewny siebie. Miał na sobie zwykły garnitur, co było fajne, bo nie wystroił się w jakiś idiotyczny frak jak jeden ze statystów z filmu Oliver, śpiewający „Kto kupi ten cudny poranek?” i wykonujący kankana. Niestety, Jude popełniła – były pierwsze tego oznaki – zasadniczy błąd, wpuszczając na uroczystość malutkie dzieci. Gdy tylko zaczęła się ceremonia zaślubin, z tyłu kościoła zaczęło płakać jakieś niemowlę. Darło się na całe gardło, robiło przerwę na nabranie powietrza, po czym następowała chwila ciszy jak przed pojawieniem się gromu po błyskawicy i znowu rozlegał się potworny, pierwotny wrzask. Niewiarygodne są te nowoczesne matki z klasy średniej. Kiedy się obejrzałam, zobaczyłam, że matka podrzuca swoje dziecko, przewracając oczami, jakby chciała powiedzieć: „Matko święta!” Najwyraźniej nie przyszło jej do głowy, że byłoby miło z jej strony, gdyby wyniosła dzieciaka z kościoła – tak by zgromadzeni usłyszeli, jak Jude i Podły Richard przysięgają na całą wieczność połączyć swe dusze. Moją uwagę zwróciły długie, lśniące włosy z tyłu: Rebecca. Miała na sobie nieskazitelną szarą garsonkę i wykręcała głowę w stronę Marka. Obok niej siedział ponury Giles Benwick z prezentem na kolanach, obwiązanym kokardą.

– Richardzie Wilfredzie Albercie Paulu… – powiedział dźwięcznym głosem pastor. Nie miałam pojęcia, że Podły Richard ma tyle podłych imion. Co jego rodzicom strzeliło do głowy? – Czy ślubujesz jej miłość, wierność?… – Mmmm. Uwielbiam śluby. Miód na serce. -…i uczciwość małżeńską i czy zostaniesz z nią… – Bah. Nawą potoczyła się piłka i wpadła z tyłu na Jude. -…na dobre i na złe… – Dwóch chłopaczków w, przysięgam, butach do stepowania, wyrwało się z ławki i rzuciło za piłką. -…dopóki śmierć was nie rozłączy? Rozległ się jakiś stłumiony hałas, po czym chłopcy wdali się w prowadzoną coraz głośniejszym szeptem rozmowę, a niemowlę znowu się rozdarło. W tym jazgocie ledwo dosłyszałam głos Podłego Richarda: „Tak”, chociaż może było to: „Jak?”, ale jednak oboje uśmiechali się do siebie jak dwa głupki.

– Judith Caroline Jonquil… – Jak to się stało, że ja mam tylko dwa imiona? Czy wszyscy poza mną mają po swoim imieniu długaśną listę tych bzdetów? – Czy bierzesz Richarda Wilfreda Alberta Paula… – Kątem lewego oka niewyraźnie dostrzegłam, że modlitewnik Sharon zaczyna odpływać z mojego pola widzenia. Obejrzałam się przerażona i dokładnie w tej chwili Simon, w smokingu ze wszystkimi akcesoriami, wystrzelił do przodu. Nogi zaczęły się uginać pod Shazzer jakby w dygnięciu wykonywanym w zwolnionym tempie i opadła bezwładnie prosto w objęcia Simona.

– Czy ślubujesz mu miłość, wierność… Simon wlókł teraz Shazzer w stronę zakrystii. Jej stopy, wystające spod liliowej purchawki, ciągnęły się po podłodze, jak u trupa.

– …posłuszeństwo… Być posłuszną Podłemu Richardowi? Przez moment zastanawiałam się, czy nie pójść za Shazzer do zakrystii, żeby sprawdzić, czy nic jej nie jest, ale co by sobie Jude pomyślała, gdybym w jej godzinie potrzeby obróciła się na pięcie i zwiała?

– …dopóki śmierć was nie rozłączy? Rozległa się seria stuków, gdy Simon usiłował wtaszczyć Shazzer do zakrystii.

– Tak. Drzwi zakrystii zatrzasnęły się za nimi z hukiem.

– Od tej pory jesteście…

Dwóch chłopaczków wyszło z przednich rzędów i rozsiadło się w nawie głównej. Boże, niemowlę darło się już teraz wniebogłosy. Pastor urwał i odchrząknął. Odwróciłam się i zobaczyłam, że chłopaczki rzucają piłką o ławy. Pochwyciłam wzrok Marka. Nagle odłożył modlitewnik, wyszedł z ławki, wziął po jednym chłopaczku pod każdą pachę i wymaszerował z kościoła.

– Od tej pory jesteście mężem i żoną.