Wszyscy zaczęli wiwatować, a Jude i Richard uśmiechnęli się radośnie. Zanim wpisaliśmy się do księgi parafialnej, wśród pięciolatków rozpoczęła się iście szampańska zabawa. Przed ołtarzem właściwie odbywał się kinderbal. Poszliśmy nawą główną za wściekłą Magdą niosącą Constance, która się darła: „Mamusia da klapsia, da klapsia, da klapsia”. Kiedy wyszliśmy na marznący deszcz i wiatr, podsłuchałam, jak matka chłopaczków futbolistów mówi arogancko do ogłupiałego Marka:
– Ależ to uroczo, kiedy dzieci na ślubie zachowują się naturalnie. Przecież na tym właśnie polegają śluby, prawda?
– Trudno mi powiedzieć – odparł wesoło Mark. – Nie słyszałem, cholera, ani słowa.
Po powrocie do Ciaridge odkryłam, że rodzice Jude doszczętnie się spłukali – sala balowa była przystrojona serpentynami oraz miedzianymi piramidami z owoców i cherubinkami wielkości osła. Po wejściu wszędzie słychać było tylko:
– Dwieście pięćdziesiąt baniek.
– No co ty? Musiało kosztować przynajmniej trzysta tysięcy funtów.
– Żartujesz? W Ciaridge? Pół miliona.
Kątem oka dostrzegłam Rebeccę rozglądającą się gorączkowo po sali z przyklejonym uśmiechem jak zabawka na patyku. Giles nerwowo szedł za nią, z ręką w pobliżu jej talii. Ojciec Jude, sir Raiph Russell, rycząc: „Nic się nie martwcie, jestem obrzydliwie bogatym odnoszącym sukcesy biznesmenem”, ściskał dłoń Sharon ustawionej w kolejce.
– Aaa, Sarah! – wrzasnął. – Lepiej się czujesz?
– Sharon – radośnie poprawiła go Jude.
– O tak, dziękuję – powiedziała Shaz, delikatnie przykładając rękę do gardła. – To przez ten upał…
Nieomal parsknęłam śmiechem, przypominając sobie, że było tak cholernie zimno, że wszyscy nałożyli ciepłą bieliznę.
– Jesteś pewna, że to nie twój gorset za ciasno się opiął na Chardonnay, Shaz? – spytał Mark, na co ona ze śmiechem dźgnęła go palcem. Matka Jude uśmiechała się lodowato. Wyglądała chudo jak patyk w jakiejś koszmarnej inkrustowanej kreacji od Escady z dziwacznymi płetwami sterczącymi wokół bioder, które to płetwy prawdopodobnie miały stworzyć wrażenie, że te biodra w ogóle istnieją. (O, radosna podstępności, do jakiej niekiedy musimy się uciekać!)
– Giles, kochanie, nie wkładaj portfela do kieszeni w spodniach, bo wyglądasz, jakbyś miał grube uda – warknęła Rebecca.
– Wpadasz we współuzależnienie, kochanie – odparł Giles, otaczając ręką jej talię.
– Nieprawda! – powiedziała Rebecca, szorstko odepchnęła jego rękę, po czym znowu przykleiła sobie uśmiech na twarz. – Mark! – zawołała. Spojrzała na niego tak, jakby myślała, że tłum się rozstąpił, czas stanął w miejscu, a orkiestra Glena Millera zaczęła grać It Had to be You.
– O, cześć – rzucił od niechcenia Mark. – Giles, stary! Nigdy bym nie pomyślał, że cię zobaczę w kamizelce!
– Cześć, Bridget – powiedział Giles, cmokając mnie głośno. – Śliczna sukienka.
– Gdyby nie ta dziura – dodała Rebecca. Z irytacją odwróciłam wzrok i wypatrzyłam Magdę, która stała pod ścianą i z umęczoną miną obsesyjnie odgarniała z twarzy nie istniejący kosmyk włosów.
– To taki krój – wyjaśnił Mark, uśmiechając się z dumą. – Jurdyjski symbol płodności.
– Przepraszam na chwilę – powiedziałam, po czym wyciągnęłam się i szepnęłam Markowi na ucho: – Z Magdą coś się dzieje.
Magda była tak zdenerwowana, że ledwo mogła mówić.
– Przestań, kochanie, przestań – uspokajała niewyraźnie Constance, która usiłowała wepchnąć czekoladowego lizaka do kieszeni swej pistacjowej sukienki.
– Co się dzieje?
– Ta… ta… jędza, która w zeszłym roku miała romans z Jeremym. Jest tutaj! Jak on, kurwa, śmie z nią rozmawiać…
– Hej, Constance? Podobał ci się ślub? – To był Mark, który przyniósł Magdzie kieliszek szampana.
– Co? – spytała Constance, spoglądając na Marka okrągłymi oczami.
– Ślub? W kościele?
– Psięcie?
– Tak – odparł ze śmiechem. – Przyjęcie w kościele.
– Mamusia mnie wyniosła – powiedziała, patrząc na niego jak na idiotę.
– Pieprzona dziwka! – powiedziała Magda.
– Miało być psięcie – powiedziała ponuro Constance.
– Możesz ją stąd zabrać? – szepnęłam do Marka.
– Chodź, Constance, poszukamy piłki.
Ku memu zdziwieniu Constance wzięła go za rękę i radośnie za nim podreptała.
– Pieprzona dziwka. Zabiję ją, zabiję…
Podążyłam za wzrokiem Magdy do miejsca, gdzie jakaś młoda dziewczyna, ubrana cała na różowo, prowadziła ożywioną rozmowę z Jude. To była ta sama dziewczyna, którą widziałam z Jeremym w zeszłym roku w restauracji w Portobello, a potem którejś nocy koło The Ivy, jak wsiadała do taksówki.
– Po co ją Jude zapraszała? – wściekała się Magda.
– A skąd miała wiedzieć, że to ona? – odparłam, obserwując je. – Może pracują razem czy coś.
– Śluby! I ślubujesz jej wierność! O Boże, Bridge. – Magda się rozpłakała i zaczęła szukać chusteczki. – Przepraszam. Zobaczyłam, że Shaz dostrzegła sytuację kryzysową i ruszyła w naszą stronę.
– No, dziewczyny, łapcie! – Nieświadoma niczego Jude, otoczona przez zachwycone znajome jej rodziców, szykowała się do rzucenia wiązanki ślubnej. Głośno zaczęła się przedzierać w naszą stronę. – Szykuj się, Bridget.
Zobaczyłam, że bukiet jak w zwolnionym tempie leci wprost na mnie, prawie go złapałam, rzuciłam okiem na zalaną łzami twarz Magdy i cisnęłam go Shazzer, która puściła go na podłogę.
– Panie i panowie. – Kamerdyner w pumpach walnął młotkiem w kształcie cherubinka w kwiecisty pulpit z brązu. – Proszę o ciszę i powstanie. Zapraszamy gości weselnych do głównego stołu.
Kurwa! Główny stół! Gdzie moja wiązanka? Schyliłam się, podniosłam spod stóp Shazzer wiązankę Jude i z wesołym przyklejonym uśmiechem zasłoniłam nią dziurę na sukience.
– Kiedy przeprowadziliśmy się do Great Missenden, wybitny talent Jude w stylu wolnym i motylkowym… O piątej sir Raiph mówił już od dwudziestu pięciu minut.
– … stał się oczywisty nie tylko dla nas, jej zaprzysięgłych, stronniczych – podniósł wzrok na dźwięk słabej falki udawanego śmiechu – rodziców, ale i dla całego regionu South Buckinghamshire. Był to rok, w którym nie tylko zajęła pierwsze miejsce w stylu motylkowym i wolnym w trzech kolejnych zawodach w South Buckinghamshire Ligi Delfinów poniżej dwunastego roku życia, ale również zaledwie trzy tygodnie przed egzaminami na zakończenie pierwszego roku zdobyła Złoty Medal w Survivalu Indywidualnym…!
– Co się dzieje z tobą i Simonem? – syknęłam do Shaz.
– Nic – odsyknęła, patrząc wprost przed siebie na zgromadzonych.
– … w tym samym pełnym pracy roku Judith dostała wyróżnienie w egzaminach drugiego stopnia z gry na klarnecie – co było wczesną wskazówką do tego, iż w przyszłości miała zostać „Famma Universale”…
– Ale w kościele musiał cię obserwować, inaczej nie podbiegłby na czas, żeby cię złapać.
– Wiem, ale w zakrystii zwymiotowałam mu na dłoń.
– …zapalona i utalentowana pływaczka, zastępczyni przewodniczącej klasy – chociaż szczerze mówiąc, jak mi to w sekrecie wyznała pani dyrektor, wybór ten okazał się błędem, gdyż Karen Jenkins w roli przewodniczącej nie wykazała się… no, nieważne… Dzisiaj powinniśmy świętować, a nie robić sobie wymówki, a wiem, że, eee, ojciec Karen jest z nami… Pochwyciłam wzrok Marka i pomyślałam, że lada chwila wybuchnie. Jude była wzorem dystansu, uśmiechała się promiennie do wszystkich, głaskała Podłego Richarda po kolanie, co i rusz cmokała go w policzek, jakby wcale nie było całej tej koszmarnej szopki, a ona sama kiedyś nie rzucała się, kompletnie narąbana, na podłogę w moim mieszkaniu, skandując: „Pieprzony związkofob. Podły z nazwiska. Podły z natury, jess jeszsze wino?”