– Druga klamecistka w szkolnej orkiestrze, zapalona akrobatka, Judith była i jest nadal klejnotem droższym od rubinów… Wiedziałam, do czego to prowadzi. Niestety doprowadziło dopiero po kolejnych trzydziestu pięciu minutach opowieści o roku przerwy Jude, jej triumfie w Cambridge i locie jak meteoryt przez korytarze świata finansów.
– …i wreszcie pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że, eee… Wszyscy wstrzymali oddech, a sir Raiph spuścił wzrok na swoje notatki i gapił się na nie ponad wszelką miarę, ponad wszelki rozsądek, ponad wszelkie dobre obyczaje i angielskie formy towarzyskie – zbyt długo.
– Richard – powiedział wreszcie – jest niezwykle wdzięczny za ten bezcenny klejnot, którym dzisiaj został tak szczodrze obdarowany.
Richard, dość rozsądnie, przewrócił oczami, a wszyscy goście z wielką ulgą zaczęli bić brawo. Sir Raiph najwyraźniej miał zamiar odczytać kolejne czterdzieści stron, lecz miłosiernie odstąpił od tego zamiaru, gdy oklaski nie ustawały. Wówczas Podły Richard wygłosił krótką i całkiem miłą mowę, po czym odczytał kilka telegramów, które były nudne jak flaki z olejem – poza tym od Toma z San Francisco, który brzmiał, niestety, następująco: „GRATULACJE! NIECH BĘDZIE PIERWSZĄ Z WIELU”. Następnie wstała Jude. Wypowiedziała parę bardzo miłych słów podziękowania, a potem – hurra! – zaczęła czytać tekst, który we trójkę z Shaz napisałyśmy zeszłej nocy. Oto, co powiedziała. Co następuje. Hurra!
– Dzisiaj żegnam się ze swoim statusem kobiety samotnej. Ale chociaż teraz jestem mężatką, obiecuję nie być Szczęśliwą Mężatką. Przyrzekam, że nie będę torturować samotnych, pytając ich, dlaczego jeszcze nie wyszli za mąż, czy mówiąc: „Jak tam twoje życie uczuciowe?” Będę natomiast zawsze szanować ich życie prywatne, gdyż jest ono sprawą równie osobistą jak to, czy nadal uprawiam seks z mężem.
– Przyrzekam, że będzie nadal uprawiać seks z mężem – powiedział Podły Richard i wszyscy wybuchnęli śmiechem.
– Przyrzekam nigdy nie twierdzić, że samotność jest błędem, ani że jeżeli ktoś jest samotny, to znaczy, że coś z nim jest nie w porządku. Gdyż, jak wszyscy wiemy, samotność we współczesnym świecie jest stanem normalnym, wszyscy w różnych okresach w swoim życiu bywamy samotni i stan ten jest równie wartościowy jak święty stan małżeński. Rozległy się szmery pełne uznania. (Tak mi się przynajmniej wydaje).
– Przyrzekam również, że będę utrzymywać kontakt z moimi przyjaciółkami, Bridget i Sharon, które są żywym dowodem na to, że Miejska Rodzina Samotnych jest równie silnym oparciem, jak każda rodzina stworzona z osób, które łączą więzy krwi. Uśmiechnęłam się z zakłopotaniem, gdy Shazzer pod stołem dźgnęła moją stopę czubkiem buta. Jude obejrzała się na nas i uniosła kieliszek.
– A teraz chciałabym wznieść toast za Britget i Shazzer – najlepsze przyjaciółki na świecie. (To ja napisałam ten kawałek).
– Panie i panowie… druhny. Rozległy się głośne oklaski. Kocham Jude, kocham Shaz – pomyślałam, kiedy wszyscy wstali.
– Druhny! – mówili wszyscy. Cudownie było znaleźć się w centrum uwagi. Zobaczyłam, że Simon uśmiecha się promiennie do Shaz, a kiedy spojrzałam na Marka, i on się uśmiechał. Resztę pamiętam jak przez mgłę, ale przypominam sobie, że widziałam, jak Magda i Jeremy śmieją się razem w kącie. Potem ją złapałam.
– Co się dzieje?
Okazało się, że ta zdzira pracuje w firmie Jude. Jude powiedziała Magdzie, że o ile jej wiadomo, to ta dziewczyna miała dziki romans z mężczyzną, który nadal kocha swoją żonę. Mało się nie przewróciła, kiedy Magda jej powiedziała, że chodzi o Jeremy’ego, ale wszystkie zgodnie uznałyśmy, że nie powinnyśmy gnoić tej dziewczyny, bo tak naprawdę to Jeremy był emocjonalnym popaprańcem.
– Cholerny, stary dziad. No, przynajmniej dostał nauczkę. Nikt nie jest idealny, a ja naprawdę kocham tego starego gówniarza.
– Przypomnij sobie Jackie Onassis – powiedziałam z otuchą.
– No właśnie – zgodziła się Magda.
– Albo Hilary Clinton.
Popatrzyłyśmy po sobie niepewnie, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem. Najlepsze było, kiedy poszłam do łazienki. Simon migdalił się z Shazzer i wsadził rękę pod jej sukienkę! Są takie związki, że od razu wiadomo: klik – to jest to, ideał, wyjdzie im, to sprawa długoterminowa – zwykle są to związki, w które wchodzi twój były facet, z którym miałaś nadzieję jeszcze się zejść, i jakaś obca dziewczyna. Wślizgnęłam się z powrotem na salę, zanim Sharon i Simon mnie zauważyli, i uśmiechnęłam się. Dobra, stara Shaz. Zasługuje na to – pomyślałam i nagle stanęłam jak wryta. Rebecca ucapiła Marka za klapy i namiętnie coś mu klarowała. Wskoczyłam za kolumnę i zaczęłam podsłuchiwać.
– Uważasz – mówiła – uważasz, że to w porządku, by dwoje ludzi, którzy powinni być razem, którzy idealnie pasują do siebie pod każdym względem – wykształcenia, poziomu, intelektualnie i fizycznie – żeby ich rozdzieliła ostrożność, duma… – Urwała, po czym dodała ponuro chrapliwym głosem: -…wpływ innych i by wylądowali w związku z nieodpowiednimi partnerami? Uważasz tak?
– No, nie – wymruczał Mark. – Chociaż nie byłbym taki pewien, jeśli chodzi o twoją listę…
– Uważasz? Co? – Była chyba pijana.
– To się właśnie przydarzyło Bridget i mnie.
– Wiem! Wiem. Ona jest dla ciebie nieodpowiednia, kochanie, tak jak Giles jest nieodpowiedni dla mnie… Och, Mark. Związałam się z Gilesem tylko po to, żebyś zrozumiał, co do mnie czujesz. Może postąpiłam źle, ale… oni nie są na naszym poziomie!
– Yyy…
– Wiem, wiem. Czujesz się uwięziony. Ale to twoje życie! Nie możesz go przeżyć z kimś, kto myśli, że Rimbaud to postać, którą grał Sylvester Stallone, potrzebujesz stymulacji, potrzebujesz…
– Rebecco – powiedział cicho Mark. – Ja potrzebuję Bridget.
Na te słowa Rebecca wydała z siebie jakiś przerażający odgłos – coś pomiędzy pijanym jękiem a gniewnym rykiem. Z wrodzoną sobie delikatnością postanowiłam nie dopuścić do siebie płytkiego uczucia triumfu ani pychy, mało duchowej radości, że ta dwulicowa snobka na pajęczych nóżkach z Bogoffland wreszcie dostała za swoje, więc wycofałam się, z uciechą szczerząc zęby. Oparłam się o kolumnę przy parkiecie do tańca i patrzyłam, jak Magda i Jeremy z zamkniętymi oczami i przepełnieni spokojem tulą się do siebie, ich ciała poruszają się w tańcu z dziesięcioletnią praktyką, głowa Magdy spoczywa na ramieniu Jeremy’ ego, a jego dłoń leniwie wędruje po jej pupie. Coś jej szepnął, a ona roześmiała się, nie otwierając oczu. Poczułam czyjąś dłoń w talii. To był Mark, który też przyglądał się Magdzie i Jeremy’emu.
– Zatańczymy? – spytał.
Rozdział piętnasty
58,5 kg (niestety, wygląda na to, że waga sama odnajduje swój poziom), wysłane świąteczne kartki O, zakupione prezenty O, postępy w łataniu dziury od chwili jej powstania: jeden świąteczny badylek.
18.30.
Wszystko pięknie. Zazwyczaj na tydzień przed Bożym Narodzeniem mam kaca i popadam w histerię, jestem wściekła na samą siebie za to, że nie uciekłam do chatki zaszytej głęboko w lesie, gdzie mogłabym sobie spokojnie siedzieć przy ogniu, zamiast budzić się w ogromnym, pulsującym, coraz bardziej rozhisteryzowanym mieście, którego mieszkańcy gryzą palce na myśl o terminach pracy / wysyłania kartek / kupowania prezentów i tłoczą się jak sardynki w puszce na doszczętnie zakorkowanych ulicach, ryczą jak niedźwiedzie na świeżo upieczonych taksówkarzy, usiłujących zlokalizować plac Soho za pomocą mapy centrum Addis Abeby, a potem jadą na przyjęcia, gdzie zastają tę samą grupę ludzi, których widzieli przez ostatnie trzy wieczory pod rząd, tylko że teraz trzy razy bardziej pijanych i skacowanych, i mają ochotę wrzasnąć: „SPIERDALAĆ WSZYSCY’.”, i wrócić do domu. Postawa taka jest jednocześnie negatywna i zła. W końcu znalazłam sposób na spokojne, czyste i dobre życie, prawie wcale nie palę i tylko raz odrobinkę się wstawiłam na weselu Jude. Nawet ten pijany facet na imprezie w piątek nie zachwiał mojej równowagi, kiedy nazwał mnie i Sharon „łatwymi dziwkami z mediów”. Poza tym dostałam dziś fantastyczną pocztę, w tym pocztówkę od mamy i taty z Kenii, gdzie piszą, że tata fantastycznie się bawi, jeżdżąc na motorze wodnym Wellingtona, a raz nawet tańczył limbo z Masajką, i że mają nadzieję, że Mark i ja w Boże Narodzenie nie będziemy się czuli zbyt samotni bez nich. Był jeszcze dopisek od taty: „Nie mamy żadnych bliźniaków, tylko jedno wielkie łoże, które ma prawie dwa metry szerokości i nieźle się sprawdza przy rikitikitak! Hakuna Matata”. Hurra! Wszyscy są szczęśliwi i spokojni. Na przykład dziś wieczorem zamierzam napisać kartki świąteczne nie z niechęcią, lecz z radością! – gdyż, jak piszą w książce Buddyzm. Dramat zamożnego mnicha, sekretem duchowego szczęścia jest mycie naczyń nie po, by naczynia były czyste, ale dla samego mycia naczyń. Dokładnie tak samo postąpię ze świątecznymi kartkami.