W odsłoniętym oknie świecił księżyc i było całkiem Jasno, jak w dzień. Patrzyłem na twarz mamy i myślałem, jaka ona piękna i młoda. Pocałowałem ją w rękę pachnącą czymś bardzo przyjemnym i smutnym.
— Mamo — spytałem — dlaczego zapachy są smutne i wesołe?
— Nie wiem, kochanie — odrzekła — nigdy jakoś nie zdarzyło mi się nad tym zastanawiać. Każdy zapach, być może, budzi w nas po prostu jakieś wspomnienia, smutne lub wesołe.
— Być może — potwierdziłem.
Było mi bardzo dobrze. Myślałem o przeżytym dniu, najlepszym dniu w moim życiu, i o tym, że przede mną jeszcze osiemdziesiąt dziewięć takich dni.
— Och, mamo — westchnąłem — jak niezwykłą rzeczą jest życie i jak nie chce się umierać!
— Co, wróbelku? — rzekła. — Ty mówisz o śmierci? Przed tobą takie długie życie.
Było mi jej bardzo żal. Kiedyś jeszcze na „Albatrosie” słyszałem w nocy, jak rozmawiali z tatą o tej okropnej chorobie, którą tata zaraził się w kosmosie, o tym, że nam wszystkim pozostały najwyżej trzy miesiące życia, jeżeli w tym czasie nie znajdzie się sposób jej leczenia. Przecież dlatego załoga „Albatrosa” ubrana była w skafandry, my zaś w ogóle nie wychodziliśmy z kajuty, i w oceanie się nam kąpać nie wolno, bo ta choroba pewnie jest zakaźna.
I mimo to pomyślałem, że gdy ludzie tak się kochają wzajemnie, trzeba zawsze mówić prawdę.
— Mam — powiedziałem. — Przecież jeśli nawet nie znajdą sposobu leczenia tej choroby…
— Znajdą — szepnęła mama. — Muszą znaleźć. Możesz być tego pewien.
Arkady Strugacki i Borys Strugacki
O WĘDROWCACH I PODRÓŻNIKACH
Na tej głębokości woda nie była bardzo zimna, ale mimo to zmarzłem. Siedziałem na dnie pod skalnym nawisem i od godziny ostrożnie rozglądałem się na wszystkie strony wpatrując się w zielonkawy, mętny mrok. Trzeba było siedzieć nieruchomo, gdyż siedmiornice są niezwykle czujne, można je spłoszyć każdym gwałtowniejszym ruchem lub najsłabszym dźwiękiem, a wtedy uciekną i wrócą dopiero w nocy. A w nocy lepiej z nimi nie zaczynać.
Pod moimi nogami wił się węgorz, a przed samym nosem chyba z dziesięć razy przepływał godnie tam i z powrotem pręgowany okoń. I za każdym razem zatrzymywał się i wybałuszał na mnie swoje bezmyślne okrągłe oczy. Wystarczyło, żeby odpłynął, i pojawiało się stadko srebrzystego rybiego drobiazgu, który urządzał sobie pastwisko tuż nad moją głową. Kolana i ramiona miałem zupełnie zdrętwiałe z zimna i obawiałem się, że Maszka nie mogąc się już doczekać skoczy — do wody, aby mnie szukać i ratować. Tak plastycznie wyobraziłem sobie, jak ona tam siedzi samotnie nad, samym brzegiem i czeka, i boi się o mnie, i chce nurkować, że postanowiłem wypłynąć. Ale właśnie w tym momencie z zarośli oddalonych ode mnie o jakieś dwadzieścia kroków wypłynęła siedmiornica.
Był to spory okaz. Szary, okrągły tułów ukazał się nagłe i bezdźwięcznie jak widmo. Białawy worek miękko i jakoś leniwie pulsował wciągając i wyrzucając wodę, i z lekka kołysał się z boku na bok. Końce podkurczonych macek, podobne do strzępów dużej szmaty, ciągnęły się za nią i matowo błyszczała w ciemności szczelina na pół otwartego oka. Płynęła powoli, jak zwykle w czasie dnia, w dziwnym osłupieniu, nie wiadomo dokąd i nie wiadomo po co. Prawdopodobnie kierowały nią najbardziej prymitywne i niejasne impulsy, te same, które kierują ruchami ameby.
Powoli uniosłem lufę strzelby celując w rozdęty na plecach worek. Srebrzysty rybi drobiazg nagle rzucił się do ucieczki i znikł, i wydało mi się, że powieka nad wielkim szklistym okiem drgnęła. Nacisnąłem spust i natychmiast odbiłem się od dna, aby uniknąć gryzącej sepii. Kiedy po chwili spojrzałem w tamtą stronę, siedmiornicy już nie było i tylko gęsty, niebieskawoczarny obłok rozpościerał się w wodzie zasłaniając dno. Wypłynąłem na powierzchnię i skierowałem się do brzegu.
Dzień był upalny i pogodny, nad wodą parowała błękitna mgiełka, niebo było czyste i białe i tylko nad lasem wznosiły się jak wieżyce zamku nieruchome niebieskawe chmury.
Na trawie przed naszym namiotem siedział nieznajomy człowiek w kolorowych kąpielówkach i z opaską na czole. Był opalony i nie tyle muskularny co jakoś nieprawdopodobnie żylasty, jakby opleciony linami pod skórą. Widać było od razu, że jest ogromnie silny. Naprzeciwko niego stała moja Maszka w granatowym kostiumie kąpielowym — czarna, długonoga, z szopą wypłowiałych od słońca włosów nad szczupłymi ramionami. Nie, wcale nie oczekiwała z niepokojem swojego papy — ale z ożywieniem opowiadała coś temu żylastemu facetowi wymachując przy tym rękami. Poczułem się nieco urażony, że nawet nie zauważyła mojego powrotu. Ale facet zauważył. Szybko zwrócił głowę w moją stronę i uśmiechając się pomachał ręką. Maszka odwróciła się i z radością zawołała:
— A, jesteś!
Wyszedłem z wody, zdjąłem maskę i wytarłem twarz. Facet przyglądał mi się z uśmiechem.
— Ile naznaczyłeś? — spytała Maszka rzeczowo.
— Jedną. — Powiedziałem z trudem, bo kurcz ściskał mi szczęki.
— Ech, ty! — powiedziała Maszka.
Z jej pomocą zdjąłem aparat tlenowy i wyciągnąłem się na trawie.
— Wczoraj naznaczył dwie — wyjaśniła Maszka. — Przedwczoraj cztery. Jak tak dalej pójdzie, lepiej od razu przenieść się nad inne jezioro. Chwyciła ręczniki zaczęła rozcierać mi plecy. — Wyglądasz teraz jak mrożona gęś — oświadczyła. — A to jest Leonid Andriejewicz Gorbowski. Jest astroarcheologiem. A to mój tato. Nazywa się Stanisław Iwanowicz.
Żylasty Leonid Andriejewicz skłonił głowę z uśmiechem.
— Zmarzł pan? — spytał. — A tutaj tak dobrze-słońce, trawka…
— Zaraz dojdzie do siebie — powiedziała Maszka, nacierając mnie z całej siły. — W ogóle to on jest wesoły, tylko zmarzł diabelnie…
Widać było, że naopowiadała tutaj o mnie niestworzonych rzeczy i teraz ze wszystkich sił stara się ratować moją reputację. Niech sobie ratuje. Ja nie miałem na to czasu — zajęty byłem szczękaniem zębami.
— Niepokoiliśmy się tu o pana — powiedział Gorbowski. — Chcieliśmy nawet pana szukać, ale ja nie umiem nurkować. Panu na pewno trudno sobie nawet wyobrazić człowieka, który nigdy nie musiał nurkować przy pracy… — Gorbowski osunął się na plecy, przekręcił na bok i podparł ręką. — Jutro odlatuję — zwierzył się nam. — Po prostu nie wiem, kiedy znów będę miał okazję polezeć na trawie nad jeziorem i ponurkować z aparatem tlenowym.
— Niech pan korzysta — zaproponowałem. Uważnie popatrzył na aparat i dotknął go.
— Z chęcią — powiedział i położył się na wznak. Założył ręce pod głowę i patrzył na mnie mrugając z wolna rzadkimi rzęsami. Było w nim coś nieodparcie sympatycznego. Trudno nawet określić co. Może oczy — ufne i trochę smutne. A może to, że ucho jakoś tak śmiesznie odstawało mu spod przepaski. Napatrzywszy się na mnie przeniósł wzrok na błękitną ważkę, kołyszącą się na źdźble trawy. Wysuwając wargi zaczął do niej czule szeptać: — Ważko… ważeczko… błękitna rusałko jeziorna… ślicznotko… Siedzi sobie grzeczniutko i patrzy, kogo by tu zeżreć… — Wyciągnął rękę, ale ważka zerwała się z trawki i zakreślając parabolę pomknęła w stronę trzcin. Odprowadził ją wzrokiem i położył się z powrotem. — Jakie to wszystko skomplikowane, przyjaciele — powiedział, i Maszka natychmiast usiadła wpatrując się w niego okrągłymi oczami… — Ona jest doskonała, piękna i ze wszystkiego zadowolona. Zjeść muchę, rozmnożyć się, a później umrzeć. Prosto, elegancko i racjonalnie. Żadnych rozterek duchowych, cierpień miłosnych, samoanalizy, szukania sensu istnienia…