Выбрать главу

— A jeśli nie dam?

— Marquard, nasz czarodziej, zginął na Thanedd, nie mamy tu teraz magika, który mógłby wziąć cię pod kontrolę. Ale wiedz, że będziesz pod bezustanną obserwacją najlepszych łuczników Skellige. Jeśli choćby ręką ruszysz w podejrzany sposób, zostaniesz zastrzelona.

— Jasne — kiwnęła głową. - Daję więc słowo.

— Doskonale. Dziękuję. Żegnaj, Yennefer. Nie będę cię jutro odprowadzał.

— Crach.

Odwrócił się na pięcie.

— Słucham.

— Nie mam najmniejszego zamiaru wsiadać na statek płynący do Novigradu. Nie mam czasu, by udowadniać Dijkstrze, że jestem niewinna. Nie mogę ryzykować, że już spreparowano dowody mojej winy. Nie mogę ryzykować, że krótko po aresztowaniu umrę na nagły wylew krwi do mózgu lub w jakiś spektakularny sposób popełnię w celi samobójstwo. Nie mogę tracić czasu i podejmować takiego ryzyka. Nie mogę też wyjaśniać ci, dlaczego to dla mnie tak ryzykowne. Nie popłynę do Novigradu.

Patrzył na nią długo.

— Nie popłyniesz — powtórzył. - Cóż takiego pozwala ci tak mniemać? Czyżby to, że niegdyś łączyły nas miłosne uniesienia? Nie licz na to, Yennefer. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr.

— Wiem i nie liczę. Nie popłynę do Novigradu, jarlu, dlatego, że mi pilno wyruszyć na pomoc osobie, której poprzysięgłam, że nigdy nie zostawię jej samej i bez pomocy. A ty, Crachu an Craite, jarlu Skellige, dopomożesz mi w moim przedsięwzięciu. Bo i ty złożyłeś podobną przysięgę. Dziesięć lat temu. Dokładnie tu, gdzie stoimy, na tym nabrzeżu. Tej samej osobie. Ciri, wnuczce Calanthe. Lwiątku z Cintry. Ja, Yennefer z Vengerbergu, uważam Ciri za mą córkę. Dlatego w jej imieniu żądam, byś dotrzymał twojej przysięgi. Dotrzymaj jej, Crachu an Craite, jarlu Skellige.

*****

— Naprawdę? - jeszcze raz upewnił się Crach an Craite. - Nawet nie skosztujesz? Żadnego z tych przysmaków?

— Naprawdę.

Jarl nie nalegał, sam zdjął z półmiska homara, położył go na desce i rozłupał wzdłuż potężnym, acz precyzyjnie celnym uderzeniem tasaka. Pokropiwszy obficie cytryną i sosem czosnkowym, zaczął wyjadać mięso ze skorupy. Palcami.

Yennefer jadła dystyngowanie, srebrnym nożem i widelcem — a jadła barani kotlet ze szpinakiem, specjalnie dla niej przygotowany przez zdumionego i chyba lekko urażonego kucharza. Czarodziejka nie chciała bowiem ani ostryg, ani muli, ani marynowanego we własnym soku łososia, ani zupy z trigli i muszli sercówek, ani duszonego ogona żaby morskiej, ani pieczonego włócznika, ani smażonej mureny, ani ośmiornic, ani krabów, ani homarów, ani jeżowców. Ani — zwłaszcza — świeżych wodorostów.

Wszystko, co choćby ulotnie pachniało morzem, kojarzyło się jej z Fringillą Vigo i Filippą Ellhart, z wariacko ryzykowną teleportacją, upadkiem w fale, łykaną morską wodą, zarzuconą na nią siecią — do której, nawiasem mówiąc, przyczepione były glony i algi wypisz wymaluj takie, jak te na półmisku. Glony i algi, miażdżone na jej głowie i ramionach paraliżująco bolesnymi uderzeniami sosnowego wiosła.

— Tak więc — wznowił konwersację Crach, wysysając mięso z przełamywanych między stawami odnóży homara — postanowiłem dać ci wiarę, Yennefer. Nie robię tego jednak dla ciebie, wiedz o tym. Bloedgeas, przysięga krwi, jaką złożyłem Calanthe, faktycznie wiąże mi ręce. Jeśli więc prawdziwy i szczery jest, a zakładam, że taki jest, twój zamiar niesienia pomocy Ciri, nie mam wyjścia: muszę dopomóc ci w tym zamiarze…

— Dziękuję. Ale wyzbądź się, proszę, tego patetycznego tonu. Powtarzam: nie brałam udziału w spisku na Thanedd. Uwierz mi.

— Czy aż tak ważne jest — żachnął się — w co ja uwierzę? Należałoby zacząć raczej od królów, od Dijkstry, którego agenci tropią cię wzdłuż i wszerz świata. Od Filippy Eilhart i wiernych królom czarodziejów. Przed którymi, jak sama wyznałaś, zbiegłaś tu, na Skellige. To im należało przedstawić dowody…

— Nie mam dowodów — przerwała, ze złością dziobiąc widelcem brukselkę, którą urażony kucharz przyrządził do baraniego kotleta. - A gdybym miała, nie pozwolono by mi ich przedstawić. Nie mogę ci tego wyjaśnić, obowiązuje mnie nakaz milczenia. Uwierz mi jednak na słowo, Crach. Proszę cię.

— Powiedziałem…

— Powiedziałeś — przerwała. - Zadeklarowałeś pomoc. Dziękuję. Ale wciąż nie wierzysz w moją niewinność. Uwierz.

Crach odrzucił wyssane skorupy homara, podsunął sobie miskę muli. Grzebał, grzechocząc, wybierał co większe.

— Zgoda — powiedział wreszcie, wycierając ręce w obrus. - Wierzę. Bo chcę wierzyć. Ale azylu i schronienia ci nie udzielę. Nie mogę. Ty możesz jednak opuścić Skellige kiedy zechcesz i udać się dokąd zechcesz. Sugerowałbym pośpiech. Przybyłaś tu, że się tak wyrażę, na skrzydłach magii. Inni mogą przybyć twoim śladem. Też znają zaklęcia.

— Ja nie szukam azylu ani bezpiecznej kryjówki, jarlu. Ja muszę iść na ratunek Ciri.

— Ciri — powtórzy}, zamyślony. - Lwiątko… Dziwne to było dziecko.

— Było?

— Och — żachnął się znowu. - Źle się wyraziłem. Było, bo już nie jest dzieckiem. To miałem na myśli. Tylko to. Cirilla, Lwiątko z Cintry… Spędzała na Skellige lata i zimy. Nieraz narozrabiała, że ho-ho! Diablątko to było, nie Lwiątko… Psiakrew, już drugi raz powiedziałem "było"… Yennefer, różne plotki docierają tu z lądu… Jedni mówią, że Ciri jest w Nilfgaardzie…

— Nie ma jej w Nilfgaardzie.

— Drudzy mówią, że dziewczyna nie żyje. Yennefer milczała, gryząc wargi.

— Ale tej drugiej plotce — powiedział twardo jarl — zaprzeczę ja. Ciri żyje. Jestem tego pewien. Nie było żadnych znaków… Ona żyje!

Yennefer uniosła brwi. Ale pytania nie zadała. Milczeli długo, wsłuchani w ryk fal grzmocących w skały Ard Skellig.

— Yennefer — powiedział po chwili milczenia Crach. - Dotarły z kontynentu inne jeszcze wieści. Wiadomo mi, że twój Wiedźmin, który po drace na Thanedd ukrywał się w Brokilonie, wyruszył stamtąd z zamiarem dotarcia do Nilfgaardu i wyzwolenia Ciri.

— Powtarzam, Ciri nie ma w Nilfgaardzie. Co zamierza mój, jak to zechciałeś określić, Wiedźmin, nie wiem. Ale on… Crach, nie jest tajemnicą, że ja go… darzę sympatią. Ale wiem, że on Ciri nie uratuje, nie osiągnie niczego. Ja go znam. On zaplącze się, zagubi, zacznie filozofować i użalać się nad sobą. Potem wyładuje gniew, rąbiąc mieczem co i kogo popadło. Potem, w ramach ekspiacji, dokona jakiegoś szlachetnego, acz bezsensownego wyczynu. W końcu zaś pewnie zostanie zabity, głupio, bezsensownie, zapewne ciosem w plecy…

— Mówią — wtrącił prędko Crach, przestraszony złowrogo zmieniającym się, dziwnie dygoczącym głosem czarodziejki. - Mówią, że Ciri jest mu przeznaczona. Sam widziałem, wtedy, w Cintrze, podczas zaręczyn Pavetty…

— Przeznaczenie — przerwała ostro Yennefer — może być bardzo różnie interpretowane. Bardzo różnie. Szkoda zresztą czasu na dywagacje. Powtarzam, nie wiem, co Geralt zamierza i czy cokolwiek zamierza. Mam zamiar wziąć się do dzieła sama. Moimi metodami. I aktywnie, Crach, aktywnie. Ja nie zwykłam siedzieć i płakać, chwyciwszy się oburącz za głowę. Ja działam!

Jarl uniósł brwi, ale nic nie powiedział.

— Będę działać — powtórzyła czarodziejka. - Już obmyśliłam plan. A ty, Crach, dopomożesz mi w tym, zgodnie z przysięgą, którą złożyłeś.

— Jestem gotów — oświadczył twardo. - Na wszystko. Drakkary stoją w porcie. Rozkazuj, Yennefer.

Nie wytrzymała, by nie parsknąć śmiechem.

— Zawsze taki sam. Nie, Crach, żadnych dowodów męstwa i męskości. Nie trzeba będzie płynąć do Nilfgaardu i walić toporem we wrzeciądze Miasta o Złotych Wieżach. Potrzebna mi pomoc mniej spektakularna. Ale bardziej konkretna… Jak tam u ciebie ze stanem skarbca?

— Słucham?

— Jarlu Crachu an Craite. Pomoc, której potrzebuję, jest przeliczalna na walutę.

*****

Zaczęło się nazajutrz, od świtu. W oddanych do dyspozycji Yennefer komnatach zapanował szaleńczy rozgardiasz, nad którym z najwyższym trudem panował przydzielony czarodziejce seneszal Guthlaf.

Yennefer siedziała za stołem, prawie nie unosząc głowy znad papierów. Liczyła, sumowała kolumny, sporządzała rachunki, z którymi natychmiast pędzono do skarbca i wyspiarskiej filii banku Cianfanellich. Rysowała i kreśliła, a rysunki i wykresy natychmiast trafiały do rąk rzemieślników — alchemików, złotników, szklarzy, jubilerów.

Jakiś czas wszystko szło sprawnie, potem zaczęły się kłopoty.

*****

— Przykro mi, mościa czarodziejko — wycedził seneszal Chithlaf. - Ale jeśli nie ma, to nie ma. Daliśmy wam wszystko, co mieliśmy. Cudów i czarów robić nie umiemy! A pozwolę sobie zauważyć, że to, co leży przed wami, to są diamenty o łącznej wartości…

— Co mi po ich łącznej wartości? — parsknęła. - Ja potrzebuję jednego, ale odpowiednio dużego. Jak dużego, mistrzu?

Szlifierz kamieni jeszcze raz popatrzył na rysunek.

- Żeby wykonać taki szlif i takie fasetki? Minimum trzydzieści karatów.

— Takiego kamienia — stwierdził kategorycznie Guthlaf — nie ma na całym Skellige.

— Nieprawda — zaprzeczył jubiler. - Jest.

*****

— Jak ty sobie to wyobrażasz, Yennefer? — zmarszczył brwi Grach an Craite. - Mam wysłać zbrojnych, by wzięli szturmem i ograbili tę świątynię? Mam zagrozić kapłankom moim gniewem, jeśli nie wydadzą brylantu? To nie wchodzi w grę. Nie jestem specjalnie religijny, ale świątynia to świątynia, a kapłanki to kapłanki. Mogę je tylko grzecznie poprosić. Dać do zrozumienia, jak bardzo mi zależy i jak wielka będzie moja wdzięczność. Ale to zawsze będzie tylko prośba. Uniżona suplika.