— Tak dobrze zaczynało nam się rozmawiać! Czemu musiałeś mnie dotykać?
— Sama sobie odpowiedziałaś. Nie wiedziałem. Po prostu nie rozumiałem. Byliśmy razem, blisko — czułem, jak coraz bardziej na mnie działasz — dla mnie to było naturalne zacząć cię pieścić.
— Czy to, że chciałeś mnie zgwałcić, mimo że się broniłam, też było naturalne?
— Jednak w porę przestałem, nie zaprzeczysz. Artha śmieje się gorzko.
— Powiedzmy. Jeśli to się nazywa „w porę”.
— Naprawdę niełatwo było mi pojąć twój opór, Artha. Myślałem, że się tylko droczysz. Z początku nie zdawałem sobie sprawy, że bronisz się całkiem na serio.
Podnosi na nią wzrok. W jej oczach mieszają się smutek i niechęć.
— Po prostu nie zrozumieliśmy się, Artha. Postarajmy się zapomnieć te pół godziny. Spróbujmy zacząć wszystko jeszcze raz.
— Nie zapomnę, jak mnie dotykałeś. Ani jak chciałeś mnie siłą rozebrać.
— Nie gniewaj się. Spróbuj spojrzeć na to od mojej strony. Dzieli nas kulturowa przepaść. Naszym postępowaniem rządzą całkiem inne uwarunkowania. Ja…
Artha kręci wolno głową. Koniec nadziei na przebaczenie.
— Artha…
Kobieta wychodzi. Michael zostaje sam w zapadającym zmroku. Jakąś godzinę później dostaje kolację. Zapada noc. Je obojętnie to, co mu przynieśli, pławiąc się w goryczy. Pali go wstyd. Mimo to nadal przekonuje się, że to nie była do końca jego wina. Po prostu zderzenie dwu nie dających się pogodzić kultur. Zareagował naturalnie. Zgodnie ze swoim wychowaniem. Ale i tak jest mu przeraźliwie smutno. Byli ze sobą tak blisko, nim to się stało. Tak bardzo blisko.
Do zachodu słońca zostało jeszcze parę godzin; wieśniacy właśnie układają na placu nowe ognisko. Michael patrzy ponuro. Oczywiście poszła do starszyzny osady powiedzieć im, że na nią napadł. Taka zniewaga: pewnie współczują jej i przyrzekają pomścić. Teraz już na pewno złożą go w ofierze swojemu bogu. To będzie jego ostatnia noc. Tu skończy się całe to szalone przedsięwzięcie i życie. Nie będzie nikogo, żeby spełnić ostatnie życzenie Michaela. Umrze nędznie, brudny, obdarty. Daleko od domu. Taki młody. Miotany tyloma nie spełnionymi pragnieniami. Nigdy nie zobaczy morza.
A co to ma znaczyć? Ogromna, wysoka na pięć metrów maszyna rolnicza podjeżdża blisko ognia: osiem długich, zginających się ramion, sześć odnóży o wielu stawach i wielka paszcza. Chyba jakaś żniwiarka. Polerowany, brązowo-metaliczny pancerz odbija blask czerwonych języków płomieni. Wygląda jak jakiś bożek. Moloch. Baal. Michael wyobraża sobie, jak te wielgachne szpony łapią go i unoszą wysoko w powietrze. Jego głowa jest coraz bliżej stalowej paszczęki. Wieśniacy podrygują dokoła w rytmicznym, oszalałym tańcu. Gruba, poturbowana Milcha śpiewa ekstatycznie, podczas gdy on zmierza ku zagładzie. Lodowato zimna Artha napawa się swoim triumfem. Jego śmierć przywróci jej cześć, którą zbrukał. Kapłani zawodzą monotonnie. Proszę, nie. A może się myli? Wczoraj wieczorem, podczas obrzędu niepłodności, też myślał, że ciężarną kobietę spotyka jakaś kara, a okazało się, że to wyróżnienie. To tylko ta maszyna — wygląda tak złowrogo. Tak morderczo!
Plac wypełnił się już farmerami. Zbliża się uroczystość.
Słuchaj, Artha, to było nieporozumienie. Myślałem, że też mnie pragniesz i postąpiłem zgodnie z obyczajami mojego świata, rozumiesz? Dla nas seks to prosta i nieskomplikowana czynność, jak wymiana uśmiechów albo uścisk dłoni. Ludzie, którzy są obok siebie i czują wzajemny pociąg, po prostu to robią, bo — dlaczego nie? Chciałem tylko dać ci rozkosz, przysięgam. Przecież tak dobrze zaczynało układać się między nami. Uwierz mi.
Biją w bębny. Słychać okropne, piskliwe tony rozstrojonych dmuchanych instrumentów. Zaczyna się orgiastyczny pląs. Szczęść boże, nie chcę umierać! Są kapłani i kapłanki w swoich koszmarnych maskach. Nie ma wątpliwości — uroczystość z całą pompą. Dzisiaj ja jestem gwoździem programu.
Mija godzina; atmosfera na placu robi się coraz bardziej gorączkowa, ale jakoś nikt po niego nie przychodzi. Znów się pomylił? Czyżby dzisiejszy rytuał dotyczył go równie mało co wczorajszy?
Jakiś odgłos za drzwiami. Słychać szczęk zamka i drzwi otwierają się. Z pewnością kapłani, którzy przyszli go zabrać. No więc… chyba zbliża się koniec. Michael zbiera się w sobie, mając nadzieję, że nie będzie bolało. Zginąć dla jakiejś metafory, zostać mistycznym spoiwem mającym symbolicznie przypieczętować związek osady z miastowcem — co za surrealistyczny, nieprawdopodobny los. Niewiarygodne, że coś takiego już za chwilę przypadnie mu w udziale.
Do celi wchodzi Artha.
Szybko zamyka za sobą drzwi i opiera się o nie plecami. Pomieszczenie rozświetla tylko wpadający smugą przez okno blask ogniska; Michael widzi twarz Arthy, surową i napiętą, tym razem przyszła uzbrojona. Woli nie ryzykować.
— Artha! Ja…
— Cicho. Mów szeptem, jeśli ci życie miłe.
— Co oni tam robią?
— Przygotowują boga żniw.
— Dla mnie?
— Dla ciebie. Michael kiwa głową.
— No tak, jak przypuszczam, powiedziałaś im, że próbowałem cię zgwałcić. Teraz poniosę karę. Zgoda. W porządku. Trochę to niesprawiedliwe, ale kogo obchodzi sprawiedliwość?
— Nic im nie powiedziałam — odzywa się Artha. — Sami tak postanowili o zachodzie słońca. Nie miałam na to żadnego wpływu.
Wygląda na to, że mówi szczerze. Michael zastanawia się, niezdecydowany.
— O północy przyjdą zabrać cię przed oblicze boga — mówi dalej Artha. — Tymczasem modlą się, by zechciał przyjąć ofiarę. To trochę potrwa.
Przechodzi obok niego ostrożnie, jakby w obawie, że znów się na nią rzuci, i wygląda przez okno. Odwraca się, skinąwszy głową na potwierdzenie własnych słów.
— Znakomicie. Teraz nikt nie zauważy. Chodź ze mną, ale nie odzywaj się, cokolwiek by się nie działo. Jeśli zobaczą nas razem, będę musiała cię zabić i powiedzieć, że próbowałeś uciec. Inaczej ja też zapłaciłabym głową. No chodź już.
— Ale dokąd?
— Chodź! — ponagla go gwałtownym i zniecierpliwionym szeptem.
Wychodzą z celi. Zamyślony Michael podąża za nią przez labirynt przejść — mija przejmująco wilgotne i zimne podziemne komory, przeciska się korytarzami tak wąskimi, że ledwo mieści się w nich człowiek, aby w końcu wychynąć na tyłach budynku. Dygocze od chłodu nocnego powietrza. Od strony placu wciąż dolatują dźwięki muzyki i śpiewu. Artha pokazuje mu, żeby zaczekał; podbiega kawałek i, rozejrzawszy się na wszystkie strony, przywołuje go gestem. Michael biegnie za nią. Szybkimi, ostrożnymi zrywami przedostają się na skraj osady. Michael ogląda się za siebie; niczym obrazy na ekranie widać stąd ognisko, bożka i małe, tańczące wokół, figurki ludzi. Przed nim ciągną się pola. W górze srebrzy się sierp księżyca i błyszczą rozsypane po niebie gwiazdy. Nagły odgłos. Artha szarpie go mocno i pociąga na ziemię, za kępę krzaków. Przywierają do siebie; koniuszki jej piersi napierają na niego niczym ostrza płomieni. Nie śmie poruszyć się ani odezwać. Ktoś ich mija: może to wartownik? Szerokie bary, gruby kark. Znika w ciemności. Artha drży; nadal trzyma go za nadgarstki, nie pozwalając się podnieść. Wreszcie wstają. Skinięcie głową: nieme potwierdzenie, że droga wolna. Prowadzi go przez pole, między kwitnącymi rzędami wysokich, liściastych roślin. Idą tak może dziesięć minut, oddalając się od wioski, aż Michaelowi, nieprzyzwyczajonemu do fizycznego wysiłku, zaczyna brakować tchu. Kiedy przystają, ognisko jest już tylko plamką na dalekim horyzoncie, a śpiew ginie, przygłuszony brzęczeniem owadów.