Выбрать главу

Patrzył czujnie na drewnianą podłogę, w nadziei, że znajdzie zejście do schowka pod stodołą. Bezskutecznie. Z tyłu znajdowało się małe pomieszczenie na narzędzia ogrodnicze, jednak tam również nie było się gdzie schować. Już miał zamiar poddać się, gdy zauważył drewnianą skrzynię wielkości trumny. Doskoczył do niej i uniósł wieko. Wewnątrz śmierdziały niemiłosiernie worki po nawozach.

Jack zastygł w bezruchu. Usłyszał z zewnątrz męski głos.

– Tak, człowieku, gdzieś tu. Ślady na trawie są wyraźne.

Nie mając wyboru, wyrzucił worki, wsunął się do skrzyni i przymknął wieko. Choć drżał ze strachu i przejmującego zimna, spocił się. Łapał powietrze krótkimi, płytkimi oddechami. Starał się być cicho. Jeżeli kryjówka miała się sprawdzić, musiał być cicho.

Drzwi do stodoły otworzyły się ze znanym mu już charakterystycznym zgrzytem. Usłyszał głosy. Na drewnianej podłodze zaskrzypiały kroki. Doszedł go łoskot przewróconego przedmiotu i przekleństwa. I znowu jakiś trzask.

– Odbezpieczyłeś pistolet? – zapytał jakiś ochrypły głos.

– Myślisz, że zgłupiałem? – odparł inny.

Jack usłyszał zbliżające się kroki. Wstrzymał oddech, starał się nie drżeć i siłą powstrzymywał kaszel. Cisza. Kroki oddaliły się. Jack pozwolił sobie wypuścić powietrze.

– Ktoś tam jest! Na pewno! – powiedział głos.

– Zamknij się i obserwuj – nakazał drugi.

Bez ostrzeżenia wieko skrzyni odleciało. Stało się to tak niespodziewanie, że Jack był kompletnie zdezorientowany. Wydał niekontrolowany, stłumiony okrzyk. Czarny mężczyzna zrobił to samo i natychmiast zatrzasnął wieko skrzyni. Po sekundzie znowu je otwarto. W wolnej ręce mężczyzny Jack dostrzegł pistolet automatyczny. Na głowie miał dziergany na drutach beret.

Jack i czarny chłopak przez moment patrzyli sobie prosto w oczy, wreszcie napastnik zawołał do swojego partnera.

– Doktor jest w pudełku. Cały.

Jack bał się poruszyć. Słyszał zbliżające się kroki. Był przygotowany na triumfujący uśmiech Twina. Oczekiwania nie ziściły się jednak. Kiedy spojrzał w górę, nie ujrzał twarzy Twina. Spoglądał na niego Warren.

– Cholera, doktorze. Wyglądasz, jakbyś sam jeden wygrał wojnę w Wietnamie – zaczął Warren.

Jack przełknął ślinę. Spojrzał na drugiego z mężczyzn i dopiero teraz rozpoznał w nim jednego z graczy z boiska. Znów patrzył na Warrena. Był zaskoczony, bał się, że to halucynacje.

– Dalej, doktorze – powiedział Warren, wyciągając do Jacka rękę. – Wyłaź z tej skrzynki, to zobaczymy, czy reszta jest w równie kiepskim stanie jak gęba.

Jack pozwolił sobie pomóc w wyjściu z ukrycia. Stanął na podłodze. Był cały mokry.

– Reszta wygląda na sprawną. Ale nie pachniesz ładnie. Obrączki też trzeba będzie zdjąć.

– Skąd się tu wzięliście? – zdołał wreszcie wykrztusić z siebie Jack.

– Przyjechaliśmy samochodem. A ty myślałeś, że jak? Metrem?

– Ale spodziewałem się Black Kings. Faceta imieniem Twin.

– Przepraszam, że cię rozczarowaliśmy. Niestety, muszę ci wystarczyć ja – odpowiedział Warren.

– Nie rozumiem.

– Twin zawarł ze mną układ. Umówiliśmy się, że nie będziemy więcej do siebie strzelać. Częścią umowy było zostawienie ciebie w spokoju. Wczoraj zadzwonił do mnie i powiedział, że cię mają i że jak chcę uratować twój tyłek, to swój muszę załadować do wozu i ruszyć w góry. No i jesteśmy, kawaleria przybyła.

– Dobry Boże! – zawołał Jack, kręcąc z niedowierzaniem głową. Mimo wszystko to było nieprzyjemne uczucie dowiedzieć się, jak bardzo los człowieka czasami leży w cudzych rękach.

– Tamci ludzie w domu nie wyglądają zdrowo – zauważył Warren. – A śmierdzą gorzej niż ty. Co im zaszkodziło?

– Grypa.

– Bez jaj! Tu też? Słyszałem coś o grypie w ostatnich wiadomościach. Podobno wielu ludzi w mieście trąbi o tym.

– I mają rację. Najlepiej zrobisz, jak opowiesz mi, co słyszałeś.

Epilog

Czwartek, godzina 19.45, 25 kwietnia 1996 roku

Nowy Jork

Grali do jedenastu. W tej chwili był remis, po dziesięć. Według zasad zwycięstwo zaliczano przewagą dwóch punktów, więc przewaga jednego punktu nie kończyła gry i trzeba było zdobyć kolejny. Jack myślał o tym, gdy kozłował w stronę kosza przeciwników. Kryty był bezlitośnie przez agresywnie grającego Flasha, który był szybszy od niego. Mecz był zawzięty. Gracze czekający przy linii bocznej na swoją kolej zamiast jak zwykle w milczeniu przyglądać się grze, ostro dopingowali przeciwników Jacka. Zmiana w zachowaniu spowodowana została nieprzerwanym pasmem zwycięstw drużyny Jacka. Tworzyli ją poza nim Warren i Spit.

Normalnie Jack nie rozgrywał piłki, to była robota Warrena. Ku zmartwieniu Jacka po poprzednim rozegraniu, kiedy Flash wszedł na kosz i zdobył punkt warty remis, piłka z kosza wpadła właśnie w ręce Jacka. Wprowadził ją więc do gry tak szybko, jak można było, podając do Spita, który natychmiast oddał ją z powrotem.

Gdy podciągnął piłkę na wysokość pola rzutów osobistych, Warren zamarkował odejście w bok i natychmiast ruszył pod kosz. Jack dostrzegł manewr kątem oka i wyrzucił ramiona w stronę Warrena. Flash, spodziewając się podania, błyskawicznie cofnął się o krok, aby przejąć piłkę. Jack jednak nie wypuścił jej z rąk. Nagle czując nieco luzu, zmienił zdanie i zamiast podawać do Warrena, wykonał typowy dla siebie rzut z dystansu. Nieszczęśliwie piłka trafiła w tył obręczy i wpadła nie do kosza, lecz w czekające już na nią ręce Flasha.

Akcja ku radości widzów przeniosła się pod drugi kosz.

Flash szybko przebiegł z piłką boisko. Jack postanowił przykleić się do niego, nie dać mu sposobu na kolejne wejście pod kosz. Niestety, jeden zły krok i Flash pozostał sam. Ku zaskoczeniu Jacka, mimo że Flash nie należał do dobrze rzucających z dystansu, odbił się w miejscu i ze sporej odległości rzucił.

Jack z przerażeniem usłyszał szmer muśniętej piłką siatki. Czyste punkty. Na twarzach kibiców pojawiły się szerokie uśmiechy. Wygrali skazani na porażkę.

Flash triumfalnie biegł dookoła boiska, wysoko unosząc kolana i przybijał piątkę w wyciągnięte rzędem dłonie. Ceremonię rozpoczęli przede wszystkim jego partnerzy, ale dołączyli się również kibice.

Warren podszedł do Jacka. Na jego twarzy malowała się lekka złość.

– Powinieneś mi podać wcześniej – stwierdził.

– Mój błąd – przyznał Jack. Był zasmucony. Zrobił trzy błędy pod rząd.

– Cholera, nie sądziłem, że mogę przegrać w tych nowych papciach.

Jack spojrzał na zupełnie nowe Nike'i, o których mówił Warren, a później na swoje stare, przetarte Filasy.

– Może i ja powinienem kupić sobie nowe buty?

– Jack! Hej, Jack! Hallo! – rozległ się kobiecy głos.

Jack odwrócił się i spojrzał przez ogrodzenie na chodnik. Przy płocie stała Laurie.

– No, dzieciaku! – powiedział Warren. – Zdaje się, że twoja mała zdecydowała się kupić bilet na mecz.

Celebrowanie zwycięstwa nagle ustało. Wszystkie oczy zwróciły się na Laurie. Dziewczyny i żony nie przychodziły na boisko. Nie interesowały się koszykówką, czy też zabroniono im, tego Jack nie wiedział. Złamanie reguły przez Laurie wprawiło Jacka w zakłopotanie. Zawsze starał się przestrzegać nie pisanych reguł rządzących boiskiem.

– Zdaje się, że chce pogadać – powiedział Warren.

Laurie machała ręką w stronę Jacka.

– Nie zapraszałem jej tu. Mieliśmy się spotkać później -usprawiedliwiał się Jack.

– Nie ma sprawy. Niezła babka. Widocznie w łóżku jesteś lepszy niż na boisku – zaśmiał się Warren.

Jack odpowiedział wymuszonym uśmiechem i ruszył w stronę Laurie. Usłyszał, że pozostali wrócili do świętowania zwycięstwa, i nieco mu ulżyło.

– Teraz już wiem, że historia była prawdziwa. Ty naprawdę grasz w koszykówkę – przywitała go Laurie.

– Mam nadzieję, że nie oglądałaś ostatnich trzech zagrywek. Gdybyś widziała, mogłabyś pomyśleć, że chyba rzadko grywam.

– Wiem, że mieliśmy się spotkać dopiero o dziewiątej, ale nie mogłam dłużej czekać.

– Coś się stało?

– Dzwoniła do ciebie Nicole Marquette z Centrum Kontroli Chorób. Była tak rozczarowana, że cię nie zastała, że Marjorie połączyła ją ze mną. Nicole poprosiła mnie o przekazanie informacji.