Выбрать главу

Korzystając z jego dekoncentracji, ruszyłam śladem I kobyłki. Stokrotka, zanurzona po szyję, zamarła w zachwycie, rozrzuciwszy po powierzchni wody białą grzywę. Spod jej kopyt atramentowymi strumykami podnosił się gruby ziarnisty muł z kawałkami zgniłych liści i szyszek olchy. Pędy kłującej rogownicy oplatały nogi jak sieć zarzucona przez staruszka w oczekiwaniu na złotą rybkę. Stęskniwszy się za kąpielą (trudno za jej ekwiwalent uznać pomyje wylane na moją głowę z okna na jednej z wąskich uliczek Kamieńca), pluskałam się w wodzie przez bitą godzinę, wypłukując z włosów podróżny kurz i czyszcząc Stokrotkę pęczkiem wodorostów, dopóki nie i zrobiła się lekko zielonkawa i nie nabrała przyjemnego i zapachu szlamu. Gdy uznałam, że starczy tego dobrego, poprowadziłam kobyłę do brzegu i dopiero wtedy zauważyłam, że świeżo umyty gość, o którym zdążyłam całkiem zapomnieć, nie poszedł sobie. W spodniach, ale z nagim torsem, siedział na trawie, rozłożywszy do wyschnięcia szare skrzydła. Czarne jak węgiel brwi i rzęsy ostro kontrastowały z mokrymi, ale nadal zbyt jasnymi włosami niedbale zarzuconymi na plecy. Sympatyczny chłopak, nieco zbyt chudy, ale zgrabny, czuć w nim siłę. Na piersi na cienkim rzemyku wisiał amulet w kształcie pazura z brązowego mieniącego się złocistymi iskrami kamienia.

– Cześć – powiedział wampir z uśmiechem ozdobionym kłami, lustrując mnie wzrokiem. Miał spokojne spojrzenie i lekko śmiejące się szare oczy.

– Przyjemna kąpiel – prychnęłam, pochylając się, by wyciągnąć spod impertynenta mój lewy but.

A i owszem – odpowiedział z ironią. – Len jestem. Trafne imię, bardziej podobne do przezwiska z dzieciństwa, które przylgnęło na dobre. Gdy patrzyłam na jego schnące włosy, przed oczami stawało mi pole dojrzałego lnu, cicho i z namysłem szeleszczącego oleistymi nasionami w pękatych mieszkach.

– Berenika – zmyśliłam na poczekaniu.

– Kłamiesz – wampir nie zastanawiał się nawet chwili.

– No dobra, Wolha – burknęłam z rozdrażnieniem. – Czy w całej Dogewie nie ma ani jednego wampira przebywającego w głębokiej nieświadomości odnośnie faktu istnienia mojej skromnej osoby?

Wampir obserwował mnie z niesłabnącym i wybitnie niezdrowym zainteresowaniem.

– Obawiam się, że nie. Dolina nie jest aż tak duża, nowiny rozchodzą się jak wiatr. Chcesz jeszcze o coś zapytać?

– A powinnam?

– Nie, ale mogę odpowiedzieć.

Zamilkłam, wyciągając z przytroczonej do siodła sakwy czystą koszulę. On czekał bez najmniejszych oznak zniecierpliwienia. Żeby nie było: pytania miałam. Ale wszystkie jakieś takie skomplikowane i nie do końca ukształtowane. Niech ktoś spróbuje wyciągnąć ze słoja jeden kiszony ogórek. Łatwe, prawda? A jeśli jest ich tam dziesięć i każdy próbuje trafić na talerz jako pierwszy? Tak właśnie było z moimi pytaniami. Zaczepiły się o siebie bokami, jak ogórki, i nijak nie potrafiły ze mnie wyjść pojedynczo.

– Robi się ciemno. Czas wracać – powiedział jasnowłosy, spojrzawszy na dotykające horyzontu słońce. Komary pojękiwały coraz bardziej krwiożerczo, zmuszając nas do przyspieszenia ruchów. Za drugim razem udało mi się z wysiłkiem zarzucić na Stokrotkę siodło (po pierwszej próbie musiałam obejść kobyłę i podnieść jej z ziemi). Nie zdążyłam się nawet ucieszyć, gdy zauważyłam derkę, która zaczaiła się pod krzakiem. Zanim ją podniosłam, Stokrotka otrzepała się, a niezapięte siodło pacnęło na piasek. Zgrzytnąwszy zębami, wpakowałam je na miejsce, uprzednio narzuciwszy derkę. Prawie nie zostało mi sił i rzemienie popręgu dociągnęłam tylko do drugiej dziurki. Z pewną dozą wątpliwości obejrzałam czwartą, już solidnie wyrobioną i zdecydowałam, że pójdę pieszo, żeby nie spełznąć pod koński brzuch razem z siodłem.

Wampir wstał, uprzejmie odsunął mnie na bok, po czym jednym ruchem bez wysiłku zaciągnął popręg i zaczepił klamrę jak należy.

– Odprowadzić cię?

Niewyraźnie wzruszyłam ramionami. Ostatecznie co za różnica – ten wampir sobie zrobi ze mnie kolację czy inny? Tym bardziej że miałam dość mętne pojęcie o drodze powrotnej.

Tak więc szliśmy obok siebie, zielonkawa kobyłka truchtała z tyłu, co i rusz szarpiąc wodze, by wyrwać z pobocza kępkę trawy, a sensowne pytania nadal nie chciały przychodzić do głowy.

– Daleka droga? – zapytał w końcu Len, zlitowawszy się nade mną.

Spojrzałam na wampira z ukosa, ale on beztrosko machał zarzuconą na ramię kurtką, nie wykazując oznak napadu głodu.

– Trzy dni.

– Ze Starminu, czyż nie?

– Prawie. Z obrzeży.

– Jeździłaś kiedyś aż tak daleko?

– Nie, nigdy. Mam nadzieję, że przyczyna okaże się tego warta… Ty wredne bydlę! – Kobyłka, której gwałtowne szarpnięcie prawie wykręciło mi rękę, z widocznym żalem zrezygnowała z samotnej główki czerwonej koniczyny kusząco chwiejącej się nad niską trawą.

Ani Len, ani Stokrotka nie zwrócili na mój sprawiedliwy gniew najmniejszej uwagi.

– Aż za bardzo. Już trzynaście osób kosztowała życie.

– To jest aż tak poważnie?

– Poważniej niż myślisz – pewny głos wampira nie pozwalał na wątpliwości. Niestety, na mnie nie podziałał.

– Żeby myśleć, trzeba coś wiedzieć. Co się tu u was dzieje?

– Nie wiem – uczciwie przyznał Len, wzruszając ramionami.

– Przecież mówiłeś, że możesz odpowiedzieć na moje pytania! – obruszyłam się.

– Na twoje tak. Ale to zadaję sam sobie.

– Ale chociażby ogólnie – nie chciałam zmieniać tematu i wybiegłam do przodu, żeby widzieć jego twarz. – Czy w to jest zamieszany ktoś… z waszych?

– Nie – uciął krótko Len.

– Ale w takim razie jakieś hipotezy są?

– Przeżyłem w Dogewie całe swoje życie – odpowiedział cicho i poważnie. – Znam tu każde drzewo, każdy kamień, każdą żywą istotę… A i nieżywe kojarzę całkiem nieźle. Ale z tym stykam się po raz pierwszy. Nie jest ani żywe, ani martwe, ale na tyle dziwne i niezrozumiałe, że samo jego istnienie przeczy wszystkim znanym prawom. Ale ono o tym nie wie i sobie korzysta z życia.

– Jakiś umarlak?

Wampir prychnął z ironią

– Cóż, z niczym żywym nie pomylisz na pewno. Trafiłam na znany grunt.

– A jak wygląda?

– Różnie. Czasem jak ogromny pies, czasem długaśne paskudztwo na pajęczych nóżkach, czasem ma rogi, czasem skrzydła. Ale nie o to chodzi. Mam wrażenie, że jest… jedno. Przyjmuje różne postaci, by nas zmylić.

– Dlaczego?

– Zapamiętałem jego istotę. Trudno to opisać, my, wampiry, postrzegamy świat nieco inaczej, bardziej wierzymy sławetnemu szóstemu zmysłowi niż wzrokowi i słuchowi. Kiedy obok przelatują dwa ptaki, czuję, że są dwa. Mają swoją indywidualność. Potwór też ma. Czuję jego przyjście identycznie, w jakiejkolwiek skórze by się zjawił.

– Bzdury. To nie jest jakiś ptak z krwi i kości. To umarlak. Ma jedno imię – śmierć.

Len patrzył w dal oczami bez wyrazu. W oczywisty sposób mi nie wierzył, ale nie chciał się kłócić, tak więc po prostu machnął ręką.

Oni też tak mówili.

Kto?

Ci, którzy przyszli przed tobą.

– Oni… Nie żyją?

– Zostali zabici – sprecyzował, narzucając kurtkę. Poszłam za jego przykładem. W lesie po zmroku szybko robiło się zimno.

– Wezwaliście maga z Kamieńca, żeby to zniszczył?

– Nie. Sam przyszedł. Potrzebował rady. Rano znaleźliśmy jego ciało na miejskiej drodze, a zakrzepnięta krew była na ścianach i dachach sąsiednich domów.

Nawet jeśli Len kłamał, nie sposób było tego wykryć.

– Ktoś widział, jak to się stało?

– Widzieli, jak ono uciekało do lasu. A następnej nocy zginął chłopak.

– Wasz?

– Tak, miał dziesięć lat, wracał z kolegą z wędkowania. Ten, który został przy życiu, zaczął krzyczeć. Kiedy wyskoczyli sąsiedzi, ono ryknęło, rzuciło trupa i uciekło.

– Znowu do lasu? – sprecyzowałam sceptycznie, opędzając się od kobyły, która próbowała uzyskać przebaczenie, gorąco parskając mi w lewe ucho.

– A ty byś pobiegła do kibla? – zapytał złośliwie Len.