Выбрать главу

– To taki przedmiot, którego nie przyjmuje się do muzeum, ale też szkoda go wyrzucić – mruknęła Juana. Wciska się więc do jakiejś szuflady i unika wyrzutów sumienia.

Pedro ujął wieczko. Nikt nie miał odwagi oddychać.

Wewnątrz wciąż leżał kawałek skóry.

– No to nie musimy szukać – odetchnęła Gudrun.

Żal

Rycerz don Federico de Galicia zasłonił rękami twarz: „Tacy są zdolni i wszystkie ich starania na nic”.

„Kto by przypuszczał, że nasi wrogowie posuną się do takich diabelskich sztuczek i wezwą na pomoc demony? – żalił się don Sebastian. – Co my teraz zrobimy? Jak zdołamy ich uratować?”

„My nic nie możemy. Przed chwilą rozmawiałem z Urracą. Ona też nie może się wtrącać. Nasi potomkowie muszą sami dotrzeć do celu, w przeciwnym razie rozwiązanie zagadki nie będzie miało żadnego znaczenia, tak mówi Urracą”.

„To prawda, ale uważam, że to okrutne pozostawiać ludzkie dzieci ich własnemu losowi”.

„Podzielam twoje zdanie – westchnął don Galindo. – A co nasza dobra Urracą mówi o demonach?”

„W porównaniu z nimi ona jest tylko zwyczajnym człowiekiem”.

Don Ramiro odwrócił się.

„Chyba nie jestem w stanie patrzeć na to, co się dzieje. Wszystko poszło źle, bardzo źle. Oni sobie na to nie zasłużyli ci nasi dzielni pomocnicy”.

„Zaprawdę nie zasłużyli!”

Żaden z rycerzy nie był już w stanie powiedzieć nic więcej. Zawrócili konie i odjechali, zrozpaczeni, bezradni.

22

Unni ocknęła się z uczuciem, że ma zatkany nos. Otaczał ją gęsty obłok kurzu.

Wszędzie było ciemno.

Po omacku starała się zbadać miejsce i bardzo szybko natrafiła na ścianę.

Jeszcze jedna ściana? Czyżby znalazła się w kącie? Wyciągnęła nogę i oparła ją o kolejną ścianę.

Była bliska paniki. Ciasnota wewnątrz żelaznej dziewicy wciąż dręczyła ją jak zmora.

Przez chwilę leżała bez ruchu. Próbowała się rozluźnić, oddychała spokojnie, bo kurz groził atakiem kaszlu. Najważniejsze to stłumić narastającą panikę, postarać się przypomnieć sobie, co się stało.

Gdzie się znalazła?

W jednym z opuszczonych domów w Veigas? Nie bardzo mogła w to uwierzyć.

Wszystko, co widzieli w tej wiosce, było bardzo czyste i ładne, poza tym nie słyszała szumu rzeki, czy strumienia, albo potoku, jak można by nazwać tę wodę. Była szeroka jak potok, ale szumiąca jak strumień, poza tym nie na tyle duża, by zasługiwała na nazwę rzeki.

To naprawdę bez znaczenia, ważne, że Unni wody nie słyszała.

Jordi. Gdzie jest teraz Jordi? On, taki delikatny i dobry, najlepsze, co się jej w życiu przytrafiło. Dlaczego nie ma go tutaj? I jak ona się tu dostała? Dziura w pamięci, nie pamiętała nic.

Ostatnie wspomnienie, to jak stoi nad potokiem.

Teraz leży w jakiejś komórce, czy czymś takim, bardzo ciasnym, przypominającym jej tamto okropne zamknięcie… Nie nie myśleć o tamtym!

Zapach tutaj był zupełnie inny niż we wsi. Sama atmosfera też inna. I… czy to odgłos samochodów?

Czy przyjaciele odjeżdżają, zostawiwszy ją na pastwę losu?

Unni zaczynała się naprawdę bać. To wszystko jest od początku do końca niezrozumiałe. Kiedy w końcu znaleźli jakieś spokojne miejsce na oszalałym świecie, musiało się wydarzyć to coś, co wygląda na kompletnie pozbawione sensu.

Szumiało jej w głowie, nie była w stanie zebrać myśli. Przypuszczalnie w jej życiu zdarzyło się ostatnio tak wiele, że umysł nie był w stanie wszystkiego ogarnąć.

Czuła się taka słaba. Chciała tylko leżeć, nie myśleć, nie płakać, bo nawet na to nie było ją stać.

Spokój, spokój, śmiertelny spokój. Teraz wiedziała, jak to odczuwają ludzie starzy. Ludzie, którzy doprowadzili swoje życie do końca. I już nie żywią lęku przed śmiercią.

Tak właśnie czuła się teraz Unni. Paraliżowało ją śmiertelne zmęczenie.

Jordi? Nie potrafiła wyobrazić sobie jego twarzy. Nie pamiętała, jak wygląda, nie przypominała sobie, co takiego cudownego im się przytrafiło.

Nie, tak nie można jeśli dalej tak pójdzie, to naprawdę gotowa jest zasnąć.

Kiedy już się trochę otrząsnęła, powoli zaczęło do niej docierać coś nowego: Słyszała nie tylko swój własny oddech, lecz także oddech kogoś drugiego. Stłumiony oddech gdzieś z tyłu.

Nie jest tu sama…

Unni zesztywniała, gdy czyjaś ciężka ręka spoczęła na jej klatce piersiowej.

Margit Sandemo

***