Kerrick zatrzymał się, nie zważając na deszcz, którym przesiąkały jego długie włosy i broda. Krople kapały z dużego i małego metalowego noża, zwisających z obroży na szyi, potem spływały strużkami po ciele. Było pusto. Przychodził tu niemal każdego ranka; była to dla niego najgorsza pora. Późniejsze zajęcia pozwalały mu zapomnieć o tęsknocie za rodziną. Ale nie teraz, nie zaraz po przebudzeniu. Może jednak wróci Herilak, przyprowadzając z sobą Armun albo jakiś łowca z wiadomością od niej. Coraz częściej wydawało mu się, że to próżna nadzieja. Powinien był wiosną pójść sam, ruszyć po Armun na północ. Teraz było za późno, do wiosny jeszcze daleko. Dlaczego to miasto jest dlań takie ważne, że został w nim, gdy wszyscy łanu wrócili? Ciągle nie umiał odpowiedzieć na to pytanie. Tak się stało i nic już nie poradzi. Wiosną pójdzie na północ i tym razem nic go nie powstrzyma.
Gdy się odwracał, ścieżka za nim była pusta jak wtedy, gdy na nią wkraczał.
Deszcz mijał, w górze pojawiały się pasy niebieskiego nieba. W mieście czekały nań problemy, decyzje do podjęcia. Nie chciał teraz o nich myśleć, nie miał ochoty na żadne rozmowy. Do oceanu nie było daleko, nawet tu dobiegał stłumiony szum przyboju. Wiedział, że na brzegu nie będzie nikogo. Chciał wrócić do miasta plażą.
Gdy wynurzył się spod drzew, słońce już się przedarło przez chmury, lśniło na czystym piasku, odbijało się w pyle wodnym kipieli. „Alpèasak miał piękne plaże” — pomyślał bezwiednie. Jednocześnie dotknął prawą ręką i podbródkiem noży, jakby sprawdzając, czy są na miejscu. Ze spuszczoną głową brnął przez piasek, piękno plaży nic dlań nie znaczyło. Świat wydawał mu się całkowicie pusty.
Nie używane od ponad roku baseny portu zarastały krzewami; była to jedna z wielu zmian, jakie zaszły w mieście po opuszczeniu go przez Yilanè. Wspiął się na stertę przywianych wiatrem gałęzi i zszedł do basenu. Niedaleko powinien stać strażnik. Zgadzał się z Sanone, że tam, gdzie morze podchodziło do miasta, konieczne było trzymanie warty od chwili, gdy się rozwidniało, do zapadnięcia zmroku.
Wróg został przegnany, ale nie znaczyło to, że nigdy już nie wróci. Ujrzał strażnika, siedział oparty plecami o drzewo. Kerrick nie miał ochoty z nim rozmawiać; skierował się ku drodze prowadzącej do miasta. Sasku nie ruszał się; siedział skulony, nie zauważył go.
Kerrick, nagle przestraszony stanął, rzucił się na ziemię i rozejrzał z przygotowanym do strzału hèsotsanem. Żadnego ruchu. Poza krzyczącym ptakiem nic nie słyszał. Pod osłoną krzaków zaczął się czołgać na łokciach i kolanach, aż zbliżył się do łowcy. Skurczony, z zamkniętymi oczyma, palcami obejmował włócznię. Spał.
Kerrick wstał, wstyd mu było bezpodstawnego niepokoju, podszedł bliżej i zawołał. Wtedy ujrzał strzałkę tkwiącą w szyi łowcy. Zrozumiał, że ziściły się najgorsze z jego obaw.
Wróciły Yilanè!
Cofnął się pod osłonę krzewów i zaczął bystro rozglądać. Gdzież są, dokąd poszły? Nie dawał ogarnąć się panice, zmusił się do zastanowienia. Yilanè są tutaj, był tego pewien. To nie wypadek ani zabójstwo dokonane przez innego łowcę. Wszyscy robili teraz sami strzałki, cierpliwie doszli do takiej ich konstrukcji, że były bardziej skuteczne w walce. Jednak ta, od której zginął wartownik, wyrosła na krzaku. Zebrała ją fargi — wypuściła Yilanè. Wyszły z morza. Ale ile ich jest? Musi ostrzec innych. Gdzie są najbliżsi Sasku? Najczujniej jak potrafił, pośpieszył do miasta, schodząc z wydeptanej drogi.
Usłyszał przed sobą głosy — rozmawiano w języku Sasku! Podbiegł ku nim, miał już zawołać, gdyż dojrzał między drzewami pomarańczy dwóch wojowników. Rozległ się nagle trzask, jeden z nich zachwiał się i upadł. Drugi odwrócił się zaskoczony i po chwili runął na pierwszego łowcę.
Słowa uwięzły w gardle Kerricka, rzucił się na ziemię i ukrył za pniem drzewa, nie spuszczając wzroku z obu martwych Sasku.
Leżał bez ruchu, gdy w małym gaju zaszeleściły suche liście. Wstrzymując oddech przyglądał się ciemnej postaci powoli wychodzącej na słońce.
Yilanè!
Zatrzymała się, znieruchomiała, poruszając tylko oczami rozejrzała się, lecz go nie dostrzegła. Ręce miała opuszczone wzdłuż ciała w geście obawy, hèsotsan skierowała w dół. Była młoda, poznał w niej fargi. Muszą jednak być z nią inne. Miał rację, po chwili usłyszał rozdrażniony głos mówiący: — Naprzód. Fargi zadrżała ze strachu i niezdecydowania, wreszcie ruszyła. Z tyłu wynurzyły się z ukrycia dwie następne, widać było, że boją się podobnie jak pierwsza. Potem w cieniu ukazała się czwarta postać, wyprostowana i władcza, znajoma. Wyszła na światło.
Vaintè.
Kerrick poczuł zalewającą go falę emocji. Nienawiść, wstręt — i coś jeszcze, nie potrafił tego nazwać, nie chciał się nad tym zastanawiać. Vaintè wróciła, prowadzi inwazję, trzeba ostrzec Sasku.
Musi ją zabić, myślał tylko o tym. Już kiedyś wbił w nią włócznię, lecz przeżyła. Teraz, jedno draśnięcie strzałką, niewidoczna kropelka trucizny na jej czubku — i natychmiastowa śmierć. Tak!
Powoli uniósł broń, wycelował, poczuł na policzku powiew, niosący zapach Vaintè, zwracała się ku niemu, jakże dobrze znał tę twarz…
Nacisnąć.
Broń trzasnęła głośno akurat wtedy, gdy wysunęła się naprzód jedna z fargi. Otrzymała uderzenie strzałką, zadrżała i padła.
— Ty! — powiedziała Vaintè, patrząc mu w twarz; barwy nienawiści silnie znaczyły jej ciało.
Kerrick, nie zastanawiając się, strzelił powtórnie — ale zdążyła uciec. Dwie pozostałe fargi odwróciły się, by ruszyć za nią. Broń warknęła mu ponownie w dłoniach i jedna z nich upadła. Głuche uderzenia kopyt cichły wśród drzew.
Biegły, uciekały, a więc to nie inwazja, może jedynie wyprawa zwiadowcza.
— Są tam! — wrzasnął, najgłośniej jak potrafił i wydał okrzyk bojowy Tanu. Potem zawołał w Yilanè — Zabij, zabij, zabij — Vaintè, Vaintè, Vaintè! — mając nadzieję, że znaczenie tych słów do niej dotrze.
W oddali dobiegły go krzyki i znów wykrzyknął ostrzeżenie. Potem pobiegł, nie dbając już o bezpieczeństwo, za umykającymi postaciami. Gnał za nimi dysząc, pragnął tylko zabijać. Minął drzewa i dojrzał przed sobą uciekające w stronę basenów, zbliżające się do wody.
Kerrick zatrzymał się na nierównym drewnie nabrzeża i strzelił, starając się celować w głowy. Strzelał raz za razem, aż opustoszały hèsotsan zaczął mu się wić w dłoniach. Strzałki chybiły; obie pływaczki znalazły się poza ich zasięgiem. Kierowały się do ciemnego przedmiotu widniejącego daleko za portem.
Charakterystyczna płetwa uruketo czekała tam na nie.
Dopiero teraz Kerrick poczuł, jak bardzo drży. Opuścił broń i patrzył na malejące głowy napastniczek niknące wśród fal. Vaintè jest tam, mógł ją zabić. Usłyszał za sobą nerwowe kroki, podbiegli dwaj łowcy.
— Widzieliśmy je, dwie murgu, padły, ale zabiły Keridamasa i Simmacho; co się stało?
Ciągle drżąc, Kerrick wskazał ręką. — Tam, murgu, żyją. Mają tam jedną ze swych łodzio-bestii. Przybyły przyjrzeć się miastu, wiedzą już, że w nim jesteśmy.
— Czy wrócą?
— Oczywiście! — krzyknął Kerrick, odsłaniając zęby w grymasie nienawiści. — Była z nimi przywódczyni, ta, która prowadziła z nami wojnę, która pragnie zabić nas wszystkich. Dopóki jest tam — wrócą.