Według ojca Kosko powinniśmy zawsze słuchać dziewczyny z perskiej bajki, która nigdy nie przestawała być piękna.
Każda wachta w swoisty sposób kultywowała tak zwane „zejmaństwo”. Mianem tym obejmowano praktyczną umiejętność wykonywania wszystkich prac na żaglowcu, znajomość historii rozwoju każdej części takielunku okrętowego, znajomość zwyczajów morskich oraz - najczęściej wyimaginowany przez nas samych - sposób bycia, wraz z prymitywnym słownikiem wyrażania swych myśli.
Tym, który znał się naprawdę na sprawach morskich, był ojciec Kosko. Zdawał on sobie sprawę, że zapisujemy całkowicie nową kartę w dziejach naszego społeczeństwa i że będziemy odpowiedzialni za przyszłą polską flotę handlową. Starał się nas wychowywać i do zadania tego przygotować.
Wszystko, czego byśmy nie zrobili, akceptował zawsze pogodnym uśmiechem i jednym krótkim słowem: „Dobra!”. Jeśli przez lenistwo lub zmęczenie zrobiliśmy coś byle jak, to usłyszane od ojca Kosko słowo „Dobra!” paliło i nie dawało spokoju. Zaś dziewczyna z perskiej bajki długo jeszcze chodziła zapłoniona ze wstydu...
Na „Lwowie”, tak jak na każdym statku, cała załoga podzielona została na trzy grupy zwane wachtami lub odwachami. To ostanie słowo używane było czasem dla odróżnienia „wachty” jako grupy ludzi od „wachty” w znaczeniu okresu służby pełnionej kolejno przez wszystkie trzy odwachy. Zmiana wacht następowała w zasadzie co cztery godziny.
Według tradycji, sięgającej swym początkiem jeszcze okrętów Magellana, pierwszą wachtą nazywano służbę od godziny dwudziestej do dwudziestej czwartej w nocy, drugą wachtą - służbę od zerowej do czwartej rano, a trzecią wachtą - służbę od czwartej do ósmej rano. Tę ostatnią, w czasie której gasły gwiazdy, żeglarze Magellana nazywali La Dianę - Jutrzenka. W dzień cała załoga pracowała na pokładzie, wobec czego dalszych nazw nie stosowano.
Aby jednak jeden i ten sam zespół ludzi nie pełnił służby stale w jednakowym czasie, czterogodzinny okres od czwartej po południu do ósmej wieczorem podzielony był na dwie krótkie wachty po dwie godziny każda. W ten sposób w ciągu doby zmiany wacht następowały nie sześcio-, lecz siedmiokrotnie i dzięki nieparzystej liczbie zmian przesuwały się automatycznie okresy służby poszczególnych odwachów.
Na wachtę wychodziło nas „całego bogactwa” - razem z oficerem wachtowym - trzynastu ludzi. Po objęciu służb: bosmańskiej (jeden), nawigacyjnej (dwóch), na sterze (dwóch) - połowa zaledwie wachty zostawała do roboty. W nocy trzeba było jeszcze obsadzać „oko”, to jest posterunek obserwacyjny na baku.
Na „Lwowie” każda wachta żyła oddzielnym życiem. W wachtach trzymały się oddzielnie poszczególne kursy lub dobierały się grupy. Myśmy od początku podróży trzymali się we trójkę: Dalaj Lama, Siaś i ja. Przyłączył się też do nas kolega gimnazjalny Siasia - „Szermierz”. Był mistrzem szermierki i stumetrówki oraz mistrzem w biegach długodystansowych. Grywał w napadzie w najlepszym warszawskim klubie piłki nożnej. Nawet w boksie miewał mistrzostwa.
Łączyła nas wszystkich wspólna chęć dostania się po szkole na francuską linię okrętową na Daleki Wschód. W kraju nie było na razie pracy. By więc poznać francuskie słownictwo morskie, zaczytywaliśmy się opowiadaniami Pierre Lotiego i Claude Farjrere'a.
Siaś umiał już wiązać wszystkie węzły, czego my mieliśmy dopiero zamiar się nauczyć. Siaś wiedział, w jaki sposób żeglarze Magellana skracali liny, którymi przywiązywali zwinięty żagiel do rei. Siaś orientował się nawet w zawiłym systemie wybijania godzin na dzwonie okrętowym.
Od wieków na żaglowcach wybijano godziny na dzwonach okrętowych. Gdy zegar zastępowała jeszcze szklana klepsydra z przesypującym się w niej piaskiem, pilnujący jej marynarz co pół godziny - po przesypaniu się piasku - przewracał „szkło” i wybijał na dzwonie okrętowym „szklankę”. Znikły klepsydry zastąpione przez zegary, ale słowo „szklanka” pozostało niczym echo dawnego czasomierza.
Jedno uderzenie w dzwon to jedna „szklanka”. Bicie „szklanek” przechodziło historyczne zmiany, stało się wiedzą. Godzinę dwunastą w nocy obwieszczano ośmioma uderzeniami w dzwon. O pół do pierwszej w nocy następowało jedno uderzenie, o pierwszej - dwa uderzenia. I tak dodawano po jednej „szklance” co pół godziny, aż do godziny czwartej.
O czwartej rano bito osiem „szklanek”. I znów zaczynano od jednej „szklanki”, zwiększając ich ilość co pół godziny aż do ośmiu - o ósmej rano.
Potem jedna „szklanka” o pół do dziewiątej - i tak dalej. Nie byłoby może w tym nic trudnego, gdyby nie rok 1797, kiedy to pewnego popołudnia na jednym z okrętów jego królewskiej mości króla Anglii pięć uderzeń w dzwon okrętowy miało się stać hasłem do buntu. Pełniący służbę oficer, który dowiedział się o tym w porę, kazał wybić zamiast oczekiwanych przez spiskowców pięciu „szklanek” - tylko jedną. W ten sposób zdezorientował buntowników, zyskał na czasie i uratował przeciwników spisku. Od tego czasu na wszystkich okrętach jego królewskiej mości o godzinie osiemnastej trzydzieści słychać tylko jedno uderzenie dzwonu zamiast dawniejszych pięciu.
Siaś - biegły w tym wszystkim - utrzymywał, że dalsze wybijanie godzin przebiegać powinno w sposób następujący: o godzinie dziewiętnastej - dwie „szklanki”, o dziewiętnastej trzydzieści - trzy, zaś o dwudziestej znów niespodzianka - jedno ciche uderzenie dzwonu zamiast spodziewanych czterech. Geneza tej z kolei anomalii była następująca: Rozkład zajęć na dawnych okrętach przewidywał w godzinach od czwartej do ósmej po południu ciężką pracę przy pompowaniu wody z przeciekających stale drewnianych kadłubów. Dwugodzinne wachty przypadające na ten okres były tak znienawidzone przez zmęczonych już ośmiogodzinną pracą marynarzy, że służbę od czwartej do szóstej po południu nazywali „pierwszą psią wachtą”, zaś od szóstej do ósmej - „ostatnią psią wachtą”. Jakby dla zadokumentowania biernej nienawiści, na zakończenie „ostatniej psiej wachty”, czyli o ósmej wieczorem, wybijano na dzwonie tylko pojedynczą cichą „szklankę”, zwaną „jednym małym dzwonem” (little one bell).
Tak przynajmniej twierdził Siaś, ale byli i tacy, którzy przeczyli mu powiadając, iż o dziewiętnastej trzydzieści bije się normalnie siedem uderzeń, zaś o dwudziestej - głośnych osiem. Ci dowodzili, że „psia wachta” jest tylko jedna i to od godziny zerowej do czwartej rano. Siaś uważał ich za niegodnych noszenia marynarskiego munduru.